sierzant-und-saper blog

Twój nowy blog


Dzisiejszą analizę dedykujemy tej, która wytrwała
na stanowisku Analizatora jak długo się dało – a mianowicie
Mikan, która zapewne czyta
nas dzisiaj z pięciodniową córką wiszącą przy jej analizatorskim cycku :-)

Witaj na świecie, Maleńka!


http://wenn-du-schlafst-dann-komm-ich-mit.blog.onet.pl/

Analizują: Kura, Dzidka,
Szprota, Mikan.

Stałam przed budynkiem, który był moją nową szkołą w
Niemczech. Bałam się. Nie wiedziałam co mnie tam spotka.
Wiedziałam, że mogą mnie nie zaakceptować ponieważ byłam trochę zbyt odważna.
Potrafiłam bronić swoich racji nawet jeżeli musiałam
zachować się w danej sytuacji bezczelnie.
Weszłam do środka. Uczniowie patrzyli na mnie z
wyższością.
Po takim wstępie spodziewalibyśmy się co najmniej
festiwalu Ciętych Ripost, prawda? Niestety, zapowiedzi okazują się sporo na
wyrost, bohaterka staje się ofiarą prześladowań szkolnego gangu, nie potrafiąc
odciąć się nawet słówkiem. Wraz z nią, prześladowania cierpią też dwie
charakterystyczne postaci, jedna z postawionymi włosami na żel, a druga z
dredami… Wiemy, o kogo chodzi, nie?

… i w ten sposób rozpoczyna się kolejne opko o
miłości, pasji muzycznej, prześladowaniach, okrutnej matce i Marysujce-Roszponce
na wieży bez warkoczy…

[Dzidu! Wieża nie miała warkoczy?]
[mówiłam, że w końcu te opka mi zaszkodzą!]

***
Siedziałam po ciemku na fotelu w moim pokoju. Z
natury miałam depresyjny charakter.
W dzieciństwie wyrywałam muszkom nóżki i skrzydełka,
a później robiłam im małe cmentarzyki.
I usypywałam małe, cieszące oczy kurhaniki.

W Polsce wydarzyło się tyle rzeczy, o których po prostu chciałam
zapomnieć.
Dziękowałam Bogu za to, że moja mama postanowiła przeprowadzić się do Niemiec,
chociaż nie zapowiadało się, że tutaj będzie lepiej.
Znajomość języka niemieckiego, wraz z wszelkimi
meandrami, boChaterka wyssała, jak mniemam, z mlekiem matki?
No chyba, że nie ojca!
Miała mamkę. Miała na imię Hannelore i pochodziła z
Bad Freienwalde.

(…)
Pod klasę szłam z bliźniakami. Czułam się przy nich dosyć niepewnie.
Odwaga boChaterki szła obok i nuciła:
„pojawiam się i znikam, i znikam, i znikam…”

Po jakimś czasie czarnowłosy powiedział, że ma
na imię Bill, a jego brat zwie się Tom.
Musiał się dobrze zastanowić, który z nich jest
który.

Powiedziałam im, że miło mi ich poznać, a moje imię brzmi Ellen. Chłopaki
zaczęli żartować między sobą nie zwracając na mnie uwagi. Lekcje mijały dosyć
wolno. Nie byłam zaciekawiona tym co nauczyciele mówili, więc zaczęłam pisać
teksty piosenek.
Opkowa szkoła – coś jakby zasadnicza służba wojskowa.
Niczemu nie służy, ale odbębnić trzeba.

Zawsze je pisałam jak mi się nudziło. Zazwyczaj były
to opisy mojego nastroju albo tego co się wokół mnie dzieje.
*wyciąga pianino i gra, nucąc na melodię
„Nobody’s home” Floydów*

Też mam wiersze w czarnym zeszycie,
wielką torbę szaleństw z grzebieniem,
zła suka ze mnie i stado psów za mną gna!
Mam drobne drżące ręce, bo lubiłam picie,
odcięte media poza internetem,
nocą wzuwam glany, by wyjść w mrok i grać.
Mam skórzany płaszcz,
wzrok palący twarz,
i niezwykły dar ooooobserwacji, uuuu!
Szpro, nasza poetko!

Zawsze marzyłam o tym by mieć własny
zespół. Zabrzmiał dzwonek na przerwę obiadową.
Brak umiejętności sensownego rozdzielania tekstu na
akapity – kolejna cecha aŁtoreczek.

Niestety musiałam na nie chodzić.
Ciekawe dlaczego? Obniżyliby jej ocenę z
zachowania?
Wyliczają ją ściśle z wchłoniętych kalorii?

Weszłam na stołówkę. Dostałam moją porcję. Zobaczyłam, że kilka stolików
dalej siedzą osoby z paczki Michaela. Chciałam szybko zjeść by znowu im coś do
głowy nie strzeliło Grupka podeszła do mnie po czym poczułam, że na głowie
wylądowała zawartość talerza czyli jakaś obrzydliwa zupa. Miałam już dosyć tego
dnia. Wstałam i wybiegłam z jadalni. Nauczyciele nawet nie zwrócili uwagi na
ten incydent.
Jeszcze by im wystygło.

[W łazience, gdzie boChaterka zmywa z siebie zupę, a Billuś cierpi po spotkaniu
z muszlą klozetową (makijaż mu spływa i ściele się pokotem), poznajemy Andreasa
- bliskiego przyjaciela bliźniaków.]

Zadzwonił dzwonek. Pożegnaliśmy się z Andreasem i
poszliśmy pod klasę w milczeniu. Bill nie wyglądał najlepiej z mokrymi włosami,
a raczej z rozmazanym pod wpływem wody makijażem.
Bill, sierota, nie wie jak się umyć porządnie?
Celowo. Imydź, panie tego. Albo raczej: i myć (mi
się tu zaraz!)


Po szkole szybko wyszłam ze szkoły.
A na kolację była kolacja.
A klasa chodzi po klasie i nie zwraca uwagi
na uwagi.


Chciałam wyjść przed bandą psycholi. Po drodze
minęłam mężczyznę, który rano stanął w mojej obronie. Mężczyzna przyglądał się
uważnie moim mokrym włosom. Idąc słyszałam głos Billa i Toma. Odwróciłam
się i zobaczyłam, że rozmawiają o czymś z swoim tatą.
Szanowny tatuś odbiera swoje (prawie dorosłe)
pociechy ze szkoły, bo? Nie trafią same do domu?
Wilki ich zjedzą w nieprzebytych germańskich
puszczach.

Bill spojrzał w moją stronę i krzyknął bym poczekała. Stanęłam i czekałam, aż
trójka dorówna mi kroku. Mężczyzna, który jak się po rozmowie okazało miał na
imię Gordon spytał mnie czemu mam mokre włosy. Opowiedziałam mu całą historię
po czym zamyślił się.
I tak, kurnać, codziennie. Tatuś przychodzi,
synów odbiera, wysłuchuje skarg i się zamyśla.

Spodobało mu się to. Stirlitz-bis. Zmienił tylko
pierwszą sylabę nazwiska.

Tom opowiadał jak to dzisiaj na wfie nauczyciel oskarżył go o coś niesłusznie.
Z tego co się dowiedziałam to w szkole nie byli lubiani od samego początku.
Było mi smutno z tego powodu bo wiedziałam co czuli. W Polsce też nie miałam
łatwo w szkole. Cały czas ktoś robił mi na złość, a już najbardziej
nauczyciele.
Biedne sierotki. Cały świat się na nie uwziął.
No przecież powszechnie wiadomo, że nauczyciel
tylko po to wstaje rano i idzie do pracy, żeby robić na złość uczniom. Jest to
jedyny powód kształcenia kadr nauczycielskich. Moja mama to nawet co wieczór
ostrzyła sobie taki specjalny kijek, do złośliwego kłucia uczennic w dupę.
I na dodatek, jest to chyba jedyna szkoła w
promieniu 100 km?
Komentarz o nieprzebytych germańskich
puszczach nabiera większego sensu.

W pewnym momencie spojrzenia Billa i moje spotkały
się. Dopiero teraz zauważyłam, że jego oczy były bardzo ładne. Te jego
czekoladowe tęczówki sprawiły, że się uśmiechnęłam. Doszliśmy do drogi gdzie
musiałam się z nimi rozstać. Uścisnęłam każdemu po kolei dłoń i poszłam do
moich czterech kątów.
Zaś pies, stojący w piątym kącie, kopcił tak
straszliwie…

… że trzeba mu było zalepić otwór gliną?

***

Przez najbliższe kilka dni bliźniacy nie przychodzili
do szkoły (…). Podczas ich nieobecności cała
banda uwzięła się na mnie. (…) Zgraja mogła
nawet połamać nogi innym, a nauczyciele nic by nie powiedzieli.
Ani rodzice, ani policja, ani żadne inne stosowne
organy.

Płciowe, węchu oraz Ladegasta.
Siedziałam na lekcji patrząc przez okno.

Jak zwykle na lekcji nie było nic ciekawego.
Okropna strata czasu, nie?


Poczułam, że dostaje czymś w głowę. Spojrzałam na to
coś co okazało się kartką.
Szkoda, że nie pociskiem z RGP-panc!
Albo chociaż tłuczkiem do mięsa… *rozmarza się*
Albo przyjacielską płaszczką.
Taką, jak ta od Steve’a Irwina.

Rozejrzałam się po klasie i zobaczyłam Arthura.
Tylko? Nikogo więcej tam nie było?…
No, akurat Arthur był tylko jeden :)

Był to chłopak z gangu psycholi.
Słaba nazwa na kapelę.

Uśmiechnął się do mnie złowieszczo po czym wskazał na kartkę, którą miałam
rozwinąć. Popatrzyłam na kartkę z dystansem po czym ją otworzyłam.
Chwila napięcia, otwieramyyyy… A tam litery!
A gdzie dystans, z którym była kartka?!
„- Zapisane, znaczy czary!
Litery, znaczy gusła! Nie dotykajta tego, gamratka jego chędożona mać! Tym się
zarazić można!”


Na kartce widniał napis:
Słyszałem, że podobają Ci się dziewczynki. Nic
dziwnego, że bronisz tych Kaulitzów. Przyznaj się,że podoba Ci się ta
dziewczynka, która ukrywa siępod męskim imieniem Bill?

Arthur musi być ciężko zakochany w deBillu.
Zazdrość aż go zżera, to widać.

(…) Popatrzyłam na Arthura i odpisałam po drugiej
stronie kartki:
Co [czego!] wy chcecie ode mnie? Zrobiłam wam coś?
(…) Och już się tak nie bulwersuj
[nie
znamy znaczenia słów, których używamy, nie znamy...]
bo możesz dostać większe manto. Jeżeli chcesz wiedzieć to
każda osoba, która jest przyjacielem tych dwóch pajaców to nasz wróg, więc
chyba możesz odpowiedziećsobie na pytanie co nam zrobiłaś?

(…) Ale ja nie jestem ich przyjaciółką… Po prostu
nic mi nie zrobili i jestem dla nich miła. Nie widzę potrzeby nie lubienia ich
za to jak wyglądają. To nie jest uczciwe
.
O, analogowa wersja GG!
Hołdują starym zasadom! Tradycję wymiany
karteczek na lekcji trzeba podtrzymywać.

Naiwna romantyczka. Po prostu mają zakaz używania
komórek. Jak w „High School Musical”, nauczycielka przed lekcją
zbiera je do wiaderka :)
To, kurde, zakaz używania komórek potrafią
wyegzekwować, a na szykanowanie uczniów nie zwracają uwagi?!

A jak myślisz – co jest prostsze?

wypowiedź zaczął się śmiać. Nauczycielka chciała coś
powiedzieć, ale w ostatniej chwili zobaczyła kto jest taki wesoły i postanowiła
kontynuować temat.
Też była kiedyś młoda i kochała młodzież. A
potem zaczęła ją uczyć i jej przeszło.

Po południu poszłam przejść się po okolicy.
Pewnie zaraz po tym, jak po szkole wyszła ze szkoły.
Oko na jej licu oglądało okolicę.
O! Kałlice!

Chciałam zobaczyć co jest tutaj ciekawego. Chodziłam
pomiędzy blokami i wieżowcami. Nic specjalnego tu nie było. Po drodze mijałam
jakieś kino i klub.
I to nie jest ciekawe? Kobieto, większości to
wystarczy do życia towarzyskiego!
Ciekawe co by ją zainteresowało? Tropikalny las
w środku osiedla? Wulkan o zwiększonej aktywności? Koła w zbożu?


[A tymczasem, w skate parku, Bill i Tom niecnie dają
sobie w żyłkę, co zauważa Ellen.]

Co do Billa i Toma… lubiłam ich, ale na przyjaźń się nie zanosiło, a już w
szczególności po tym co dzisiaj zobaczyłam. Nie sądziłam, że mogą brać
narkotyki i pić alkohol oraz wagarować.
Gdyby chociaż tylko brali narkotyki… Ale tak
wszystko na raz?
Dzisiejsza młodzież. Nie wie, że pewnych
rzeczy się nie miesza!

To mi do nich nie pasowało. Ale czemu ja
się tym tak przejmuję? Przecież mam własne problemy. Musze powiedzieć w końcu
mamie, że potrzebuje nowych podręczników. Pewnie nie będzie zachwycona.
Wysłałam cię do szkoły, a ty jeszcze
podręczników potrzebujesz?! Może zeszytów i długopisów też?

Prawda? Co za rozrzutność! Jak możesz to robić
swojej matce!

(…)
-Cześć…- usłyszałam za sobą. Odwróciłam się i
zobaczyłam uśmiechniętego od ucha do ucha Billa.
-Hej- odpowiedziałam patrząc w ziemie.
„Shrek, ja w dół patrzę!”

 


-Co tam słychać?- powiedział siadając koło mnie na
ławce. Czułam się dosyć niezręcznie w jego towarzystwie. Wiedziałam co przed
chwilą robił i nie byłam zadowolona.
I MUSIAŁAM mu to jakoś dać do zrozumienia.

-Jakoś leci. A was czemu nie było w szkole?
-Jak by ci to powiedzieć… są ważniejsze rzeczy nisz
szkoła.
Szkoła to rzecz niszowa.

-Na przykład siedzenie na dworze i biorąc dragi.-
mruknęłam pod nosem
Mikan, sorry, masz bliżej… możesz sięgnąć do
schowka i wyjąć The Topór? O. Dziękuję ci.

Jeszcze szmatka i pasta polerska… *bierze się do
roboty*
*biegnie za Dzidką, w pośpiechu odpalając
papierosa od filtra*

tak, ze Bill mnie nie usłyszał i spytał czy
mogę powtórzyć to co powiedziałam. Ja natomiast podniosłam się z miejsca,
złapałam go za ramię i powiedziałam:
-Oby nie wydało się to co robicie.- po czym odeszłam [zabierając ze sobą aureolę]
zostawiając go samego.
Strzepnęłam jeszcze ze stóp symboliczny
proch z symbolicznego procha.

***
Następnego dnia dwaj bracia pojawili się w szkole. Jednak
coś było nie tak. Żaden z nich nie odzywał się do mnie. Kiedy powiedziałam
„Cześć” na przywitanie to udali, że nic nie słyszeli.
Znaczy się, prezentują klasyczny foszek?
Wolą unikać z nią kontaktów. Za dużo o nich
wie, trzeba ją odstrzelić, lepiej, by podejrzenia nie padły na nich od razu.

Poczułam się z tym źle no, ale skoro się nie odzywają
to nie… łaski bez. Nie wiem nawet czemu zaczęłam na historii pisać piosenkę o
miłości.
My też nie wiemy. Ani śmiemy się domyślać,
nie, dziewczyny?
Kurczę, nie wiem. Ja na historii zwykłam
przysypiać, historyczka przez 45 minut nie zmieniała tonu głosu.


Nigdy wcześniej o tym nie pisałam.
Nawet będąc ze swoim pierwszym chłopakiem?
Wtedy jeszcze nie wiedziała, że to nie jest tru
laf.

Kiedy dochodziłam do drugiej zwrotki wychowawczyni wyrwała mnie z mojego
cudownego zajęcia.
Bezczelna, jak tak można?!

-A co ty tam piszesz?- spytała i podeszła by
mi zabrać kartkę. Kiedy zmiarkowałam się co za chwile się stanie szybko wzięłam
ją do ręki i zgniotłam.
-Proszę mi to oddać.- Ja natomiast w cale nie
chciałam jej oddawać.
Natomiast nauczycielka w jardy jak najbardziej
chciała zabrać.

Kiedy nauczycielka wyciągnęła rękę po
moją własność nie zastanawiając się włożyłam kartkę do buzi i ją połknęłam.
GLURP. Niezła, tylko trochę jedzie tuszem.
A gdyby schowała do kieszeni, to co, doszłoby
do rękoczynów?

Nauczycielka spojrzała na mnie jak na wariatkę, ale ja nie chciałam by
zaczęła czytać coś co należy tylko i wyłącznie do mnie. Teksty, które pisałam
były cząstką mnie i mogłam je pokazać tylko zaufanej osobie. Wiedziałam, że
jeżeli przeczytałaby je na głos to uczniowie nie daliby mi żyć.
Ja to wszystko rozumiem. Naprawdę. Sama bym
się podobnie czuła. Ale też i dlatego nigdy nie tworzyłam osobistych tekstów na
lekcjach.

-Wydaje mi się, że lepiej by było gdybyś zamiast
pisać miłosne listy do Kaulitza zajęła się lekcją.- tym razem to ja spojrzałam
na nią jak na wariatkę.
Na lekcji zająć się lekcją? Śmiechu warte.
Jakaś idiotka z tej nauczycielki, nie?

Klasa wybuchła śmiechem
-Słucham?
-To co słyszałaś… Skoro tak bardzo interesujesz się
Kaulitzem to bardzo proszę po lekcjach się umówić…
Great plan! Dlaczego ja na to nie wpadłam?!
Bo nie jesteś niemiecką nauczycielką?
„Ajns, cwaj, draj – links und wache
marsz!” wrzasnęła Szpro, smagając się palcatem po wysokich cholewach.

-A dlaczego niby miałabym interesować się Billem? Na
jakiej podstawie pani wnioskuje, że on mi się podoba? Ach no tak… oczywiście
powiedział pani to ktoś z pańskich pupilków. Jakże by inaczej.- Wstałam i zaczęłam
się pakować.
Noooo, mamy pyskatą Mary Sue w akcji!
*wyciąga pompony*
Oczywiście, jak zwykle musieliście rozmawiać o
mnie! – stwierdziła wzdychając i przeklinając swój los.
I zaczyna się pakować. Hehe. Uderz w stół
itd.?

Stojąc przy drzwiach powiedziałam.- Co to za szkoła?
Tutaj atmosfera panuje gorsza niż w więzieniu.- po czym wyszłam z klasy
trzaskając drzwiami.
Po tych smutnych, przepełnionych żalem słowach,
wszyscy zamyślili się głęboko nad swoim dotychczasowym zachowaniem. Och,
dlaczego nikt wcześniej nie uświadomił im tej bolesnej prawdy?

No. ALE im powiedziała!
A jaką ma skalę porównawczą, skoro wie, że jest
gorzej niż w więzieniu!

Miałam dosyć tego, że wszyscy wmawiali mi, że chodzę
z czarnowłosym chłopakiem.
Wcale przecież nie miał aż tak czarnych
włosów!

To wszystko przez to, że wtedy przed szkołą spytałam co od nich chcą.
Jak w podstawówce. Pokaż się w czyimś
towarzystwie, zaraz usłyszysz „zakochana para”.

MS+BK=WSSM. Ach, te słodkie czasy w trzeciej A….

Nie żałowałam tej decyzji, ale może warto było to wtedy przemilczeć.
Na Bora, zdecyduj się!

[BoChaterka wspomina swojego chłopaka, który z powodu
prześladowań za wygląd, rzucił się z wieżowca. Udaje chorą, przez tydzień
nie chodzi do szkoły]

Niestety nadszedł dzień, w którym trzeba było iść do szkoły. Ten dzień wybijał
właśnie jutro.
BIM BOM!
I po zębach.

***
Usiadłam na moim ulubionym parapecie. Miałam z niego dobry widok na to co się
dzieje na dworze.
Miałam nawet uszykowaną miękką poduszeczkę.
Przesiadywałam tam naprawdę często.
Po latach, miejsce to oznaczono pamiątkową
tabliczką jako „miejsce dumania i rysowania Mary Sue-Ellen”.

Ale nie tej z „Dallas”.

Wyjęłam mój blok rysunkowy i zaczęłam malować to co dzieje się za oknem.
Rysowałam bardzo szczegółowo jednak coś mnie rozpraszało.
No to malować czy rysować? W szkole mnie
uczono, że to jednak różne czynności.
Jest zdolna. Robi i to i to, jednocześnie.
Kobita orkiestra!

Czułam na sobie czyjś wzrok. Rozejrzałam się dookoła, ale nikogo nie
zauważyłam. Chwilę później usłyszałam „Uważaj” po czym wylądowałam na podłodze.
Dostałam czymś w głowę.
Albo jest wyjątkowo mało spostrzegawcza,
albo wróg był wyjątkowo malutki.

Widziałam wszystko podwójnie.
Yeah, I’ve been there before. It’s called ‚flashback’.

Usłyszałam
za sobą jakąś kłótnie. Po głosie mogłam tylko rozpoznać, że jeden chłopak to
Michael, drugiego nie kojarzyłam. Nieznajomy uderzył Michaela w twarz… chyba w
twarz… sama nie wiem bo miałam rozmazany obraz.
W twarz?
W TWARZ?!

Potem okazało się jednak, że nie była to twarz, a
zgoła coś innego.

-Nic ci nie jest?- Spytał nieznajomy.
-Trochę kręci mi się w głowie.
-Zaprowadzę cię do pielęgniarki.
-Nie dziękuję pójdę sama.- Powiedziałam trochę wystraszona. Bałam się, że to
jakiś chłopak z bandy.
-Nie pozwolę ci iść samej. Chłopaki na pewno by tego nie chcieli.
-Chłopaki? Niby kto?
-Bill i Tom.- Odparł nieznajomy.
-A mogę wiedzieć kim ty jesteś?
Zesłali mnie, przecież to oczywiste.

-Jestem Andreas. Bill nas ze sobą zapoznawał.
Tylu ma tych znajomych, że trudno się połapać.

-Ach no tak. Skąd wiesz, że by tego nie chcieli? Przecież mnie nie lubią.
-Lubią cię tylko są lekko obrażeni, że ich zostawiłaś. Mieli piekło przez cały
tydzień.
Zamiast dać się spokojnie prześladować, żeby
oni mogli od tego odpocząć, nawiałaś.

Chociaż i tak codziennie mają. Wyzywali Billa od lesbijek. [to ci straszna inwektywa!] Bill chciał się z nimi bić, ale powiedzieli, że dziewczyn
nie biją [więc skwapliwie skorzystał z
okazji i jednak nie wyskoczył na gołe klaty],

ale za to Toma pobili i to dosyć mocno. Nie było łatwo, a ty byłaś przy tym
nieobecna… uciekłaś.
A co, miała ich trzymać pod łokcie?
Raczej wziąć to na klatę. Swoją.

-Wiem, że nie powinnam była uciekać, ale po prostu zapomniałam o nich…[mam bowiem pamięć jak jętka jednodniówka]. Wiem, że jestem egoistką… przepraszam. Po za tym oni nie
odzywali się do mnie wcześniej.
Tak, ucieczka w obronie własnej to skrajny
egoizm. Że też takie selfish sluts ziemia nosi!
Najlepsze, że wcześniej to bliźniaków nie było
w szkole. I całe prześladowanie Ellen wzięła na siebie. A teraz, gdy przypadło
to w udziale braciszkom, jest płacz i zgrzytanie zębów.

-To nie mnie powinnaś przepraszać. Nie odzywali się do ciebie bo się bali, że
ich wydasz. Bali się, że powiesz o narkotykach.
-Bali się, że ich wydam? Dobrze wiedzieć.-
-”Ha!” – pomyślała,lekko
odzyskując rezon. -”Mam na nich haka!”

Wstałam zdenerwowana szybkim ruchem (ten szybki ruch był strasznie stresogenny) po czym zrobiło mi się ciemno przed oczami i gdyby nie
Andreas to bym upadła.
Andreas nie słuchał mnie kiedy mówiłam, że nie chcę iść do pielęgniarki.
Zaprowadził mnie prosto do gabinetu pielęgniarskiego. Piguła natomiast
stwierdziła, że mam urojenia i zmyślam by nie pójść na chemię.
Matko, nawet pielęgniarka jest w zmowie. A
pomyśleć by można, że poza swój gabinet nosa nie wyściubia.
To chyba niezbyt kanoniczne, pielęgniarka
powinna trzymać sztamę z uczniami.
I trzyma. Przeciwko naszej świętej boChaterce!

Na lekcję przyszłam [depcząc] po dzwonku [przechodząc] przez wykład pielęgniarki. Przeprosiłam za spóźnienie i
usiadłam w ławce. Obraz mi się trochę ustabilizował, ale i tak nie było
idealnie. Znowu czułam jak ktoś na mnie patrzy.
Weszła do klasy z raną na głowie
O ranie na swej głowie nieprędko się dowie
Tylko się każdy gapi, tylko się każdy gapi i nic!

Spojrzałam w bok. Moje oczy napotkały wzrok czarnowłosego. Chłopak szybko
popatrzył w inną stronę. Przez ten krótki moment dało się wyczytać z jego
tęczówek, że się martwi.
Ze źrenic, że chyba mu się podobam, a z
białek, że długo ślęczy przed kompem. Z potylicy natomiast nie dało wyczytać
się nic.

No i zdecydowanie miał zapalenie spojówek.

Wyjęłam mój rysunek, który nie pozwolono mi dokończyć na przerwie i zaczęłam go
kończyć.
Fajnie jej. Siedzi sobie na lekcji, rysuje, a
tak narzekała, że jej żyć w tej szkole nie dają.
No, nie pozwolono jej siedzieć na
parapecie…


Głowa bolała mnie niemiłosiernie. Co jakiś czas kładłam się na ławce by
nie popłakać się z bólu. Dlaczego ta szkoła musiała być taka okrutna? Dlaczego
nie mogło być normalnie?
Dlaczego nie mogę wyciągnąć sztalug i iść na
całość?!
*wizualizuje strip-tease przy sztalugach. W
klasopracowni chemicznej. Disturbing*


Po lekcji wszyscy zaczęli wychodzić z klasy.
(niesamowite! nikt nie chciał zostać?)
Bill
trochę się ociągał. Ja nie byłam w stanie wstać. Kręciło mi się w głowie. Przy
drzwiach czarnowłosy spojrzał na mnie. Wstałam powoli z krzesła. Spakowałam się
i wykonałam jeden krok do przodu, a następnie straciłam przytomność.
Obudziłam się w moim łóżku. Dotknęłam głowę ręką, która była cała obandażowana.
Dostała w głowę, a obandażowali jej rękę?
Obandażowali najbardziej wystające i
chwatit. Uwierz mi, mogło być gorzej.

(…)
Ktoś zadzwonił do drzwi. Mama wstała by zobaczyć kto niepokoi nas o godzinie
tak później porze. Było już po 21. Po kilka minutach mama przyniosła mi
kopertę, a w następnej kolejności wyszła bez słowa z mojego pokoju. Zdziwiona
otworzyłam to co mi dała. W środku była kartka.:
Dzieffczynko Billusi mam nadzieję, że bardzo ucierpiałaś na zdrowiu. Jak
wrócisz do szkoły to musisz nam powiedzieć jakie to uczucie dostać z całej siły
kijem bejsbolowym w głowę. Już nie mogę się doczekać tego sprawozdania.
Po tym tekście zalałam się łzami. Dlaczego oni mi to robili?
Jestem pełna podziwu, że prześladowcom tak
się chce.
Głupi ci prześladowcy, tak dawać do ręki
dowód, że to oni prześladują. Czuję absmak.

***
Następnego dnia obudził mnie dźwięk mojej komórki.
Dostałam sms’a od nieznajomego mi numeru. Treść sms’a brzmiała:
Jak się czujesz? Potrzebujesz czegoś? Jeżeli czegoś
ci brakuje to napisz. Bill
Bez problemu mogłam stwierdzić, że Bill jest cudowny.

Tak. Trochę zazdroszczę tego stanu umysłu, w
którym po jednym SMS-e stwierdza się, że chłopak jest cudowny.
A mnie zastanawia co innego. Bill bez trudu
zdobył numer telefonu Ellen (jak, skąd?)
(z
konta na naszej-klasie przecież!)
. Co, jak
wiemy, nie udało się gangowi Michaela-Olsena, musieli się posiłkować
karteluszkami. Słaby ten gang!
Zaprawdę, powiadam Ci, gang ten jest słaby i
daremny.


Jedyną rzeczą, a raczej osobą, której mi brakowało to Bill. Nie znaliśmy się
rewelacyjnie, ale bardzo lubiłam być w jego towarzystwie. Nawet na lekcji gdzie
siedział kilka ławek ode mnie, zapominałam o moich problemach.
Bill rozsiewał wokół siebie cudowny
znieczulacz.

Przepoconych adidasów.

Jednakże wolałam nie pisać mu, że chciałabym by siedział w tej chwili
obok mnie.
Odpisałam:
Czuję się świetnie i dzięki, ale wszystko mam. Do
zobaczenia jutro w szkole.
O, gramy nieprzystępną! Jakie to uroczo
wiktoriańskie.
I wcale kilka dni wcześniej nie stwierdziła, że
na przyjaźń się nie zanosi.


Odłożyłam telefon na półkę i zeszłam do kuchni zrobić sobie śniadanie.
Fuckyeah!

Po porannych czynnościach [double fuckyeah!] usiadłam na moim ulubionym fotelu w kącie mojego
pokoju i zaczęłam myśleć nad nową piosenką.
„Powinna mieć dźwięki” – uznałam.
Po namyśle dodałam: -”Słowa w sumie też by się jakieś przydały”.

Nie mogłam się skoncentrować, bo po głowie chodził mi uśmiech młodszego
bliźniaka.
Póki tkwił na ustach, nie przeszkadzał mi aż
tak bardzo. Ale gdy przesunął się na uszy, zaczął być irytujący.
Poza tym powodował straszne swędzenie.

W końcu odłożyłam zeszyt i poszłam po blok rysunkowy. Skoro nie szło mi
pisanie to z malowaniem może będzie lepiej. Oczywiście w finale okazało się,że
narysowałam bliźniaków.
Rysowała w malignie? Z zamkniętymi oczami?
Siła wyższa ją prowadziła?
Napisała ich w formie ikony!

Zrezygnowana rzuciłam się na łóżko i zaczęłam patrzeć w sufit z braku pomysłów.

Sufit wywalił na nią jęzor.

Ostatecznie postanowiłam, że pogram sobie na gitarze.
Boru, chrzamocze się po tym pokoju jak
doppler z propellerem!
Ciutnie jak my nad tą analizą :)

Grałam różne melodie wymyślone przeze mnie.
Melodie wymyślone przeze mnie są najlepsze do
grania. Po co wprawiać się jakimś tam Hendrixem. Czy Slashem.

Slash też grywa melodie wymyślone przez nią.
Hendrix grał te wymyślone przez jej babcię.

Moje zajęcie trwało do godziny15, kiedy przyjechała ciocia. Zdziwiłam się kiedy
ją zobaczyłam, ponieważ mieszkała w Polsce.
I w związku z tym nie mogła przyjechać do
Niemiec…?

W 1981 roku uciekła z kapitalistycznego piekła do
Warszawy i poprosiła o azyl.

Zaprosiłam ją do salonu, a następnie zaparzyłam kawę. Kiedy usiadłam obok
niej spytała:
-Co u ciebie słychać? Jak w szkole? Znalazłaś sobie
chłopaka?
-Wszystko dobrze, a chłopaka nie mam i go jakoś specjalnie
nie szukam…
-Och, Ellen, Ellen…
Kiedy ciocia wymówiła moje imię nasunęła mi się pewna
myśl. Dlaczego skoro jestem z Polski to mam Niemieckie imię? Przecież to się
nie trzyma kupy.
Dlaczego, skoro jestem z Polski, mam imię
pochodzące z greki? To też się nie trzyma kupy!
Matko jedyna, moje jest hebrajskie *stwierdza w
osłupieniu*

[Ellen idzie do parku, gdzie widzi "bliźniaków z kolegami i jakąś
dziewczyną, którą Bill obejmował w pasie"]

W tym momencie moja mina musiała wyglądać lekko
dziwnie.
Pewnie tak KLIK

(…)
Na WOSie było coś o prezydentach. Z połową rzeczy,
które mówiła nauczycielka nie zgadzałam się w 100%
Bo to nie byli prezydenci?
To byli łże-prezydenci!

, ale wolałam milczeć by znowu nie zostać ośmieszoną.
Poza tym trochę mi się mylili prezydenci z
premierami, a ci – z kanclerzami.

Bliźniacy jednak nie popierali mojego zdania i wykłócali się z nauczycielką,
której puszczały po woli [i ochocie] nerwy. Nie powiem, że nie bo dobrze im szło. Nauczycielka
po pewnym czasie się tak wkurzyła, że wysłała Billa do dyrektora przy czym
wyzywała go [dyrektora?] w dosyć niesympatyczny sposób. W tym momencie zdenerwowała
mnie i to mocno.
-Niby za co on ma iść do dyrektora?! Za to, że mówi
prawdę?!
-Ty też chcesz iść do dyrektora?
-Z miłą chęcią. Może dyrektor będzie jedyną normalną
osobą w tym gronie pedagogicznym.
Rób tak dalej, a na pewno zyskasz sympatię i
szacunek grona.

Oho, rozpoznaję ten motyw, Harry Potter też miewał
szlabany u Umbridge za głoszenie prawdy o Voldemorcie.

Chcesz powiedzieć, że w demokratycznych Niemczech
nauczają Jedynej Słusznej Prawdy, niekoniecznie zgodnej z rzeczywistością?

Oczywiście. Germańscy oprawcy, zawsze to powtarzam.
Aczkolwiek przeważnie z rozmarzeniem.

[Ellen pałająca oburzeniem, przeprowadza rozmowę umoralniającą z dyrektorem, a
dyrektor, z niemałymi oporami, z nauczycielką. Na przerwie boChaterka zalewa
się łzami i wspomnieniami o byłym chłopaku.]

Poczułam, że ktoś stoi obok mnie.
„Poczułam, że ktoś ściga mnie oczyma –
podniosłam wzrok – to ty, ten sam, ten sam!”

-Cześć… dzięki za to co zrobiłaś na WOSie… jesteś
świetna…- mówił Bill.
Tutaj niech się specjalistki wypowiedzą – w
Niemczech jest WOS?

Ta. A na polskim właśnie biorą Mickiewicza.

Odwróciłam głowę w jego stronę, a on w tym momencie
urwał patrząc na mnie z troską.
-Ej, czemu płaczesz? Stało się coś?
Nic nie odpowiedziałam. Popatrzyłam w jego tęczówki i
kolejne łzy wyleciały z moich oczu.
TRYSK! TRYSK!
Za łzami wyleciały też i oczy.
„Pozor, pozor, budu
triskat!”
[kwadracik poproszę!]

Wytarłam szybko ręką mokre policzki [o masz, po powyższym linku się mi bo kojarzy] i uśmiechnęłam się.
-Nie dziękuj, bo nie ma za co.- Wychlipałam.
***
Ze szkoły wyszłam zamyślona. Irytowało mnie to kim
była dziewczyna, którą obejmował czarnowłosy.
Kim też mogła być, zastanówmy się?
„Kisielem z żurawin? Kluczem dzikich gęsi? Cnotą utraconą u źródła przez
cycatą córkę młynarza?”

¿Quién es esa niña? Who’s that girl? Señorita, mas
fina, who’s that girl?

Ewidentnie
się zakochałam. Może to dlatego, że Bill przypominał mi mojego byłego.
Tja, to dopiero mi
miłość.
Szłam
przed siebie rozmyślając. Nie usłyszałam nawet, że ktoś mnie woła. Dopiero dwie
osoby, które zaczęły iść po moich obu stronach sprowadziły mnie na ziemię.
Szarpiąc
za nogawki i robiąc uniki przed kopniakami.


-Gdzie ty się tak spieszysz?- Zapytał dredowaty.
O, przyjaciel wesołego diabła! Dredowaty, durnowaty, reperuje
stare graty!
Z Czarnowatym my są braty, zwą nas Białe Chude Klaty.

-Ja? Ja się nie spieszę po prostu zamyśliłam się.
Jak myślę, to zapycham jak z motorem w tyłku. Wy tak nie
macie?

-To skoro się nie spieszysz to idziesz z nami.- Powiedział i obydwoje złapali
mnie za ręce ciągnąc nie wiadomo gdzie.

-Gdzie wy mnie ciągniecie?
- Za obraz, no przecież! – oburzyły się pająki.

-Do nas do
domu.- Odpowiedział Bill.
-Ale po co?
-Zobaczysz.- Po czym obydwoje wyszczerzyli się.
Nie wiem,
jak państwa, ale mnie w tym momencie przeszył dreszcz.
A moja
pamięć namolnie nasuwa mi obraz z filmu „Gdzie jest Nemo” – gdy Żarło
zaprasza Marlina i Dory na „małe dyskretne spotkanko”.


Czarny
wziął mnie pod rękę i zaprowadził do swojego pokoju. Usiedliśmy w trójkę na
łóżku i patrzyliśmy na siebie.
Co za
mimozy.
Usiedli
na łóżku i nie wiedzą, co dalej. Ojej.

- Bo wy macie te probówki, nie?

Nie wiedziałam o czym z nimi gadać, na szczęście Tom zaczął mówić:
-Mój brat opowiadał mi, że piszesz piosenki. Wiesz o
tym, że Bill też pisze?
-Naprawdę?- Spytałam patrząc z zaskoczeniem na
czarnego.
Bo któż śmie zajmować się zajęciem
zarezerwowanym dla Marysi?!

-No tak… bo widzisz my tak jak i ty chcemy mieć swój zespół. Tom gra na
gitarze, a ja piszę teksty.
Jak w Bravo Girl. Jesteś nielubiana w szkole,
wyśmiewana, poniżana? Drobiazg. Zostaniesz gwiazdą i wszystko się zmieni.

Tom poszedł do swojego pokoju po gitarę. Jego brat
nadal siedział na łóżku i przyglądał mi się. Nie lubiłam jak ktoś mi się
uważnie przyglądał, ale jemu mogłam to wybaczyć.
Kiedy przyszedł Tom zaczęli prezentować swoje
talenty. Bardzo mi się podobała ich muzyka, lecz do ideału im troszkę
brakowało.
Słyszycie, Kaulitze? Za mało się staracie,
powiedziała ekspertka.
Nie od dziś wiadomo, że nikt nie dorówna Mary
Sue. Już dziecięciem będąc zdradza objawy geniuszu – w tym przypadku geniuszu muzycznego.
I plastycznego. Nie zapominajmy o tańcu
siedmiu zasłon przy sztalugach.


Po prezentacji, przez najbliższe kilka godzin się
wygłupialiśmy. Bawiliśmy się świetnie do czasu kiedy weszła dziewczyna, która
od dwóch dni nie daje moim myślą
[ommm - przyćpała
buddyjskiej ascezy Szpro]
spokoju.
-Cześć jestem…
Nazywają mnie Czcią.

-Wiem kim jesteś.- Przerwała mi.- Jesteś Ellen.
-Skąd wiesz?
- Wszyscy wiedzą. Masz odkrytą ścianę na
fejsie.

-Ach… w tym domu bardzo dużo się o tobie mówi.- Dziewczyna spojrzała na
młodszego bliźniaka, który się zaczerwienił.- Nie wiem czy wiesz, ale jestem
kuzynką tych dwóch szajbusów.
Po tej informacji pozwoliłam sobie na duży uśmiech.
Stopień pokrewieństwa ją uratował. Inaczej
BoChaterka pozwoliłaby sobie jedynie na niechętny grymas.
Albo w ogóle pogrążyłaby się w otchłani
rozpaczy.

Przez resztę dnia, a raczej do godziny 20 w czwórkę rozmawialiśmy na miliony
tematów.
Uwielbiam te opkowe uściślenia czasu. Bo jeszcze
ktoś by zakwestionował.
Dobrze, że policzyli tak skrupulatnie.

[Nawet niecny Michael nie może się oprzeć wdziękom
Elusi i proponuje jej, żeby została jego dziewczyną. Elka unosi się świętym
oburzeniem, a resztę załatwia Bill, który z miejsca deklaruje, że to on jest
jej dziew... eeee... chłopakiem.]
***
Byłam taka zszokowana. Odeszliśmy w trójkę od
Michaela. Przez całą drogę szłam z Billem za rękę. Byłam taka szczęśliwa.
Zszokowana i szczęśliwa. Wytrzeszcz oczu, ale
banan na twarzy.

O tym mówisz?

-Co to za idiota. Co ona sobie w ogóle myśli? Co, że
raz może napuścić na ciebie całą swoją bandę, a na drugi dzień kiedy cię
poprosi o chodzenie to rzucisz mu się na szyję?- Mówił Bill cały spięty.
Zapamiętajmy ten głos rozsądku u Billa.
Za chwilę mu się odwróci.

Uderz w Sue, a Kałlice się odezwą ;)

[W domu Ellen jesteśmy świadkami ognistej scysji,
gdyż mamusia okazuje się osobą mało tolerancyjną wobec pomalowanego chłopaka,
co niezmiernie mierzi naszą boChaterkę.W szale uniesień pakuje plecak i wynosi
się z domu. Zdążywszy jednak obiecać, że wróci za jakiś czas :)]

Szliśmy ulicą w ciszy. Zastanawiałam się gdzie będę przez najbliższe dni spała.
Nie zauważyłam jak doszliśmy do domu Kaulitzów.
Przez całą drogą miała zamknięte oczy. Na świat
też jej się nie chciało patrzeć.
Świat nie kochał Billa. Świat obsysał.

[Mamusia bliźniaków, oczywiście całkowite przeciwieństwo mamusi Ellen,
proponuje jej nocleg]
Mamusi BT, marzenie wszystkich aŁtoreczek – mama
TAKICH chłopaków musi być zajebista, wyrozumiała… Nigdy nie czepia się o
oceny, o nie posprzątany pokój, o to, że synowie przyprowadzają na noc jakieś
podejrzane, pryszczate smarkule…

(…)
Bill zawołam mnie na śniadanie. Usiadłam i zaczęłam jeść jajecznicę. Była
bardzo dobra. Z tego co się później dowiedziałam robił ją Bill, więc musiała
być smaczna.
Nie mamy co do tego żadnych wątpliwości!
Mam nadzieję, że nie poszedł w stylówę Gesslerowej
i związał włosy, gdy ją robił.

Eee tam, widziałaś jaką ma fryzurę. Przecież tam nic
nie ma prawa odpaść. Przez najbliższe 10 lat.

(…)
Weszliśmy do szkoły. Po drodze spotkaliśmy Andreasa.
Chłopaki bardzo zawzięcie ze sobą rozmawiali stojąc do mnie tyłem.
Jak widać, są bardzo dobrze wychowani.

Nagle poczułam, że ktoś zasłania moje usta ręką. Usiłowałam coś
wykrzyczeć, ale oczywiście moi towarzysze mnie nie usłyszeli. Ktoś zaciągnął
mnie do kabiny w męskiej toalecie. Owa osoba odwróciła mnie do siebie przodem i
złapała mocno za nadgarstki.

[Ten ktoś, to oczywiście Michael. Wyznaje Ellen miłość i przy okazji ściąga z
niej ciuchy.]
Ciekawe, jak to robi – albo puścił jej
nadgarstki, albo robi to zębami. W obu przypadkach nietrudno jest się obronić.

Chłopak jednak nie reagował na moje prośby. Kiedy
zdjął mi bluzkę zaczął majstrować przy moich spodniach.
W tych niemieckich szkołach mają cholernie wielkie
kabiny w toaletach.

Oni to na stojąco robią? Bo jeśli tak, to jednak
nie rozumiem, czemu panna nie dała mu kopa w krocze.

Robiło mi się słabo. W moich oczach pojawiły się łzy.
Chciałam się zakopać pod ziemię.
Kuźwa, zamiast dać mu w czułe miejsce, to ją
wstyd ogarnia! Jeszcze niech się schowa w kąciku i pochlipuje cichutko.
I przeprosi, że go sprowokowała. Geez!

(…)
-Nie pozwolę ci zmarnować sobie życia.
-Ale to ty mi je zmarnujesz. Zostaw mnie.- Wyjęczałam
po czym drzwi od kabiny otworzyły się, a w nich stanęli Kaulitzowie.
Patrzyłam na nich z wielką ulgą, chociaż wzrok Billa
wywołał u mnie gęsią skórkę.
-Już cię tu nie widzę.- Warknął wściekle Czarny do
obłapującego mnie chłopaka.
-Kaulitz spadaj bo ja mam tutaj teraz świetną zabawę
z moją dziewczyną.
-Twoją? No ciekawe bo mi się wydaje, że ona jest ze
mną.
-Dałeś się wrobić laleczko.
Bill nie wytrzymał i złapał go za kołnierz po czym
wyrzucił go z toalety.
O, czyli jak chce, to potrafi!
Ale dopiero, gdy się przestraszył, że ktoś
go wali po rogach.


Szybko założyłam ubrania, które zostały ze mnie brutalnie ściągnięte.
Kiedy wrócił Czarny spojrzał na mnie cały czas zły.
Milczał co sprawiało mi większy ból niż jakby zaczął na mnie krzyczeć.
-Bill ja… przepraszam. Ja nie chciałam by tak wyszło,
ale on mnie nie chciał puścić. Mam nadzieję, że nie uwierzyłeś mu w to co
powiedział?
Ja pierniczę – odezwała się wytwornie
Szpro.: -Ona naprawdę przeprasza za próbę gwałtu!
A tu stała się rzecz nieoczekiwana – Bill
uwierzył!

Chłopak dalej na mnie patrzył i nic nie mówił.
-Bill.- Wyszeptałam.
Chłopak podszedł i przytulił mnie.
-To ja powinienem cie przepraszać. Powinienem
pilnować ciebie jak oka w głowie. Kiedy się zorientowaliśmy, że cię nie ma
nawet nie wiesz jak się wystraszyłem.
Dlaczego niby? Może znudzona poszła do szatni?

To wszystko moja wina. Chociaż Michael ma rację.
-Rację?
-Nie wiem co ty we mnie widzisz. Przecież ja
faktycznie mam dylemat z kolorem lakieru do paznokci.
Kaman, wspólnota zainteresowań to pies?!

Wymieniliśmy w trójkę krótkie spojrzenia po czym wybuchliśmy wszyscy śmiechem.
Gratulacje dla aŁtorki, za umiejętne
rozładowanie pełnej napięcia sceny.

Nie wyobrażam sobie jak wyglądałoby moje życie bez tych dwóch świrów. A już
najbardziej bez tego jednego.
- Dwóch, nie ograniczaj się. Smakowity
trójkąt jest smakowity! – wrzasnęła Szpro i uświadomiła sobie, że rozważa
trójkąt z Kałlicami.
*Czule gładząc Szpro, scenicznym szeptem
dodaje* – Państwo wybaczą koleżance. Jest już bardzo późno i koleżanka Szpro
udaje się na spoczynek.

***
[Bill oznajmia Ellen, że chce wziąć udział w
konkursie młodych talentów]

(…)
-Na pewno
wygrasz.- Oznajmiłam i pocałowałam go w policzek. Chłopak uśmiechnął się i
przytulił mocno.
Tom patrzył na nas i uśmiechnął się pod nosem. Nie pomyślałam, że może jest mu
ciężko tak patrzeć jak okazujemy z Billem sobie uczucia.
Oj, ciężko mu! Okulary do dali zgubił, zapalenie
spojówek nieleczone…

Z tego co wiedziałam miał jedną dziewczynę i to jeszcze taką wredną
Oczywiście, wszystkie dziewczyny, poza Mary Sue, są
wredne.

No a jakie mają być, skoro nie są Mary Sue?!

Było mi go żal, ale miałam nadzieję, że niedługo
znajdzie sobie sympatyczną wybrankę serca.
Ej, ja myślę, że jakbyś poprosiła, to Bill by
się podzielił. Taka fajna z ciebie boChaterka.

[Dwa gołąbki się migdalą, ale...]
-Bill, nie.
-Czemu? Tak źle całuje?
-Dobrze całujesz, ale nie chcę.
-Nie chcesz?- Spytał przyglądając mi się uważnie.
-Nie teraz.
-Oczywiście. Jak Michael cię całował to siedziałaś spokojnie i pozwalałaś by to
robił, a mi nie pozwalasz mimo, że jestem twoim chłopakiem.- Zszedł ze mnie i
stanął przed oknem.
Odpalam kolejnego papierosa. Obwinianie
dziewczyny o to, że ją obmacał facet to szowinizm, maczyzm i siusiakizm!
Bill ewidentnie żąda czegoś, co kiedyś w
pismach typu Bravo, opisywało się jako „dowód miłości”.

-Bill nie gniewaj się.- Podeszłam do niego i spojrzałam mu w oczy.
-Nawet nie wiesz jak mi jest ciężko. Michael od początku szkoły poniża mnie i
mojego brata razem z swoją bandą. Teraz rywalizuję z nim o ciebie. Ty nawet nie
wiesz jak bardzo mi na tobie zależy i źle mi z tym, że Michael robi wszystko by
mi ciebie zabrać, a ja nie wiem czy ty na pewno jesteś pewna, że chcesz właśnie
mnie.
Tak. Nie ma wątpliwości, że może woleć
Michaela.
Jak się tak Billowi poprzyglądam, to w sumie
mu się nie dziwię.

Jaka miągwa z tego Billa!

Zaczęły się występy. Było 10 uczestników. Bill
śpiewał cudnie, ale niestety to pewien raper zajął pierwsze miejsce, a Czarny
drugie, ale dla mnie i tak on był wygrany.
A raper był biały i rapował o tym, jak
strasznie i źle jest w USA.

Ewentualnie

Postanowiłam, że dzisiaj wrócę do domu. Podziękowałam
wszystkim Kaulitzom za „przechowanie” mnie, a następnie poszłam do mojego
mieszkania.
Królewna MarySójka i siedmiu Kałlicutków!

Kiedy weszłam do domu, mama siedziała w kuchni przy stole.
Bardzo twórcze zajęcie, pewnie jeszcze gapiła
się tępo przed siebie i, używając języka z opkolandii, nic nie robiąc?

Zdjęłam kurtkę i chciałam iść do swojego pokoju, lecz mama zawołała mnie kiedy
byłam na schodach.
No jasne, ani dzień dobry, ani pocałuj mnie
w rzyć. Czasem mam wrażenie, że aŁtoreczki piszą „boChaterka”, bo się
rymuje z „bucerka”.

Weszłam do kuchni. Mama wskazała krzesło naprzeciwko siebie. Usiadłam na
nim i spojrzałam w milczeniu na mamę.
-Gdzie byłaś przez tyle czasu? Martwiłam się.
-Nie ważne.
Nie interesuj się, szpiclu jeden! Kociej
mordki dostaniesz!

-Niech zgadnę byłaś u tego… no wiesz u kogo.- Mama najwyraźniej nie wiedziała
jak określić mojego chłopaka.
-O Billa ci chodzi?
-No może o Billa nie wiem. To byłaś u niego?
-Może byłam.
-Czyli byłaś. Po raz pierwszy uciekłaś z domu.
I mamunia nie szukała, nie obdzwaniała, nie
zawiadomiła policji, nie dała znać szkole?

Dyć po co? Obiecała, że wróci.

[BoChaterka strzela mamie gadkę umoralniającą, że
przecież nie wygląd się liczy, tylko charakter, ale nie z mamą te numery.]

-Zauroczyłaś się i pleciesz bzdury. Teraz masz różowe okulary na oczach,
zobaczysz, że jak minie ten okres to odwidzi ci się i sama stwierdzisz, że to
jest dziewczyna.
Mama wie o czymś, o czym my nie wiemy???
Jeśli tak, to wolę odpędzić sprzed oczu
wizję, jak się dowiedziała.


-Jak możesz tak mówić.- Dopiero co weszłam do domu, a już ta kobieta
doprowadziła mnie do płaczu.
Mogła poczekać ten dzień, dwa.

Wstałam i pobiegłam do pokoju. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam intensywnie
płakać w poduszkę.
Poduszka intensywnie starała się przyjąć ten
potok łez.
Przewróciła tylko oczami i mrugnęła
porozumiewawczo do kołdry.


Płakałam przez cały dzień do momentu, w którym usnęłam.
Odliczyłam skrzętnie jeszcze 6 sekund i
przestałam płakać.

Następnego dnia mama postanowiła podwieźć mnie do szkoły. Nie byłam z tego szczególnie
zadowolona. Kiedy podjechałyśmy na parking mama powiedziała:
-Tylko pamiętaj, że masz z nim nie gadać.
-I tak będę.- Odparłam z oburzeniem.
-Jeżeli nie będziesz słuchała moich rozkazów to może
się to skończyć gorzej niż myślisz.
Zaczynam się zastanawiać, jakie były prawdziwe
okoliczności śmierci pierwszego chłopca Ellen. Podobny był do Billa… Mamusia
Ellen go nie akceptowała… I te jakieś dziwne jej uwagi o nieszczęśniku
„myślałam, że ma skrzydła i umie latać”… On na pewno sam skoczył z
tego wieżowca?…

Rzeczywiście. Mamusia ma odruchy terminatora.

-Na przykład co? Zamkniesz mnie w piwnicy?
Triple fuckyeah! Zamknij, zamknij!
To już się robi kanoniczne. Jak rurki.

-Nie. Mam inny sposób na ukaranie ciebie.
-Nie rozumiem czemu nie chcesz bym była szczęśliwa,
ale okej.
-Chcę byś była, ale on ci nie da szczęścia.
-Mylisz się.- Powiedziałam i wyszłam z samochodu.
Właśnie ze bo będę szczęśliwa! Na złość
mamie!

Rozebrałam się w szatni i usiadłam na ławce. Spojrzałam na czubki swoich butów.
Wiedziałam, że i tak będę się spotykała z Kaulitzami, jednak bałam się tej
kary. Jeżeli to miało być gorsze od zamknięcia mnie w piwnicy to wole nie
wiedzieć co moja mamusia wymyśliła.
Dlaczego „gorsze”? Mamusia powiedziała tylko,
że nie zamknie jej w piwnicy, tylko wymyśliła dla niej INNĄ karę.

Poza tym są piwnice, których śpiew byłby całkiem
miły naszym uszom!

Jeszcze dwa, trzy opka, a nie zejdę do piwnicy
nawet po Rowerro!


W tej chwili do szatni weszli dwaj bracia.

-Stało się coś?- Zadał pytanie Bill.
-Mama nie chce bym się z tobą spotykała.- Odparłam
zasmucona.
-A ty co na to?
-I tak jej nie posłucham, ale boję się konsekwencji.
Moja mama jest do wszystkiego zdolna.
Zdolna do wszystkiego i równie leniwa!

[Dzięki bochaterce (jasne!) do zespołu Billa i Toma dołączają Gustaw i Georg.]

Chłopaki wymienili się numerami, a następnie
wszyscy się pożegnaliśmy.
Nasza trójka ruszyła w stronę mojego domu. Bill
obejmował mnie ręką w pasie.
Phi, ręką? Ja myślałam, że taki TruLoffer to nogą
obejmuje (idąc).

I znów utwierdzam się w przekonaniu, że mogło być
gorzej.

No tak.

Pod moim domem pożegnałam się z chłopakami po czym
weszłam do domu.
-Masz trzy ostrzeżenia do wykorzystania, po trzecim
masz karę.- Powiedziała na przywitanie mama.- Pierwsze właśnie wykorzystałaś.
Przypomina mi się ten dowcip o farmerze i jego
żonie, co koń im się potknął trzy razy.

-Super!- Krzyknęłam i poszłam do mojej sypialni.

***
[Bill zaprasza Ellen do siebie na Walentynki.]

Chłopak włączył jakiś film na komputerze. Mimo, że był to horror, nie bałam się
bo obok siebie miałam cudownego chłopaka, w którego byłam mocno wtulona. W
końcu ten upiorny film się skończył. Nie wiem czy Bill zrozumiał coś z filmu
gdyż cały czas na mnie patrzył. W końcu nasze spojrzenia się spotkały.
Bo ona do tej pory zerkała kątem oka.
Od pracowitego zeza nieco łzawiła, ale było
warto.


Zaczęliśmy powoli zbliżać do siebie nasze twarze. Bill złączył delikatnie
nasze usta.
Wziął swoje, wziął jej i złączył.
Pomyślał z uznaniem, że ten nowy klej
naprawdę dobrze trzyma.

Kilka minut później (podczas których
trzeba było się zastanowić, co dalej)
zaczął
rozpinać mój sweterek. Przybliżyłam go do siebie (sweterek?) i zaczęłam całować jego
szyję (znaczy się to golf był?) zdejmując mu koszulkę. Ja zdejmowałam koszulkę sweterkowi, a Bill
w tym czasie ściągał moje spodnie.

Po jakimś czasie szepnął mi do ucha:
-Kocham Cię i zawsze będę Cię kochał. Nawet jeżeli
coś nas rozdzieli to pamiętaj, że będę na Ciebie czekał.
Dżizas, kto w takiej chwili myśli i mówi o
rozstaniu?!
Nando. Znaczy, emu. Emo.

Pogłaskałam go po szyi patrząc prosto w jego
czekoladowe, nadziewane kremem pistacjowym, tęczówki. Powstrzymałam
ślinotok
. Pocałowałam go delikatnie w usta.
Bill zaczął zdejmować moje koronkowe majtki.
Dobra, dawajta ten kwadracik.
Jeśli się przewidująco wydepilowała, i założyła
koronkowe majtki, to dziwię się, że w spokoju przesiedziała cały film.
Nie dość, że musiała oglądać jakiś horror, to
jeszcze miała horror w gaciach.

-Bill.- Szepnęłam.
-Tak?
-Bo wiesz… ja robię to pierwszy raz i…
-I jesteś dziewicą?
- Ktoś Ci powiedział?!

-No tak.
-Nie bój się… zrobię to tak, że nie poczujesz bólu.
O, czyli doświadczony jest, hm? Taka sierotka,
a z cicha pęk.

Tira-rira! To ON tak sądzi.

Chłopak zdjął swoje bokserki. Przed oczami zawidniał
mi ogromny, napęczniały członek Billa. Czarny założył czerwoną prezerwatywę.
Do tego przywdział jeszcze czerwone
kabaretki i zachęcająco zakołysał. Biodrami również.

Siedział na łóżku i patrzyła na mnie.
Ta prezerwatywa. Tymi biednymi, czerwonymi
oczkami.
Co dwie głowy, to nie jedna.

Pochyliłam się nad nim co sprawiło, że chłopak
położył się.
Też się nad nim pochylamy. Oraz pokładamy.
Przypomina mi to instrukcję rozkładania leżaka
turystycznego.

Zaczęłam ocierać biodrami o jego męskość.
On zaczął ocierać się kostkami u nóg o moją
żeńskość. Prezerwatywa ocierała się smutno o nijakość.

Po krótkim czasie Bill zaczął jęczeć. Te dźwięki były takie słodkie. W końcu
Czarny delikatnie we mnie wszedł, pieszcząc kciukiem moje wargi.
Które?
Na tym etapie, to już bez różnicy… chyba.

Było cudownie. Obydwoje zaczęliśmy pojękiwać. Chłopak
robił to tak dokładnie (według instrukcji,
którą trzymał w ręku)
i tak czule.
Tak dokładnie i czule pojękiwał!

Zaczęliśmy się namiętnie całować.
Dopiero teraz? Żaaaaaal.
Oj, ważniejsze sprawy były do załatwienia, tam
na dole.

Śniadanie znaczy?

Nie mogłam złapać oddechu. Kaulitz zaczął mocno
poruszać swoim członkiem co doprowadzało mnie do obłędu.
Zaczęłam rozsypywać mąkę na podłodze twierdząc, że
to piasek pustyni, w którym ukryte są skarby Tutenchamona.

Mój chłopak wstał do pozycji siedzącej.
To już jakaś wyższa forma zaawansowanej bardzo
jogi.

Wszystko fajnie, tylko kto ich później
rozplącze, ja się pytam!

W tym momencie poczułam, że jest we mnie bardzo głęboko. Jego penis dotknął
jakiś mój wrażliwy punkt, po którym zaczęłam jeszcze bardziej jęczeć prosto do
ucha Billa.
I po punkcie! A taki był fajny!
Ale przynajmniej jednorazowo się przydał :)
Może odrośnie?

Mój partner uśmiechnął się i mruknął mi do ucha:
-Jęcz tak dalej. Bardzo mnie to podnieca.
„Znooooooowu nie zdążyłam na autooooobus, szef
mnie ochrzaaaaanił, wylałam sobie kawę na spoooodnie, musiałam zooooostać po
godzinach, żaróóóóóóówka się przepaliła, a chłopak sąsiadów znowu maże po
ścianach!…”

Przewróciłam oczami i przygryzłam jego ucho. Tym
razem to on jęknął. Tylko nie Tyson! Nadeszła chwila największej rozkoszy. Krzyczeliśmy na
zmianę.
Jak w tym kawałku? (02:36) BTW love
Fleetwood Mac!
ŁAAAAA! ŁAAA! Dobra, teraz Twoja kolej.
Bo razem nie wypada?

Bill przytulił mnie bardzo mocno do siebie. Nie
miałam już siły się ruszać. Czarny delikatnie masował ręką moje udo. Bardzo
mnie to podniecało.
Dysząc spojrzał na mnie. Dłonią pogładziłam go po
głowie. A stopą nie próbowałaś? Uśmiechnęliśmy się do siebie.
-Jesteś cudowna kochanie.
-Ty też.
Zaczęliśmy bawić się swoimi językami.
Masz, pobaw się moim. Zobacz jak fajnie lata do
sufitu! A ja twój przyozdobię kokardką…

A potem zrobię „brum-brum” i puszczę go
na tor dla autek.


Po jakimś czasie chłopak wyciągnął swoją męskość ze mnie co spowodowało, że
znowu jęknęłam.
Okoliczne sąsiedztwo uśmiechnęło się pod
nosem, słysząc dźwięk wyciąganego korka. -”Oho, znów imprezka u
Kałliców!” – pomyślało.

-Cieszę się, że cię poznałem.- Powiedział gładząc
kciukiem mój policzek.
*turla się po podłodze* W biblijnym sensie, owszem! :D

Uśmiechnęłam się i wtuliłam mocno w jego klatkę
piersiową.
-Za chwilkę wrócę.- Mówiąc to pocałował mnie w czubek
głowy.
Po dziesięciu minutach mój kociak wrócił. Położył się
obok mnie na łóżku i spytał:
- Miau?

(…)
Pół godziny później zaczęłam się ubierać. W przedpokoju
przytuliłam jeszcze Billa na pożegnanie:
-Dziękuję ci za wspaniały wieczór. Odnoszę wrażenie,
że nie ma rzeczy której byś nie robił dobrze.
No jak to? Przecież w śpiewie brakuje mu trochę
do ideału.

Ale tylko trochę. Poza tym jest we wszystkim dobry.
Kochanek z okiem kobry. Nie śmieje się, nie płacze,
czasami bywa dobry.


-Przesadzasz.- Powiedział uśmiechając się.
Pocałowałam go, gładząc jego policzek.
-Dobranoc. Kolorowych snów.
Kiedy weszłam do domu. Mama jak codziennie spytała
mnie gdzie byłam.
Capo di tutti capi normalnie.
No, ja bym się już wyprowadziła z takiego
domu.

-Byłam u koleżanki.
-Jakiej?
-U Nicole.
-Co to za Nicole?
-Kuzynka Toma.
-Czyli jedna z Kaulitzów?
- Pomidor.

-No tak mniej więcej.
-Czyli zostało ci tylko jedno ostrzeżenie do kary.
Ja się nie znam, ale mamusia obrała sobie chyba
nienajlepszą metodę wychowawczą?

No coś ty, bardzo nowoczesną. Najpierw jest kilka
ostrzeżeń, a później kara. Podpatrzyłam u Super Niani.

No to już wiemy, co ogląda aŁtoreczka. Tylko to
jest chyba metoda na kilkulatki. Nie sądzę, żeby działała na Ellen :)
Na kilkulatki też tak od razu nie działa :)

-Za co? Przecież nie widziałam się z Billem.
-Nie marudź. Do swojego pokoju.
Na karnego jeżyka!

Wystarczyło kilka minut bym straciła cały dobry
humor. Zostało mi ostatnie ostrzeżenie, a później ta kara. Wolę nie wiedzieć co
to będzie. Jedyne co wiedziałam to, to, że jeżeli owa kara rozdzieli mnie i
Billa to wpadnę w depresję większą niż cały świat.
Cały świat wpadł w depresję? Shit, ilu
rzeczy człowiek nie wie, jak nie ogląda telewizji…
Bo w internecie, jak zawsze, wszyscy na bani i
zabawa do rana.
Jak czytam niektóre blogaski, naprawdę mam
takie wrażenie.


***
Chłopaki mieli dzisiaj występ w jakimś klubie.
Oczywiście byłam razem z nimi. Siedziałam przy stoliku i przyglądałam się jak
grają. Kilka stolików dalej zauważyłam zainteresowanego muzyką mężczyznę.
Reszta przyszła popić piwa i dać sobie po
mordach.

[Ów mężczyzna, Axel Gernand z miejsca proponuje braciom kontrakt, oczywiście
jeżeli rodzice się zgodzą]
Oczywiście rodzice się zgodzili. Chłopcy mieli swój
zespół, którego zmienili nazwę na Tokio Hotel. Podobała mi się ta nazwa.
Niestety nie mieli teraz dla mnie dużo czasu, ponieważ byli zajęci powstawaniem
nowych piosenek.
Co i rusz patrzą – a tu znowu jakaś piosenka
powstaje, no to lu – miotłą w piosenkę; chwila spokoju, i znowu! No, to jest
zajęcie.
Chwili spokoju, znikąd pomocy.
Chwileczkę, skoro Ellen wszędzie z nimi
chodziła, i też chciała mieć swój zespół – czemu właściwie nie grają razem???
Bo to inna liga. Ellen, jako Mary Sue, już
jest gwiazdą, a chłopaki dopiero zaczynają.

Bill codziennie miał jakieś zajęcia kształtujące jego
głos.
Najpierw zakładamy zespół, a później ćwiczymy
głos, tylko w tej kolejności.
A to mnie akurat nie dziwi :)
Mnie dziwi, że oni w ogóle ćwiczą :)

Pewnego dnia stwierdzałam, że odwiedzę ich w wytwórni. Weszłam do pokoju, w
którym Bill z jakimś mężczyzną siedzieli nad kartką. Obydwaj odwrócili się
patrząc na mnie.
-Cześć.- Powiedział Czarny uśmiechając się do mnie.
-Hej.- Powiedziałam do czarnowłosego, a następnie
ukłoniłam się grzecznie mężczyźnie, który siedział obok mojego chłopaka.
Wdzięcznie rozpostarłam suknię, po czym,
spuszczając wzrok i pochylając głowę w pełnym szacunku ukłonie, dygnęłam. No bo
rozumiecie – to był mężczyzna.

- Rozumiemy, pani matko – odparła karnie Szpro.

Kaulitz wskazał miejsce obok siebie.
-Nad czym pracujecie?- Zadałam pytanie.
-Nad nową piosenką. Nie mam pomysłu na tekst.-
Odpowiedział chłopak.
-Wiesz co… pamiętasz ten dzień, w którym siedziałam
na parapecie i pisałam piosenkę?
-Pamiętam.
Wyciągnęłam kartkę z ową piosenką i podałam ją
chłopakowi.
-Jest twoja.- Powiedziałam.
Chłopak spojrzał w moje oczy, a następnie wbił wzrok
w kartkę.
-Durch den monsun…- Powiedział.
AAAAA! To boCHaterka jest twórczynią pierwszego
wielkiego hitu TH! AAAAA!

Dziwię się twojemu zdziwieniu. Przecież to było
OCZYWISTE.

Boję się myśleć, kto im napisał Schrei.

Kiedy skończył czytać stwierdził, że tekst jest
wyśmienity.
-Obmyśliłaś jakąś melodię jak to pisałaś?
-Właściwie to tak.

Dwa miesiące później chłopaki posiadali już całą
płytę.
W wyobraźni wszystko się mieści i dwuletnie
zbieranie materiału na płytę skurczyło się w mózgu aŁtoreczki do dwóch
miesięcy.

No. Bo Mary Sue zebranie materiału zajmuje dwa dni.

Mieli już bardzo dużo fanów. Niedługo miało odbyć się rozdanie nagród, w
którym Tokio Hotel było nominowane. Bill postanowił, że weźmie mnie ze sobą, bo
i tak ostatnio spędza ze mną za mało czasu.
A mama-terminator zupełnie przeoczyła fakt, że
córka wypindrzona, wyperfumowana, cała w złocie i brokatach, wychodzi na
imprezę. Pewnie się jej zemdlało.
Oj tam oj tam. Podsypała jej coś do kolacji
i mamę zmorzył nagły sen.


Na owym rozdaniu nagród siedzieliśmy w loży dla vipów. Siedziałam w objęciach
młodszego Kaulitza. Oczywiście nagrodę za najlepszy Singiel zdobyła moja
ukochana grupa- Tokio Hotel. Chłopcy byli co raz lepsi. Miałam wszystkie ich
piosenki na MP3.
Przez dwa miechy to faktycznie tyyyyle ich
naskrobali, że!…

Skąpe buce. Nie mogli jej dać swojej płyty, musiała
jumać empetrójki z internetsów?

Kochałam ich za tą muzykę, chociaż Billa kochałam i
tak za coś innego.
Za coś ogromnego, co się uwidacznia w
odpowiednich momentach?

Czyżbyś miała na myśli intelekt?…
Gorące, bijące tylko dla niej serduszko?

-To wszystko dzięki tobie Ellen.- Mówił uradowany
wokalista.
-Ja tylko wymyśliłam piosenkę, a to wy ją
zagraliście.
-Piosenka piosenką
(nie jest znów aż tak rewelacyjna)
, ale to ty
znalazłaś Gustava i Georga. Wiesz, że Cię kocham?- Powiedział mój partner, a
następnie przytulił mnie mocno.
-Ja Ciebie też kocham.
Stężenie zajebizmu Mary Sue daje prosto
między oczy. Macie świadomość, że to dzięki niej powstało TH i jeden z ich
przebojów?

Po rozdaniu nagród pojechaliśmy do domu.
Proszę, jak grzecznie. A tylu wątpi w dzisiejszą
młodzież.

Z tego całego szczęścia zapomniałam powiedzieć by samochód nie podjeżdżał
pod mój dom. Niestety było za późno. Zostało mi tylko modlenie się w duchu, że
mama nie patrzyła przez okno.
[Niestety, patrzyła.]
-Jak zwykle mnie nie słuchasz. Dałam ci trzy szanse, a ty je wszystkie
zmarnowałaś. Wiesz co cię teraz czeka?
Kurde, naprawdę mnie to złości. Klimaty jak z
historii o dzieciaku maltretowanym przez rodzica-psychopatę…

-Nie wiem.
-Chodźmy do kuchni tam ci powiem twoją karę.
Na kornerze?
Musiały aż do kuchni iść? Ta matka jest tam, zdaje
się, łańcuchami przykuta.
Typowa niemiecka żona, tylko w kuchni. W
przedpokoju, gdy łańcuch za długi.


Usiadłam na krześle. Wiedziałam, że będzie to coś
okropnego.
Nie, skąd. Kary z reguły bywają przyjemne.
Czasem są! ^^
Ale boChaterka jest w tym wieku, że nie ma
prawa jeszcze o tym wiedzieć.

-Skarbie… chcę dla ciebie jak najlepiej. Nie chcę byś zeszła na złą drogę, a
wiem, że ten chłopak cię na nią sprowadzi.
-Czemu tak twierdzisz?- Zadałam pytanie podenerwowana.
-Widać to po jego wyglądzie. Wracając do tematu kary
to tylko mogę Ci powiedzieć, że jutro wieczorem wracamy do Polski.
Yeah! Mam co prawda zajebistą robotę, ułożyłam
sobie tu życie, ale kara jest ważniejsza, pakuj się!
A nie może jej wysłać pociągiem, z
kartonikiem z adresem na szyi?

I kubkiem ciepłego mleczka, chłe chłe.

[Ellen leci do Billa, ale biedactwa mogą się tylko
użalać nad sobą i cierpieć.]

***
Kiedy się obudziłam słyszałam jakieś krzyki w domu.
Też tak czasem mam.This is monster called
Monday Morning.

Zeszłam do kuchni, w której zastałam mojego chłopaka wraz z moją matką.
-Czy pani wie, że krzywdzi ją pani w ten sposób? Ona
nie zasługuje na coś takiego.- Mówił Bill.
-Masz racje. Ona nie zasługuje na coś takiego jak
ty!!!- Wydzierała się mama.
-Co tu się dzieje?- Zapytałam.
Chłopak spojrzał na mnie i wybiegł z domu. Spojrzałam
pytająco na mamę, która mnie olała.
Nie dam się sprowokować i nie zadam tego
pytania.
A ja owszem. Zakładam, że mama jest kobietą,
więc spytam: panocku, JAK?!

Ojtam. Kawą chlusnęła.

Wychodziłam zapłakana z domu. Towarzyszyła mi przy
tym walizka.
Truchtała obok ze smutnie opuszczonym ogonkiem.
I podawała suche chusteczki na zmianę.

Odwróciłam się i zobaczyłam Billa.
-Bill.- Wykrztusiłam rzucając mu się na szyję.
-Mam coś dla ciebie. Chcę byś miała coś co będzie ci
o mnie przypominać.- Powiedział wyjmując z kieszeni dwa łańcuszki.
Na każdym łańcuszku wisiała połówka serca, która po
złączeniu tworzyła jedno serduszko.
Nie wpadłabym na to. Po złączeniu dwóch połówek
serduszek robi się jedno serduszko? Genialne!

Zwodniczo proste. Nie mogłoby robić szyneczki? Albo
chociaż boczusiu?

Marzą mi się 3 trzustki…

-Jeden łańcuszek jest dla ciebie.- Powiedział
przytulając mnie mocno.- Pamiętaj, że zawsze będę na ciebie czekał. Kocham Cię.
Będę tęsknił.
Bałam się wyjeżdżać. Wiedziałam, że moje życie w
Polsce będzie straszne.
W Polsce straszne. W Niemczech straszne. Nie
wiem gdzie by jej dobrze było.
Ja też nie, ale kusi mnie wizja, by ją
zesłać w jakiś odległy kraj.


Osiem godzin później dojechałyśmy pod nasz dom w
Polsce. Weszłam do mojego pokoju. Nienawidziłam tego miejsca. Każdy przedmiot w
pokoju przypominał mi o tym co doprowadziło do przeprowadzki do Niemiec.
Poproszę o łopatologiczne wyłożenie mi, o co
chodzi w zdaniu powyżej.
- Przeprowadziłaś się do Niemiec, bo twojej
mamie tak się ułożyło życie – tłumaczył grzebień na toaletce.
- Przeprowadziłaś się do Niemiec, bo tam są lepsze szkoły – dodawały
porozrzucane płyty CD.
- Przeniosłaś się do Niemiec, bo tam są świetne dżinsy, a zawsze chciałaś mieć
świetne dżinsy, prawda? – dołożyły swoje podniszczone rurki.


Jutro musiałam iść do szkoły. Mama wczoraj zapisała mnie do jakiejś.
Telefonicznie? Bez żadnych papierów, świadectw?

Nikt nie chciał przyjąć mnie w środku roku. Jestem ciekawa co za mądra
dyrektorka postanowiła mnie jednak przyjąć.
Może taka, która wie, że jest to jej obowiązkiem?

W szkole jak zwykle byłam nowa.
Raczej trudno przyjść do nowej szkoły i być od
razu „starą”.

Odwróciłam się i zobaczyłam trzy dziewczyny
uśmiechające się do mnie.
-Hej.- Odpowiedziałam.
-Jestem Kornelia. To jest Laura, a to Liliana.
Nie produkują już zwykłych Anek, Goś i Ew?
Nie bardzo. Ale Julek i Wiktorii jest jak
naplute.

-Mimo mi.[!] Jestem Ellen.
-Jesteś Polką?
-Tak, a czemu pytasz?
- Zdradza cię ten dziwny akcent.
- I mundur Wehrmachtu.

-Bo masz nie polskie imię.
(mój kolega Kevin byłby na cenzurowanym)

-To podobno przez moją babcię, która chciała nazwać mnie Halina. Mama
stwierdziła, że nie da mi takiego imienia, a babcia nie odpuszczała, więc
poszły na kompromis i mam na imię Halina tylko po niemiecku.
No proszę. A tak się zastanawiała, dlaczego nosi
niemieckie imię. I wietrzyła Wielki Sekret.

Polecamy metodę wszystkim rodzicom, on chce tak, ona
inaczej, a wypadkowa nazywa się Helmut.

[Dziewczęta się zaprzyjaźniają i szybko wychodzi na
jaw, że one też (jakże by inaczej) marzą o własnym zespole, tylko wokalistki im
brak. BoChaterka nadaje się do tego wyśmienicie.]

-Idziemy do studia.- Powiedziała Laura.
-Jakiego studia?- Spytałam zaskoczona.
-Do studia nagraniowego. Kiedyś na takim występie pewien człowiek podszedł do
nas i powiedział, że jeżeli znajdziemy dobrą wokalistkę to możemy do niego
przyjść, a on już na pomoże.
Studia nagraniowe z reguły w ogóle nie są
oblegane. Ruch w interesie niewielki. Jak się trafi jakiś zespół, to biorą z
ulicy, nie patrzą co i jak.
No! Czasem nawet organizują uliczne łapanki.
Kto nie umie śpiewać, zwija kable po sesjach nagraniowych.

Albo trafia do ekipy „Jaka to melodia”.

Minęły dwa miesiące. W towarzystwie dziewczyn nie
miałam czasu na płacz mimo, że bardzo mocno za nim tęskniłam.
Płacz też się za nią stęsknił.

Zawsze na mojej szyi widniał łańcuszek od Czarnego. Mama niestety
zmieniła mi numer telefonu bym nie mogła się z nim kontaktować.
A Bill z rodziną i zespołem wyjechał na
Kamczatkę, żeby prowadzić życie pustelnika.
Poza tym, skoro to Ellen zmieniła numer, nie
Bill, dlaczego nie mogła się z nim kontaktować?
Mamusia podstępnie wykasowała jej wszystkie
kontakty.
Zapomniałam: czasy zapisywania sobie numerów
w notesie odeszły w przeszłość. Ręczne pisanie, jak zwierzę, pfff.


Nasz zespół nosił nazwę Black Heart. Kilka miesięcy później miałyśmy już
pierwszą płytę, która sprzedawała się rewelacyjnie. Nasz zespół zdobył wiele
nagród. Nasza kariera zaczęła wychodzić po za granice Polski. Po krótkim czasie
byłyśmy już dobrze znane w Niemczech, Rosji, Włoszech, Francji i innych
wielkich państwach Europejskich.
Kariera, jakiej mogłaby pozazdrościć Edyta
Górniak!

W grudniu zaczynała się nasza trasa koncertowa po Europie. Miałyśmy
odwiedzić takie miasta jak Moskwa, Londyn, Paryż, Hamburg, Wiedeń, Kraków,
Rzym, Kijów, Madryt i Mińsk. Pierwszy koncert miał się odbyć za dwa dni w
Londynie. O 19 następnego dnia miałyśmy polecieć do stolicy Wielkiej Brytanii.
Już nie mogłam doczekać się tego koncertu, chociaż bardziej czekałam na ten w
Hamburgu.
I mamusia się zgodziła? Nie martwi się o córkę? Nie
zabrania jej rozwiązłego trybu życia w zespole? Nie wywozi do Irkucka?
Mamusię, jak to w opkach bywa, trafił szlag,
inaczej kariera boChaterki nie mogłaby się rozwijać. W tym przypadku aŁtorka
nie zawraca sobie głowy wypadkami, pogrzebami i nowymi
tatusiami-wywożącymi-mamusię-na-Teneryfę. Po akcji z blokadą telefonu, mamusia
znika i już.
A swoją drogą, kroi nam się kolejna trasa
szlakiem pijanego zająca: ” Hamburg, Wiedeń, Kraków, Rzym, Kijów, Madryt i
Mińsk”.

Będzie miała jet lag w europejskim wydaniu.

***
Siedziałam w garderobie i patrzyłam w moje odbicie w
lustrze. Kiedy siedziałam sama, a wokół mnie była cisza czułam się bardzo
samotna. W tej chwili bardzo chciałabym mieć przy sobie Kaulitzów, którzy
pewnie tworzyli gdzieś tam w świecie nowe hity. Zostało jeszcze pół godziny do
wielkiego show.
Do pokoju wszedł mężczyzna, który zamontował mi
jakieś tam gadżety dzięki, którym miałam słyszeć fanów w mniejszej
częstotliwości.
Znaczy rzadziej. Co dziesiąty pisk.
Te gadżety się nazywają stoppery…

Stałam przy wejściu na scenę. Moje przyjaciółki już
wybijały rytm pierwszej piosenki. Wbiegłam na estradę i usłyszałam piski
rozchodzące się z każdej strony. Byłam mile zaskoczona.
Bo spodziewałam się się pisków tylko z lewa.
Widoczność trochę ograniczały ciśnięte mi w
twarz, psychofańsko zdarte staniki, ale na oślep namacałam statyw.

Ups! Przepraszam pana oświetleniowca, naprawdę
myślałam, że to statyw!

Nie spodziewałam się tak dużej frekwencji.
Tia. Zespół znany w całej Europie, zdobył wiele
nagród, i skąd ten tłumy na koncercie, ach skąd?
Wynajęli sprawnych telemarketerów i porobili
konkursy w lokalnych rozgłośniach radiowych.

Zaczęłam śpiewać. W tym momencie zrobiło
się jeszcze głośniej. To było takie przyjemne uczucie. Wreszcie poczułam, że są
na świecie ludzie, którzy mnie lubią nie znając mnie.
To już tylko Marysujka mogła wymyślić. Lub
mnie, mimo że mnie nie znasz.

[Po koncercie]
Kiedy wyszłyśmy na dwór. Fani od razu ruszyli w nasza
stronę. Od fanów odgradzała nas siatka. Nasi wielbiciele zaczęli wkładać
pomiędzy siatkę ręce z notesikami i innymi rzeczami [biletami, balonami, urwanymi rękami fanek][listą zakupów do spożywczaka], na których miałyśmy napisać nasze autografy.
Czadowa kariera młodziutkiego, grającego od kilku
miesięcy zespołu z Polski.

Umyłam się i ubrałam po czym zeszłam na
śniadanie [fuckyeah!]. Kiedy pokazałam się na stołówce z dziewczynami wszyscy
jedzący śniadanie przy stolikach przyglądali się nam uważnie. Było to trochę
krępujące, ale takie jest już życie gwiazd, o ile mogłyśmy tak na siebie mówić.
Ach, to życie gwiazd, to jedzenie w stołówce…
Ta niemiła bufetowa nalewająca zawsze mlecznej z
kożuchem…

I znowu ruskie na śniadanie…

[Ellen zwierza się Laurze, że TEN Bill jest jej
chłopakiem. Koncerty, koncerty, aż tu nagle WTEM, pojawia się Michael.]

-Ellen ja się zmieniłem. Obiecuje, że nic ci nie
zrobię. [Ta, i że będziesz uważał i że nie
będzie bolało, co?]
To co zrobiłem w tej
toalecie wtedy było takie szczeniackie, wybacz.
-Dobrze, ale jeżeli zrobisz coś niestosownego to
będziesz rozmawiał z moim ochroniarzem rozumiesz?
-Rozumiem.- Powiedział uśmiechając się do mnie.
Usiedliśmy na kanapie przy kominku.
-Chcesz coś do picia?- Spytałam.
-Nie dziękuję. Nudno bez ciebie w szkole. Tępienie
Kaulitzów też już jest nudne.
Opkoskleroza? Kaulitze są już gwiazdami
europejskiego formatu. Jakie tępienie?
Wychodzi na to, że Kaulize aż tak ogromnej
kariery nie zrobili i wciąż chodzą do szkoły.
Oj, przyjeżdżają raz na dwa tygodnie
zaliczyć matmę czy WOS.

W szczególności, że Bill non stop migdali się ze
swoją dziewczyną.
Orzeszku…! A ona jak się kokosi!

Coś ukuło mnie w okolicy serca.
Może to zresztą były okolice wątroby albo w
ogóle pępka.

-Nie wiem jak on mógł z tobą zerwać. Przecież mi mówił, że nigdy cię nie
zostawi.- Ciągnął dalej Michael.
I wcale nie domyślamy się dalszego ciągu,
prawda?


Z każdym jego słowem byłam coraz bliższa płaczu. Bill miał nową dziewczynę.
Czułam jak pęka mi serce.
Przecież już jest rozpękane i wisi na
łańcuszku!

Łańcuszek, który miałam na szyi coraz bardziej mi przeszkadzał. Złapałam go i z
całej siły zerwałam z mojego ciała. Podeszłam szybko do otwartego okna i
wyrzuciłam go zaczynając głośno płakać.
(…)
Byłam taka zrozpaczona, że nie chciałam być teraz sama. Czułam, że moje życie
wali mi się pod nogami.
Podkulanie nóg nic nie dało, lawina
nieszczęść nadal przetaczała się po podłodze.

Poszłam do sypialni z Michaelem. Poprosiłam go by spał dzisiaj ze mną. Chłopak
chciał spać na kanapie, ale po kilku namowach w końcu zgodził się spać koło
mnie. Usnęłam wtulona w niego. Przypomniało mi to o nocy, w której spałam u
Kaulitzów. Na samą myśl o tym zaczęłam znowu płakać. Tak bardzo mi go
brakowało.

***
[Ellen cierpi katusze, Michael ją pociesza.]
Po trasie wróciłyśmy do domu. Michael przeprowadził się do Polski by być blisko
mnie.
O, zastosował żonologię, jakie to świeże i
nowe!

Laurze się to nie podobało. Ona jako jedyna nie akceptowała go. Może
dlatego, że jako jedyna z zespołu znała całą prawdę. Spędzaliśmy w piątkę
bardzo dużo czasu.
No, to biedna Laura musiała cierpieć
katusze. Cóż za wierna przyjaciółka.

Nadchodziła jesień. Siedzieliśmy w czwórkę na ławce w parku. Było dosyć zimno.
Wygłupialiśmy się jak zawsze. Michael znienacka objął mnie w pasie. Szczerze
mówiąc nie podobało mi się to. Wolałam tą czynność zostawić dla Billa, ale nie
chciałam się kłócić.
Pozwól wysmarkać mi się w twój sweter, ale łapy
precz!
I ciesz się, że daję Ci się pocieszać!

Kątem oka zobaczyłam jak coś błyska. Odwróciłam głowę i zobaczyłam
jakiegoś mężczyznę z aparatem.
[Michael robi pokazówkę i całuje Ellen.]
-Oszalałeś?! Co ci odbiło?!
-Miłego dnia kochanie.
Popatrzyłam wściekle na niego. Z dnia na dzień miałam
go coraz bardziej dosyć. Co on sobie w ogóle wyobrażał?
Przecież to nie ja go poprosiłam, żeby mnie
pocieszał, nie ja kazałam mu się przeprowadzić dla mnie do Polski, tyle co
przespał się kilka razy ze mną w jednym łóżku, i już nie wiadomo co sobie
wyobraża.
Ba, nawet prokreacja to jeszcze nie powód do
znajomości, zawsze to powtarzam.


Wystarczył miesiąc (uu, piorunem!) (internet ukradli w tej
Polsce, że aż miesiąc?)
by na okładkach gazet
pojawiły się zdjęcia moje i Michaela. Znając moje szczęście to zdjęcie ukarze
się niedługo w prawie wszystkich gazetach młodzieżowych na całym świecie.
Samokarzące się zdjęcia powinny być raczej w
pisemkach BDSM…

Bałam się reakcji Billa na to zdjęcie. Nie chciałam wiedzieć co sobie
pomyśli. Patrzyłam w okładkę z smutkiem w oczach.
BoChaterka żyje w jakiejś alternatywnej rzeczywistości.
Ma zablokowany telefon, ale nie może skorzystać z cudzego, ani kupić sobie
nowego. Nie wie co to internet, ale jej zdjęcia ukazują się we wszystkich
gazetach. Nie ma agentów, którzy mogliby ją skontaktować z Tokio Hotel. No
wszystko, dosłownie wszystko sprzysięga się przeciwko niej.
Per aspera ad Mary Sue.

-Wszystko w porządku?- Usłyszałam głos Laury.
-Nie z bardzo. Popatrz na to.- Wyciągnęłam w jej
kierunku gazetę.
-Mówiłam ci byś mu nie ufała. Raz już zrobił ci
krzywdę i Bill cię uratował. Drugi raz może to się skończyć inaczej. Ellen, czy
ty nie widzisz, że on chce was rozdzielić na dobre? Znalazł sobie odpowiedni
moment bo nie jesteście blisko siebie i łatwo jest was oddalić jeszcze
bardziej.
Ha! Przejrzała go!

-Laura ja to widzę, ale nie mogę mu tak po prostu kazać się odwalić, bo to
będzie nie miłe.
Więc dla dobra sprawy niech dalej mnie
obmacuje, a co mi tam.

-Nie miłe? Co ty bredzisz? On chce was rozdzielić, a ty się przejmujesz, że
będziesz nie miła? No pomyśl.
-Ale te zdjęcia i tak już poszły w świat. Jak ja mam
przekazać Billowi, że to wszystko to ściema skoro nie mam z nim żadnego
kontaktu?
To opko dzieje się w latach 80. ubiegłego
wieku…?

[Michael pokazuje swoje prawdziwe oblicze."Albo będziesz moja, albo
niczyja."]

-Mam napisany list pożegnalny od ciebie dla Billa.
Wystarczy, że powiesz, że mnie nie chcesz, a on go dostanie, a ty już nic nie
zrobisz bo będziesz martwa.
Martwota też nie wyklucza działalności w
dzisiejszej popkulturze. Wąpierze, wiercący się na pogrzebach nieboszczyki,
Jerzy Połomski…

-Chcesz mnie zabić?
-To zależy od ciebie. Jeżeli nie będziesz zginiemy
oboje.
Znaczy – jak jej już nie będzie, to on się
zabije? Nie wiem, jak rozumieć to zdanie.
(Tutaj jest wywalona część tekstu, on pewnie
nawiązuje do „będziesz moja, albo niczyja”.)

Patrzyłam na Michaela naprawdę bardzo mocno
wystraszona. Ten chłopak od urodzenia był psychopatą.
Tylko jakoś wyleciało mi to z pamięci. A
ochroniarz, którym wcześniej straszyła go Ellen, słuchał akurat Tokio Hotel i
nic nie słyszał.
Ochroniarzy nigdy nie ma, gdy są potrzebni,
to jedna z tych rzeczy. A psychopatia, droga aŁtoreczko, nie jest wrodzona.

Nie, on stał się psychopatą chwilę po urodzeniu…
ten lekarz, co mu pomagał przyjść na świat, był taki OHYDNY!


[Michael nie odstępuje Ellen na krok, wykorzystuje ją co noc, wytchnieniem jest
wyjazd do Francji "na wywiad", gdyż boChaterka "nie może zabrać
ze sobą" swego prześladowcy. Nagle, WTEM!]

Uświadomiłam sobie, że jest jeden sposób na skontaktowanie się z Billem. Znałam
na pamięć jego adres.
Z mózgu boChaterki uniosła się para, a jakiś
cichy głosik wewnątrz zakwilił „w końcu, w końcu…”.
A, czyli jednak współczesne czasy, skoro
kontakt analogowy przyszedł Ellen do głowy tak późno.


Może już tam nie mieszkał, ale jego mama na pewno.
Bo tatuś pewnie ciągle tkwi pod szkołą, taki
zamyślony.

[Ellen pisze list, w którym tłumaczy się ze zdjęć i wyznaje, jaki to z Michaela
szubrawiec.]
(…)
Wiem, że pewnie czujesz do mnie żal i nie interesuje cię to co tutaj piszę,
ale chciałam byś znał prawdęzanim odejdę.
Kocham Cię,
Ellen.
P.S.
Do listu dołączam polówkę serca, ponieważtą co dostałam od ciebie pod wpływem
nerwów wyrzuciłam przez okno. Przepraszam.

Nie panimaju. Wysyła mu połówkę serca, ale nie
tę, którą od niego dostała. Gdyby to była tamta, to też by wysłała? Jako dowód
w sprawie, że to pisała ta Ellen, a nie inna?
[do Ałtoreczki] TĘ. Poza tym, też nie
rozumiem nagłego rozmnożenia wydawałoby się, że dwóch połówek serca.
TĘ. Zbiorowo przepraszam, zaćma umysłowa się
szerzy.


Ze szkolnego korytarza, dręczącego nasze
wrażliwe uszy zgiełkiem gimnazjalistów i piskami braci Kałlic, pozdrawiają Kura
bez warkoczy, Dzidka w koronkowych gaciach, Mikan malująca na parapecie okna i
Szpro w wydartych pająkom zza obrazu rurkach
oraz Maskotek lepiący miluchne,
przepołowione serduszka.


Drodzy Czytelnicy! 
Dziś mamy dla Was niby dwa opka, niby dwa światy – na pozór swojski Koszalin
i  miasteczko Virabble, leżące prawdopodobnie gdzieś w Australii… 
Lecz akcja obu dzieje się w Świecie Przedziwnym, a bohaterki obu tworów też
wiele łączy. Koszalin jest lądowiskiem Alienów z Kosmosu, Australia zaś rządzi
się jak zawsze swoimi prawami – ludzie tam chodzą nogami do góry, głowami w dół
i stąd dziwne zawirowania fabuły.
Opko pierwsze byłoby nawet sympatyczne w swej uroczej naiwności, gdyby nie
pewien wybitnie irytujący motyw, który pojawił się już w początkowych zdaniach.
Jaki? Przekonajcie się sami!

Analizują: Kura, Sineira i
Jasza.


http://problematic-girl.blog.onet.pl/

Nie będę się zbytnio rozpisywać. No więc na imię mi Diana. Jestem 13-letnią
dziewczyną o kasztanowatych włosach. Tak, wiem. Nie używa się za bardzo
określenia ,,kasztanowatych”, ale to mój świat i moja wola słów prawda ?
Rzekła ałtoreczka i stało się opko. I nie widziała
ałtoreczka, że było ono kiepskie…

 


Choć rodzina… znaczy chciałam powiedzieć ,,godzina” ! Tak, już jest 21.
godzina. Dwudziesta pierwsza ?! Aaaa nie… To tylko mój zegarek się zepsuł, a
nawet już o nim zapomniałam… Znaczy ZAPOMNIAŁAM wymienić baterie. Pewnie
myślicie, że jestem zakręconą nastolatką.
A skąd. Toż to starcza demencja, wypisz – wymaluj.

Eee tam. Mylicie się. Jak już coś to o was mowa.
Koleżanko Kuro, kolego Jaszo, do jesionek nam się
układać, nie opka analizować!
Anienie. Ałtorka wszak mówi, że to
czytelnicy są zakręconymi nastolatkami. Ach, czuję się znów młodo!

Moje życie jest takie jakie powinno być. Nie chcę nic a nic w nim zmieniać, ani
ulepszać. Chcę, żeby zostało takie, jakim dotąd jest.
Blaszany Bębenek – Reaktywacja. 
Oraz marzenie o Dniu Świstaka.


Dobra… zaczęłam się rozpisywać, a obiecywałam, że nie będę. Ja już kończę, bo
późno się robi, paa !
„Jest już późno, piszę
bzdury

Kot zapędził mysz do
dziury.”


-Tak wyglądał mój wczorajszy wpis w pamiętniku.
Od kiedy to w pamiętniku, z zasady przeznaczonym na
własny użytek, nastolatka się przedstawia i opisuje swój wygląd zewnętrzny?
Czyżby maniera blogaskowa przeżarła młodzież do tego stopnia?

Ma problemy z pamięcią krótkotrwałą. Opisuje swój
wygląd, żeby wiedzieć kogo widać w lustrze w czasie porannych obrządków.


Dzisiaj ? Jak o nim myślę, to chyba wolałabym go tu i teraz spalić…
-Dlaczego ?
-Bo już nie jest dla mnie ważny. Od dzisiaj. Chyba pójdę się…
-Utopić ? Powiesić ??? Niee rób teego proszę ! Ja do tego nie dopuszczę. Nie
pozwolę Ci tego zroo… – Sandra nie zdążyła już dokończyć, bo w tym momencie
zatkałam jej usta moją ręką.
-Chciałam powiedzieć PRZESPAĆ.
-Aaaa przespać… przepraszam Cię, wiesz że się o Ciebie martwię.
Ale oczywiście, skoro sobie tego nie życzysz,
natychmiast przestanę.

-Tak, wiem. Ale teraz zostaw mnie samą.
-Ok. To do jutra, pa.
Czy zgadniecie, co było powodem pogorszenia
nastroju i lekkiej senności?

Podpowiedz: nie jest to ciąża.
Nieno… wtedy miałaby mdłości i zatykała usta
sobie, a nie przyjaciółce.
Dla utrudnienia
dodajemy, że przyjaciółka też nie jest w ciąży.

-Pa… – w moim głosie brzmiał sam smutek. Nie wiedziałam jak uporać się z
odejściem mamy.
Ona była dla mnie najważniejszą osobą na świecie, a nawet nie zdążyłam się z
nią pożegnać…
Czytacie to i pewnie nie wiecie o co chodzi.
Nie, nie wiemy.

Otóż, tematem jest moja mama, która nie wiadomo dlaczego umarła dzisiaj rano.
Prosimy nie regulować odbiorników, ani nie trzeć
oczu. Tak, tego dnia zmarła mama Mary Só.

Nie wiadomo dlaczego? Ależ wiadomo! By nie przeszkadzać
w spotkaniach z trólawerem i takich tam…

Tata mówił mi tylko, że mama źle się czuła i on bał się o nią, dlatego zawiózł
ją do szpitala o 4.00 nad ranem. Później, coś ok. 6.00 doszła do nas wiadomość,
że mama nie żyje. Teraz na czas dzisiejszy pozostały mi po niej tylko
wspomnienia…
Oraz nieprzezwyciężona senność. Dobra, wiem, że
szok może się objawić w różny sposób, ale beznamiętność narracji przyprawia
mnie o lekki stupor.

Na dzień dzisiejszy jestem sierotką. Sierotką
Marysią Só. I się napawam tym stanem, bo daje mi wejście do literatury.

***
Dni mijały, a Diana siedziała tylko w swoim pokoju. Chodziła do kuchni jedynie
po to, by coś przekąsić, czy napić się czegoś
[pogratulować - nie wpadła z żalu w anoreksję!]
ale po dłuższych
przemyśleniach doszła do wniosku, że nic nie naprawi jej złamanego serca po
odejściu mamy.
Tak, nic jej nie pocieszy, ani krakersy, ani
batoniki. Jeżu Borski, czy tylko mi włos się jeży, kiedy to czytam? Toż
zdechnięciu chomika ludzie potrafią okazać więcej emocji!
Nic jej nie pocieszy, do końca życia będzie
trwać w żałobie… aha, aha…


Siedziała, myślała, czekała i leżała. Ale po co ?
„- Siostro moja kochana! – zawołał Bachman.
- Co ci się stało, że siedzisz na stole? O ile 
pamiętam, nigdy dotąd na stole nie siadywałaś.
- Siedzę na stole, żeby nie siedzieć na oknie – odparła Parysada
- A któż ci kazał siedzieć na oknie? – spytał Perwic.
- Siedziałam na oknie, żeby nie siedzieć na krześle – odrzekła Parysada.”

-Diano, kochanie. Dlaczego nie wychodzisz z domu ? – zapytał zmartwiony ojciec.
-Idź dziecko pobiegać, pobaw się troszkę.
„Zupę zjedz, talerz gorącej, pomidorowa,
przynajmniej dobra.”

Zapadło długie milczenie. Potem popatrzyła krótkim wzrokiem na ojca i znowu
patrzyła się w sufit.
Na odmianę, ojciec miał nadwzroczność starczą, więc
popatrzył na nią swoim dalekim wzrokiem.

Rozdz. II

WTEM!
Drugiego dnia jakby się coś odmieniło w życiu młodej nastolatki.
Z przerażeniem odkryła, że stała się starą
nastolatką.

Diana wyszła na świeże powietrze zauważając, że rozpaczania były już
niepotrzebne.
I tyle mniej więcej trwa Standardowa Żałoba Opkowa.
A rozpacz można odwiesić na kołek. Zwłaszcza, że
nietwarzowa.

Przypomniała sobie sytuację swojego kolegi z klasy, który został sam jak palec.
W wypadku samochodowym umarła jego mama, tata, brat oraz dwie siostry. Tylko on
jakimś cudem przeżył tę tragedię. 
Taki Sierotek-Marcyś to dopiero ma dobrze!
Wszystkich zmiotło za jednym zamachem. Wredne rodzeństwo też przy okazji uległo
anihilacji.

Uświadomiła sobie także, że brak matki nie jest aż taki straszny.
Nie, wcale. Wreszcie nikt nie będzie odganiał od
komputera i przypominał o sprzątaniu i odrabianiu lekcji.

Trzeba przyznać, że kanon opkowego pozbywania się
rodziców został zachowany.

No nie, brakuje imprezki albo zakupów. 

Niektórzy są bez ojca, bez matki ale… przecież żyją i sobie jakoś
radzą. 
Niektórzy nawet świetnie sobie radzą. Na przykład
taki Harry Potter.

Albo taka Sierotka Marysia. Też sobie poradziła.
Szkoda tylko, że krasnoludków jakby ostatnio nie widać. 

Na każdego kiedyś przyjdzie ta chwila. Ta ostatnia, kiedy śmierć ,,zapuka do jego
drzwi.”
Głębokie.
Jak odmęty odstojnika w gminnej oczyszczalni
ścieków.

***

,,Chyba przejdę się do Sandry”-pomyślała po długim spacerze.-,,Ciekawe co
tam u niej słychać…”
Uczyła się tej frazy na pamięć, powtarzając ją
sobie w kółko półgłosem.

Chwilę później…
-Hej, co słychać
Zapamiętała!

-Ooo Diana !
-Taak to ja, no chyba nie Michael Jackson nie ?
-No chyba nie. Znaczy… poczekaj, zaraz sprawdzę.
-Ejjj…
-Żartowałam przecież. Hahaha !
Nagły atak Elementu Komicznego. Jeżu, aż mnie w
krzyżu łupnęło.

Tak. My to takie dwie chichotki, maskotki, małpiatki, wariatki. Z każdego
spotkania potrafimy się roześmiać na całego.
Nie daj Boru, jak się spotkają na pogrzebie
mamusi…

No, to wtedy czarna polewka na całego.

Heh… lepiej nas nie rozśmieszać dla własnego bezpieczeństwa. Jak to kiedyś
powiedziała Sandra do pewnego chłopaka: ,,Przed spotkaniem skonsultuj się z
lekarzem lub farmaceutą, gdyż każda sekunda spędzona ze mną zagraża Twojemu
życiu lub zdrowiu”.
Sine, Jaszo, skonsultowaliście się? Obawiam się, że
każda sekunda kontaktu z opkiem też zagraża…

Myślisz, że po kontakcie z tyloma opkami pozostała
w nas choć uncja zdrowych zmysłów?

Haha ! Ale było zamieszanie z tego powodu… W całej szkole o tym mówili.
I stałyśmy się celebrytkami chociaż na pięć minut.
Cóż za piękne wspomnienie!

Pogłoski doszły nawet do małych dziewczynek z przedszkola, które chodziły
korytarzami i mówiły: ,,Przed ciągnięciem za włosy skosztuj się z piłkarzem lub
kosmonautą, gdyż jazda po korytarzu szkolnym zagraża Twojemu życiu lub
zdrowiu”. To był dopiero hit !
Tak, w to uwierzę, dla dziewczynek z przedszkola
taki czerstwy tekst mógł być hitem.

Ale byłoby fajnie i w ogóle, jakby całego tego cytatu nie pozmieniały…
No właśnie, jak tak można, toż to zamach na naszą
własność intelektualną!

Owe dziewczynki z przeczkola nazywaliśmy ,,laleczkami-dzieweczkami” ze
względu na ich mowę, wygląd oraz barbi’owate zachowanie.
Ach, czujecie tę wyższość, tę dorosłość, ten styl?
Dystyngowane hrabianki, nie ma co.

No, to koniec bajki i bomba, kto nie słuchał ten trąba ! Hehe.
Nie no, Gombrowicz to z Ciebie nie jest…

A teraz wracamy do teraźniejszości, a w temacie SZKOŁA…

Mamy koniec wakacji, 28 sierpnia:
-Jeszcze tylko 2 dni i koniec laby. Szkoda nie ?-Sandra zapytała, oczekując
szybkiej odpowiedzi.
-No pewnie, że szkoda…
Koniec wakacji jest niewątpliwie większą tragedią
niż strata kogoś bliskiego, prawda?

Ależ Sine, myśl po opkowemu. Kogo takiego ona niby
straciła? Zrzędząco-upierdliwą istotę, która nic tylko czegoś wymaga, wygłasza
kazania, każe wracać przed zmrokiem i nie pozwala spotykać się z chłopakami!

No tak, dostarczyciel kasy nadal żyje, nie ma nad
czym rozpaczać.

Dlaczego wakacje nie trwają 10 miesięcy, a nauka tylko 2 ? Byłoby duuużo lepiej
dla wszystkich. Nawet dla rodziców, którzy nie musieliby dawać nam co dzień
kieszonkowego.
O, rly? Znaczy, córeczka w wakacje nie ma żadnych
potrzeb, żadnych wypadów do kina, na lody, na ciuchy? A może sama na siebie
zarabia?

Oczywiście. W czasie wakacji podejmuje się prac sezonowych
i tak zarabia na swoje wydatki.

(głośny śmiech) (z offu?)
Nie, to ja…

No, ale podczas roku szkolnego przynajmniej nie ma nudy.
Masz nawet na to gwarancję !
-Tak, ale jakby były jeszcze wakacje, to byśmy więcej czasu spędziły razem.
Mam mroczne podejrzenie, że matka musiała zginąć,
bo np. wysłała córkę na kolonie, z dala od ukochanej psiapsiółki.

Prawdę mówiąc przy Sandrze czułam się, jakby to była moja siostra. Miałyśmy do
omówień te same tematy, dzieliłyśmy się naszymi problemami i nawet największymi
sekretami. Zawsze było nam razem dobrze. Jednym zdaniem: umiałyśmy sobie
znaleźć czas i ,,zabić nudę” kiedy tylko trzeba było. Sama nie wiem, co
zrobiłabym bez niej. Ona wspierała mnie nawet w najgorszych sytuacjach i za
każdym razem umiała mnie z nich wyciągnąć. Nie wyobrażam sobie życia bez niej.
W przeciwieństwie do tych nikomu niepotrzebnych
dodatków do karty kredytowej, powszechnie znanych pod nazwą
„rodzice”.

-Eeee… w sumie to racja. Może na (prawie)zakończenie wakacji, uczcimy to kilkugodzinnym
pobytem w mieście hmmm ?
-Aha ! Nawet nie pytaj, tylko bierz kasę i jedziemy.
-Ok, spotkamy się na przystanku.
Gromki huk obwieścił światu
że czoło Sineiry sięgnęło blatu. 
Oto zakupów czar, moje dziatki
czymże jest przy nich nagła śmierć matki?

Nie czekałam ani chwili, tylko od razu pobiegłam szybko do domu po pieniądze,
komórkę oraz napisałam tacie kartkę, która brzmiała:
JESTEM NA MIEŚCIE Z SANDRĄ. BĘDĘ OK. 20:00. BIORĘ KOMÓRKĘ, JAK COŚ TO DZWOŃ.
POZDRAWIAM, DIANA.
O tym, że wzięła również pieniądze – ani mru mru…
Sam się zorientuje ;)
Przyzwyczajony.
Będzie wstrząśnięty, lecz nie zmieszany…

15:00, Koszalin.

Najpierw zdecydowałyśmy się pójść do kina na ,,Step Up” w 3D. Film był
warty obejrzenia, a szczególnie w trójwymiarze.
Następnie zjadłyśmy pyszny obiad w miejscowej 3-gwiazdkowej restauracji.
Zapewne jadły TO?
<nagle zdezorientowana> Ale dlaczego w kasku?
Całe to menu jest przerażające, a kask dla
bezpieczeństwa?

Później już na spokojnie chodziłyśmy po przeróżnych sklepach z różnymi
ubraniami, butami itp.
Paczciepaństwo, co ten kapitalizm z dziećmi zrobił.
Chociaż może to i dobrze, że chodziły, przynajmniej trochę ruchu miały.

Aż tu WTEM!
Idziemy sobie z Sandrą uliczką, aż tu nagle przed nami stoi duży doberman.
Wyglądał, jakby urwał się z łańcucha, ponieważ miał na szyi jego kawałek.
Wystraszyłyśmy się go aż tak, że zaczęłyśmy krzyczeć na cały głos i uciekać
przed siebie ile sił w nogach. Niespodziewana była to chwila… Wystarczyło, że
pies spostrzegł iż się go boimy, zaczął biec 3 razy szybciej niż my.
Wyprzedził je i już był w połowie drugiego
okrążenia, gdy zauważył przed sobą peleton.

W jednej chwili doberman ugryzł mnie w nogę. Upadłam na chodnik. Przed sobą
widziałam przez chwilę tylko Sandrę i psa, który nagle uciekł. W ułamku sekundy
leżałam na zimnym chodniku już nieprzytomna…
Nie wiem, co on jej odgryzł, ale miała tam
najistotniejsze ośrodki życiowe.

Hm, gdyby to był facet, to piesio mógłby mu
niechcący o mózg zahaczyć, ale dziewczyna…?

Rozdz. III
I od tego momentu zaczyna się opowieść o inwazji
Obcych z Kosmosu.
Tylko w ten sposób można
wytłumaczyć to, co dzieje się w opku.

Ten dzień już sam w sobie wydawał się być tragedią. Od przebudzenia nie
wiedziałam co się ze mną stało,ani gdzie byłam. Myślałam, że to był po prostu
jakiś straszny sen i miałam nadzieję, że już się dawno skończył. Lecz jedynie
się myliłam. Przede mną stał jakiś nieznany mi człowiek.
Wyglądał na dość mądrego, ale sama nie wiedziałam czy się nie mylę.
Zapewne miał brodę. Zaś aŁtoreczka była zapewne tą
młodą niewiastą, która ostatnio podrywała mojego Małża pytając, czy jest
mędrcem.

Może ja nadal śnię ?
Nagle odchrząknął bardzo głośno i wtedy już wiedziałam, że nie śpię. Słyszałam
tylko głośne ,,YHYYM !!!”. Najpierw myślałam, że kichnął. Potem on sam
potwierdził to, że jest uczulony na kurz. Nie zdziwiło mnie to, doprawdy…
Czy mamy zrozumieć, że ona padając wytarzała się w
kurzu i teraz z prochu powstaje?

Albo odwrotnie – po tym pogryzieniu już w proch się
obraca…

W czasie, gdy bohaterka leżała nieprzytomna, Alieny
coś jej wszczepiły i teraz obserwują efekty eksperymentu:

-Już Ci lepiej ? Widzę, że o czymś myślisz.
Tych wyładowań i skwierczenia nie da
się z niczym pomylić.

Skakała jej po głowie piłeczka, taka jak u
Pomysłowego Dobromira. 

Może przypomniałaś sobie wczorajszy dzień ?
Sprawdza, czy udało się dokładnie wyczyścić jej
pamięć.

Zastanawiałam się długo nad jego pytaniem. Rzeczywiście dumałam nad kilkoma
kwestiami. Na przykład ciekawiło mnie to, że jestem w obcym mi, a
jednocześnie-znanym miejscu.
Te ekrany, te migające światełka, gdzie ja to
widziałam… Ach! Mostek kapitański Enterprise!

Trochę niezręcznie zapytałam pochylającego się nade mną ,,przedstawiciela
gatunku ludzkiego” gdzie jestem oraz co się ze mną stało, że tutaj jestem.

Cudzysłów wskazuje, że przebranie było kiepskie, a
tu i ówdzie wystawały mu macki. Abduction Starfleet’s on the rise!

On opowiedział mi całą historię o psie, który ugryzł mnie w nogę oraz, że
Sandra szybko zwołała pomoc dla mnie, bo się o mnie przeraźliwie bała. Miała
też podobno obawę, że umrę…
Nie przesadzajmy. Wścieklizna jest, co prawda,
chorobą śmiertelną, ale pierwsze symptomy występują najwcześniej po dwóch
tygodniach od ugryzienia.

Zawsze zdawałam sobie sprawę z tego, że to jest dla mnie najważniejsza osoba
zaraz po moim tacie. To jest moja najlepsza przyjaciółka. Znamy się od
dzieciństwa od tak zwanej ,,piaskownicy”.
No i sami widzicie, dlaczego mamusię można było
uśmiercić bez większego wahania, gdzie jej tam do najlepsiejszej
psiapsiółeczki!

Dowiedziałam się także o problemie z którym musiałam przezwyciężyć: do końca
września nie wyjdę ze szpitala,
Po tym, jak pies ją ugryzł w nogę?! To nie był
pies, to musiał być jakiś tygrys szablozębny!

W dodatku z zębami jadowymi.
Zwłaszcza że w dzisiejszych czasach już się nie
robi serii bolesnych zastrzyków w brzuch.

a moimi ,,koleżankami” i ,,kolegami” będą tutejsze pielęgniarki. Nie
tak wyobrażałam sobie początek roku szkolnego.
Myślałam, że będzie on bardziej pamiętliwy i interesujący…
No w dupę jeża, bachorze cholerny, Twoja matka nie
żyje, a ty narzekasz na brak „pamiętliwych” elementow? <wyciąga
spod biurka Wielki Dwuręczny Miecz> Ja ci zaraz zrobię pamiętny
początek, ty…

Sine, toż ona nie jest pamiętliwa,
o tragedii już zapomniała i wybaczyła Losowi…

Ale ja jestem. <bluzga pod nosem, ostrząc
żelastwo>


Rozważałam nad tym, że poznam wiele przystojnych chłopców i życzliwe koleżanki,
a nie jakieś 40-letnie kobiety, które co dzień będą do mnie przychodzić i
pytać: ,,Witaj kochaneczko. Czy coś Ci dzisiaj potrzeba ? Może miseczkę zupki
przynieść ? Może napijesz się szklanki wody ?” To jest żałosne… Dlaczego
akurat mnie spotkała taka męczarnia ?!
Tak, to straszne. Zdecydowanie lepiej byłoby,
gdybyś leżała zapomniana w kącie i ani jedna życzliwa dusza do ciebie nie
zagadała, o przyniesieniu czegoś do jedzenia nie wspominając.

Daj spokój, toż to dla boChaterki nieziemska męka,
leżeć tak odłogiem. Jeszcze, nie daj Bór, będzie musiała zacząć MYŚLEĆ. Chociaż
nie, wystarczy jej przecież użalanie się nad sobą.

Yhy, widzę personel szpitala odgadujący życzenia
Mary Só i biegający z miseczkami zupki! Pewnie jeszcze ugotowanej na
zamówienie.

-Hmmm… trochę inaczej wyobrażałem sobie naszą rozmowę. Myślałem, że będziesz
opowiadać
mi o całym tym wczorajszym incydencie. Nie przypuszczałem, że będziesz
cały czas milczeć…
- Ale to nic – dodał z szerokim uśmiechem.  -
Znamy tu parę sposobów na wyciąganie zeznań z opornych.

-Ooo… bardzo pana przepraszam panie… yyy-eee panie…
-Doktorze Makrowski. Nazywam się Stanisław Paweł Makrowski i jestem lekarzem.
-No tak. Jak mogłabym NIE ZAUWAŻYĆ…
Ma pan, co prawda, sześć macek i trąbkę, ale
przecież kitel jest w porządku.

Ta odpowiedź była tandetna. Ze wstydu aż puściłam buraka. Musiałam aż
przysłonić się kołdrą, żeby tego nie zauważył…
Burak to mało ruchliwa roślinka, łatwo ją ukryć.
Gorzej byłoby, gdyby musiała gonić swego pawia…

-Nie dziwię Ci się. Jesteś jeszcze w szoku. Rozumiem Twoje samopoczucie.
-Jest pan jedyną osobą, która odczytuje mój nastrój. (galaktyczny
telepata, mackowata jego mać)
Ale ja chciałabym dowiedzieć się więcej.
Gdzie jest…
…moja torba z zakupami?!

I nawet nie zdążyłam dokończyć słowa, bo tu nagle do pokoju wpada przestraszony
tata.
-Córeczko… ja… się… tak… bałem… o…
Tym razem ja mu przerwałam. Widziałam, że był bardzo zdyszany.
Tato, no weź tak nie dysz, bo obciach.

-Mnie ? Tak wiem… Masz ze mną same problemy.
-Diano, nie myśl tak. Poprostu się… martwię. Jak każdy rodzic zresztą. To nie
nowość.
Błagam, wybacz mnie, niegodnemu. Jakże śmiałem
zakłócać twoj cenny spokój, o boska.

To były trudne słowa. Tyle mu strachu narobiłam, że musiał się z pracy zwolnić.
Zrobiło się małe zamieszanie z tego powodu, tylko on nie chciał mnie niepokoić.
Było mi strasznie wstyd…
Jutrzenka nadziei?

Niestety lekarz zarządał, aby wszyscy opuścili pokój i żebym została sama i
tzw. ,,odpoczęła”. Jak ja mogę odpoczywać, myśląc o wszystkim na raz ?
Ha, mówiłam, że perspektywa myślenia ją przeraża!
W trakcie grzebania w mózgu coś musieli jej
poprzestawiać lub popsuć. Przecież od myślenia mogą jej się zwoje przegrzać i
będzie kicha.


Teraz najchętniej uciekłabym stąd i poszła do Sandry… Ohh ! Jaka ja jestem
zła !
Chyba Bóg mnie w tym czasie wysłuchał. I raczej chciał, aby ta chwila
zaistniała. Obejrzałam się przed siebie [po inwazji
Bułgarów, teraz mamy babę-dziwo, która jeśli chce obejrzeć się przed siebie, to
musi przekręcić łebek jak sowa...]
zobaczyłam ślicznego chłopaka i nagle
zmieniłam zdanie. Nie jestem już w złym humorze. Jestem zauroczona…
I po jutrzence.

Rozdz. IV.
Nie pamiętam już co się stało ze mną po wczorajszym ,,niebiańskim widoku”,
przez którego aż ponownie zemdlałam.
Nieno, jak ona mdleje na widok faceta, to zaczynam
wierzyć, że po ugryzieniu w nogę musi leżeć miesiąc.

Zachowałam sobie w pamięci tylko to, że widziałam chłopaka opartego o ścianę i
patrzącego w sufit, jakby czuł się winny. Owy [szukam
tęgiego kija...]
niedostępny chłopak miał migdałowe (sic!) włosy
Ale koloru migdała w łupince, czy obranego?

oraz przepiękne turkusowo-błękitne (hę?)
oczy, które od samego patrzenia się na nie lśniły w blasku.
Kolejny kosmita. Inwazja już się rozpoczęła.

Próbowałam zapamiętać go sobie w głowie, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak
sobie poszedł.
Jasny portret Twój…
Uniosę go, ocalę wszędzie,
Czy ze mną będziesz, czy nie będziesz,
Talizman mój, zamyśleń nagłych Twych i rzęs…

Wprawdzie wyglądał na znudzonego, a jednocześnie czekającego na chwilę, w
której się obudzę.
Ach, jak on ślicznie ziewa, jak pięknie dłubie w
nosie!

Przypuszczalnie coś ode mnie chciał, bo raczej chyba nie pomylił pokoi ?
Niespodziewanie chłopak zauważył, że od pewnego czasu już nie śpię, więc
odezwał się przyjemnym głosem:
-Cześć.
Nie wiedziałam jak zareagować.
No, ja też bym nie wiedziała, gdyby nagle odezwało
się do mnie wczorajsze wspomnienie.

Jeszcze nie doszło do mnie to, że w moim pokoju i to w dodatku- w szpitalu stoi
przystojny chłopak, który chce ze mną pogawędzić. Nieświadomie odpowiedziałam
mu równie uroczym jak jego głosem:
-No cześć.
Ja chyba upadłam na głowę. Jeśli nadal będę gadała do niego jak przez sen, to
pomyśli sobie, że jestem jakąś wariatką…
Hm, średnio ogarniam. Odezwać się do kogoś miłym
głosem – to źle? Jak w takim razie należy prowadzić konwersację z zesłanym
niespodziewanie przez Bora przystojniakiem?

Mając trzynaście lat? Wcale. Należy się
zaczerwienić, spuścić wzrok i uciec.

Albo ryknąć „Co się gapisz ch**ju, przy**bać
ci?”

Postanowiłam wziąć się w garść, wszak nie chciałam by odszedł, więc nie
czekałam co on powie, tylko zaczęłam z nim po ,,ludzku” rozmawiać.
To ja się zgubiłam. Ona też jest kosmitką?
Trochę tylko z nią eksperymentowali.

Najpierw zapytałam się go, z jakiego powodu tutaj jest oraz czy coś ode
mnie chciał. On tylko uśmiechnął się lekko i odpowiedział:
-Tak, chciałem z Tobą porozmawiać. Chodzi o psa, który zrobił ci wielką krzywdę
i sprawił, że tutaj tkwisz.
-Hmmm… pies to inna sprawa, a ty to zupełnie inna. Nie uważasz ?
A bo ja wiem? W tym natłoku obcych gatunków można
się pogubić…
Przesadzili ze wzmacnianiem obwodów
logicznych.

-Rzeczywiście. Ale nie byłoby mnie tutaj, gdyby to mój pies cię nie ugryzł…
„Puszczaj charty ze smyczą, niechaj pannę
uchwycą, towarzyszu mój!”

Zapadło długie milczenie. Właścicielem złośliwego brytana rasy doberman,
To coś jak jamnik rasy owczarek podhalański.

przez którego cierpię jest chłopak, w którym się bujam ???
„I nowa by się z tego zrobiła zawiłość –
Tu serce, tam powinność! Tu zemsta, tam miłość!”

-Yyy… tak. Ale proszę cię. Nie myśl, że on to zrobił specjalnie. Viper nie
atakuje ludzi bez powodu. Musiał go zdenerwować hałas w mieście. Tam zawsze
jest wrzawa i pełno ludzi, a akurat spodobałaś mu się ty…
Przypomnijmy, że ten przywiązany do budy pekińczyk
rasy bullterier żył w nieustannym stresie. Jak nic – musiał od tego być trochę
nerwowy.
Na okrągło.
To był Pies Przeznaczenia, którego ukąszenie
sprowadza Tró Laff.

Pies przeznaczenia ma dwa ostrz… tfu, kły. Oraz
korkociąg, śrubokręt i otwieracz do konserw.

Ja sądzę, że raczej baryłkę z rumem.

-Taa, ale gdybym go upilnował, to nie musiałabyś tu leżeć.
-Wiesz co ci powiem ? To nie żaden problem. Wystarczy, że jesteś ty…
Blink! Blink! Sparkle! I deszcz małych, czerwonych
serduszek.

W tej chwili nasze oczy patrzyły się na siebie jak gdyby były zaczarowane. Ta
chwila także była magiczna. Nasze usta zetknęły się ze sobą. To było naprawdę
bardzo romantyczne…
-Pocałowałem cię, a nawet nie wiem jak ci na imię. Jeszcze mi się to nie
zdarzyło.
Zwykle przed pocałunkiem przeprowadzam ankietę
personalną.

Oraz sprawdzam aktualność karty szczepień.

-Heh, ja mam na imię Diana i mieszkam 2 kilometry od
Koszalina, w niewielkiej wsi. A ty ?
-Mam na imię Marek. Mieszkam w Koszalinie od 4 lat.
Znaczy, Marek być „wielki świat”,
a ona tylko biedna tubylka z wioski?

Archetypiczna prosta wieśniaczka ;)

Dowiedzieliśmy się o sobie jeszcze wiele więcej. Nasza rozmowa trwała aż do
północy, więc w tym czasie przyszła pielęgniarka i oznajmiła, że za 15 minut
gasi światła i zamyka wszystkie drzwi.
Wizyty w szpitalu trwające do północy. I za chwilę
jeszcze okaże się, że Diana ma przytulny pokoik tylko dla siebie. I
pokojówkę…
Muszą bardzo dbać o prototyp.

Dała do zrozumienia Markowi, że powinien już iść.
-Tylko się jeszcze pożegnam.
Wiadomo było, jak wyglądać będzie pożegnanie. Równało się to całusowi, zdaniu
,,paa, przyjdę jutro” oraz opuszczeniem pokoju. To była naprawdę wspaniała
i niezapomniana noc…
Zwłaszcza dla szpitalnego personelu.

***

Możecie w komentarzach opisywać wasze wrażenia po każdym rozdziale =]
Dozwolone jest także komentowanie, co potoczy się dalej.
Dalej potoczą się łby, ot co!

Rozdz. V

Kolejny dzień był równie przyjemny jak wczorajszy. Można by powiedzieć, że
wszystko szło po dobrej myśli. Już od 07.00 nad ranem Marek czekał na rozmowę
ze mną.
Na nic szpitalny rytm dnia – mierzenie temperatury,
obchód lekarski; na nic zabiegi, zastrzyki, kroplówki, pobieranie krwi, moczu i
kału… i wiele innych rutynowych działań. Tru lof przyszedł pogadać.

Może był studentem medycyny?
E, tam. To jeden z Nich.  Przeprowadzał testy.

A teraz Brawurowy Element Komiczny!
Oczywiście powinien wiedzieć, że gdy obudzi mnie tak wcześnie, może się
troszeczkę zdziwić. Zawsze ten budzący dostaje ode mnie poduszką w twarz. Nigdy
nie zwracam uwagi na oblicze tego ,,owego” budzącego mnie ze snu, no ale
cóż…
Nie zwracam tez uwagi na to, czy przedmiot, jaki
chwyciłam, jest rzeczywiście poduszką. Kiedyś było wiele śmiechu, jak
przywaliłam tatusiowi kowadłem. Musielibyście widzieć jego minę, hahaha!

Każdy ma jakieś wady i zalety nieprawdaż ?
Azaliż?

Tak więc zaczęliśmy naszą pogawędkę krótkim śmiechem po tym zdarzeniu. Potem,
gdy już stawało się mniej śmieszniej, sprawiliśmy by do tego powrócić, zatem
przystąpiliśmy do bitwy na poduszki. Przy bijatyce posypało się tyle pierza, że
gdy pielęgniarka weszła do pokoju, nawrzeszczała na nas jakbyśmy byli małymi
dziećmi, które nie umieją posługiwać się poduszkami, a następnie z pośpiechem
pobiegła po sprzątaczkę mówiąc, że stał się nieobliczalny problem z dyscypliną.

Stał się problem nie tylko z dyscypliną, ale ze
zdrowym rozsądkiem również. Po prostu bryknął, zapominając, że to szpital a nie
kolonie.

Pierze. W szpitalnych poduszkach. Taaaa.

Pokojówka przybiegła do nas z taką szybkością, jakby miała jakiś odrzutowiec,
To tylko typowa dla Kosmitów umiejętność teleportacji.

także niestety nie można było wszcząć potyczki.
A także trzeba było udawać obłożnie chorą, której
nie da się ze szpitala wypuścić.
Dyrektor szpitala miał tajemne układy z
NFZ-em. Płacili mu za izolowanie niestabilnych emocjonalnie nastolatek.

Dopóki nie znajdzie się jakiś Bill, któremu można
będzie je opchnąć.


Pilnowała nas przez jakąś dobrą godzinę.
W tym czasie w sali obok bezradna młoda matka na
próżno czekała na pomoc, facet z nogami w gipsie cicho błagał o podanie kaczki,
ktoś wył z bólu, ktoś umierał – ot, nieistotne detale. Tło.

Po dłuższej chwili stwierdziła, że pójdzie zrobić sobie kawę (żeby nie
przysnąć) no i chyba jednak po drodze przysnęła, bo już do nas nie wróciła.
Albo teleportowała się na statek macierzysty.

-Eee tam. Nie ma czego współczuć, doprawdy. Tylko przydałoby się jakieś
lekarstwo na ból.
-A czy przestanie boleć, jak cię pocałuję ?
-No nie wiem. Musisz sprawdzić…
Nie ma się co rozpisywać. Znowu był pocałunek, ale tym razem bardziej czuły.
W tę bolącą nogę, jak rozumiem.
Taaa, Indiana Jones też tak podpuszczał Marion ;)

-Diano, co się stało ?-zapytał po chwili widząc, że mój wyraz twarzy trochę się
zmienił.
-Przypomniałam sobie o mojej niedawno zmarłej mamie…
Rychło w czas.

Już nikt ani słowem się nie odezwał. Marek przysunął się tylko i mnie
przytulił, a moje łzy ciekły po jego białej koszuli. Nie śmiał nawet zapytać
się o tamten najtragiczniejszy dla mnie dzień.
Dwie podstawowe korzyści ze śmierci matki: po
pierwsze – nie łazi, nie smęci i nie przeszkadza, a po drugie – można się
romantycznie wypłakać w rękaw trólawera.

Przecież tylko po to została przez aŁtoreczkę
uśmiercona.

W bieżącej chwili odtworzyłam sobie wspomnienia, jak podobnie do Marka
przytulała mnie mama w ciężkich chwilach. Jaka szkoda, że nie można cofnąć czasu…
Pewnie wiedziałabym wtedy, jak zapobiec jej śmierci.
Uhm, czyżbyś odkryła pierwszy skuteczny lek na
Opkową Zarazę Mordującą Rodziców? To wspaniale, ale szczerze mówiąc, wątpię, by
inne ałtoreczki były Ci wdzięczne…

AŁtorka wie, że coś gdzieś dzwoni. Czuje
podskórnie, że z jej opkiem coś jest nie tak. Jednak nie, nie pozwoli dojść do
głosu rozsądkowi, przecież okazywanie jakichkolwiek uczuć wobec rodziców jest
tak mało kul i dżezi!

***

-Czy już ci lepiej ?-Marek strasznie się o mnie martwił. Dlatego nie spuszczał
mnie z oczu.
-Tak, już lepiej.-gdy wypowiedziałam te słowa, od razu mu ulżyło. Nie dziwię
się. W końcu płakałam nie odzywając się do niego przez pół godziny. Tak więc
powróciliśmy do naszej rozmowy.
Milczała przez całe pół godziny! Musiała więc
szybko nadrobić zaległości.

-No coś ty. Zaraz walnę cię poduszką !
-O nieee. Ratunku, pomocy…
-Aaa już po tobie, nie masz żadnych szans.
Żal po mamusi odfajkowany, punkty do lansu zdobyte,
można przejść do gier i zabaw towarzyskich.

I znowu przystąpiliśmy do ,,pojedynku na pierza”. Tym razem posypało się
go dwa razy więcej niż wcześniej, a poduszki były już do niczego, więc czym
prędzej posprzątaliśmy w pokoju. Następnie zapożyczyliśmy poduszki z pokoju, w
którym spał (w dodatku chrapiąc) jakiś starszy mężczyzna.
Wyrwali poduszkę spod głowy chorego. Cud, że go nią
nie udusili.

Na szczęście nikt niczego nie widział, więc nikt nas ponownie nie ochrzanił.
Jeszcze śmieszniej byłoby, gdyby wrzucili pierze do
sali tego śpiącego faceta. Po prostu – kupa śmiechu. Z przewagą kupy,
oczywiście.
Młode to, płoche…

W sumie tak zastanawiając się nad wszystkim co się tutaj wydarzyło, nie mam
ochoty wracać do szkoły. Byle by tylko Sandra i Marek do mnie przychodzili. A
właśnie… Co z Sandrą ?
Dlaczego nie waruje przy moim łóżku?

Pomyślałam, że do niej zadzwonię i z ciekawości się zapytam co u niej słychać.
Niestety- rozczarowałam się. Sandra w ogóle nie odbierała moich telefonów. Może
się na mnie obraziła ? Odpowiedziała mi jedynie jej sekretarka mówiąc, że jest
zajęta i żeby zadzwonić później. Mam nadzieję, że jej nie straciłam… Nie
przeżyłabym tego.
Ojtam ojtam, ze śmiercią matki pogodziłaś się w dwa
dni, to na płacz po najlepszej przyjaciółce wystarczy, powiedzmy, tydzień.

***

Mijały sekundy, minuty, godziny, dni, tygodnie.
Miesiące, lata, milenia, eony…

Każdy dzień był tylko i wyłącznie spędzonym z Markiem i nie były to dni
zmarnowane. Lecz i dobre się kiedyś kończy.
Szpital, sukcesywnie pozbawiany poduszek, chylił
się ku bankructwu. NFZ wystosował notę ostrzegawczą. W dodatku pacjenci
narzekali na konieczność spania z głowami na złożonych kocach.

Tak więc nadszedł dzień, w którym mieli mnie wypuścić ze szpitala. Najgorsze
jest to, że nie będę się widzieć z moim ukochanym…
Gdyż ukochany jest uwiązany
Jak pies do budy albo do ściany
Przykuty albo wręcz przyspawany,
Albo złym czarem przyblokowany?

-Żegnaj kochana. Pamiętaj, że w każdej chwili możesz do mnie przyjechać. Oto
mój adres i numer telefonu.- i wręczył mi małą karteczkę w kształcie serca z
jego adresem oraz numerem.
Ten zły czar nazywa się „nadzór prokuratora i
zakaz opuszczania miejsca zamieszkania bez zawiadomienia odpowiednich
organów”.

Ja także zapisałam mu swój numer, tyle że na ręce, bo nie miałam przy sobie
żadnego papieru.
Niestety, numer wypisała na jego ręce, a nie na
własnej. Szkoda, bo wtedy „oddać mu swoją rękę” nabrałoby nowego
znaczenia.

Pożegnania zawsze są trudne. Nie tylko dla mnie, ale dla każdego. Tak więc
ostatnie słowo, które wypowiedziałam brzmiało:
-Żegnaj kochany…
I jak zwykle na pożegnanie był pocałunek. Przyjemny, raczej ostatni w tym
miesiącu…
A co, przekroczyliście limit transferu?

Rozdz. VI
Od dzisiaj byłam już we własnym domu. Niestety, był to mój najgorszy dzień.
Rano wstałam z łóżka chyba lewą nogą… Nie spałam już od 06:00 nad ranem, a
gdy schodziłam na dół potknęłam się o schody i trochę się potłukłam.
W porównaniu z tym nieszczęściem, sieroctwo okazało
się być tylko lekką niedogodnością.

Poharatanie przez psa, zakończone miesięcznym
pobytem w szpitalu, też niegodne uwagi.

Postanowiłam, że pójdę do sklepu na zakupy.
Naprawdę, to najlepszy sposób na poprawę nastroju.

Tata ostatnimi czasy żywił się tylko w pracy, a na noc przyjeżdżał do domu
tylko po to, aby się przespać.
Wykreślamy ojca. Od tej chwili staje się tylko
automatem wydającym pieniądze.

BoChaterka jest zaiste kochającą córką. Me, Myself
and I. Wrażliwość pantofelka pierwotniaka. Oczywiście fakt, że ojciec stracił
ukochaną osobę i świat dosłownie się mu zawalił, nie ma najmniejszego znaczenia.

Uczucia? Żartujesz. W tym wieku? Toż to nie wypada!

Krótko mówiąc: nie było prawie niczego do jedzenia oprócz zgniłego,
śmierdzącego ,,czegoś” i kilku dodatków w szafce. Wolałam nawet nie
zgadywać, co ,,to” było…
Bo ani Król Ojciec, ani Księżniczka nie wpadli
wcześniej na to, by zrobić zakupy, a w szafkach posprzątać?

Och, daj spokój, wszak Księżniczka była cierpiąca,
a Król Ojciec to przecież mężczyzna, nie można od niego za dużo wymagać;>

Matka konając nie zdradziła sekretu, że lodówka
sama się nie napełnia.

Tak więc wyszłam z domu i szłam sobie uliczką, rozglądając się na wszystkie
strony nie myśląc o Bożym Świecie, aż tu nagle potknęłam się o wystający
kamień. Przy tym zaczęłam przeklinać na cały głos, nie cenzurując swoich
wypowiedzi i zupełnie nie świadoma tego co wygadywałam.
Duch na nią zstąpił? Zły duch, oczywiście.

Akurat z bloku wyszła moja sąsiadka patrząc się na mnie jakbym była jakąś
kosmitką.
Widzicie! Nie ja jedna to dostrzegłam! Ona ma
antenkę i macki! Człowiek nie może być do tego stopnia wyprany z empatii!

Antenkę? Chyba na bereciku.

Popatrzyłam się na nią przez moment trochę dziwnym spojrzeniem. Natomiast ona
odwróciła się i poszła dalej.
Żegnając się ukradkiem i spluwając przez ramię.

Chwilę później byłam już w sklepie. Weszłam, przywitałam kasjerkę i zaczęłam
robić zakupy. Skończyłam ok. pół godziny później i stanęłam w kolejce. Tkwiłam
przez dobrą godzinę i zaczęłam się niecierpliwić. Zresztą jak zawsze.
Godzina w kolejce? Co to jest, wiejski sklepik czy
Oszołom przez świętami?

Wiejski sklepik, gdzieś na środku pustkowia, jak
ten, do którego wędrowały Lisa, Anna i Britta, podśpiewując „Kawałek
kiełbasy dobrze obsuszonej!”.

Wolałam już od razu wyciągnąć pieniądze, aby ludzie stojący za mną nie byli
źli, że spowalniam kolejkę. Na moje nieszczęście, zapomniałam wziąć pieniądze.
Pomyślałam, że może się wrócę ale z drugiej strony nie chciałoby mi się wrócić
do domu (3 km), potem znowu do sklepu (3 km), zrobić zakupy (ok. pół godz.),
stanąć w kolejce i czekając ponownie godzinę, a następnie jeszcze pójść do domu
(3 km). W sumie obliczyłam, że zajmie mi to 9 kilometrów i półtorej godziny
(tylko w sklepie) po to, żeby zrobić zakupy.
Zaraz. Wyszła z domu i po chwili była już w
sklepie, a tu nagle z powrotem ma do pokonania trzy kilometry? Owszem, płyty
tektoniczne się przesuwają, ale nie aż tak szybko!

Zdecydowałam, że wrócę się do domu, pożyczę trochę jaj od sąsiadki i zrobię
sobie jajecznicę.
Będąc już w domu i trzymając w rękach 3 kurze jaja, zrealizowałam swój pomysł z
wykonaniem własnego jedzenia.
AŁtorka opisuje to tak, jakby zrobienie sobie
śniadania przez trzynastolatkę (sic!) było zadaniem godnym herosa,
przedsięwzięciem tytanicznym, wyzwaniem tylko dla orłów. Witki opadają.

Wiesz jak to jest – projekt, kosztorys i
rozrysowany schemat działań, żeby zrealizować plan wykonania posiłku…

Wyciągnęłam więc patelnię z szafki, posmarowałam ją masłem, pokroiłam drobno
trochę cebuli, rozbiłam jajka i wrzuciłam na patelnię, a następnie przyprawiłam
moje danie solą i pieprzem, zamieszałam. Pozostało mi tylko czekać. Akurat w
tej chwili zadzwonił telefon. ,,To pewnie Sandra !”-krzyknęłam i szybko
pobiegłam, żeby zdążyć odebrać. Trafiło mnie niezwykłe rozczarowanie-to tylko
tata.
„Tylko”. Murwa w kadź.
No tylko, tylko. Na pierwszym miejscu w hierarchii
jest przecież trólawer, potem przyjaciółka, potem ta głupia Baśka z
naprzeciwka, potem siostrzeniec Goździkowej, co przyjechał na wakacje, potem
długo, długo nic… i na koniec dostarczyciel kasy.

Uhm. W takim razie TU mam
taką specjalną dedykację dla tej i wszystkich pozostałych aŁtoreczek.

Rozmawialiśmy dość długo, a ja zaczynałam już zasypiać przy jego przynudzaniach
o tym, o tamtym… Dopiero w porę przypomniałam sobie o mojej jajecznicy.
Raczej nie w porę…

Odłożyłam słuchawkę i co sił w nogach pobiegłam do kuchni. Niestety-było
już za późno. Moje ,,danie” zdążyło się zwęglić, a patelnia przypalić.
Zapach, który unosił się w kuchni był dosłownie okropny. Musiałam otworzyć
wszystkie okna w domu, aby choć trochę przewietrzyć pomieszczenia. ,,Ja to mam
szczęście…”-powiedziałam sobie w myśli. Co jeszcze przydarzy mi się w
tym dniu ? Wolę nawet nie myśleć.
Omamusiu, jakież nieszczęście, jakież okrucieństwo
losu! BTW gdybyś myślała, to nie spaliłabyś jajecznicy. Ale skoro wolisz nie
myśleć – krzyżyk na drogę.

A zdawałoby się, że książki dla młodzieży i komedie
na Disney Channel wystarczająco wyraźnie ostrzegają, co się dzieje, jeśli zostawisz
obiad na kuchence i pójdziesz odebrać telefon…

***

Rozdziały są takie krótkie, aby dobrze Wam się je czytało oraz żeby nie było
wszystkiego ,,na kupie”.
Poza tym, przynajmniej będziecie mogli się domyślać co będzie w następnym
rozdziale. ;)
I pamiętaj ! Czytasz-komentujesz =]
Opcji „czytasz = analizujesz” nie
bierzesz pod uwagę?

Analiza też jest formą komentarza, w sumie.
A nie nie! Prawdziwy komentarz to taki:
„szybko dodawaj następne najchętniej poprosiła bym o wersji 
całkowitej takiej w książce ( CO ZA BESTSELER !! Mówiły by media bardzo
młodziutka;) pisarka stworzyła dzieło które dotarło do wszystkich : wydawane w
70 językach heh:)niejeden dorosły pisarz nie powstydził by się tego wystawić
:):):) dzieło które podbiło serca milionów)  
ale……………….. niestety muszę poczekać”

Rozumiem, że cytujesz autentyk?
Świeży, ciepły, prosto spod opka.

Rozdz. VII
Poniedziałek, 07:00
Nadszedł dzień, w którym już przymusowo trzeba było pójść do szkoły. Oczywiście
(jak prawie każdy) jestem osobą, która nie lubi chodzić do szkoły, a w dodatku
jeszcze się uczyć (?)… Zatem obligatoryjnie wstałam z łóżka.
O-bli-ga-to-ryj-nie?

Niewyspana, odrażająca swoim wyglądem ze skołtunionymi włosami i szopą na
głowie poszłam na śniadanie.
A poranne czynności gdzie?
BoChaterka podkreśla ogrom swego nieszczęścia oraz
ogólną abnegację.

Miałam jeszcze trochę czasu, więc włączyłam sobie telewizor i zjadłam kanapki z
szynką, które były całkiem smaczne.
Ciekawe, kto je zrobił, skoro matkę uśmierciła, z
ojca zrobiła nieudacznika, a sama nadaje się tylko do palenia patelni.

Może jednak krasnoludki? W końcu to sierotka.

Oglądałam kreskówkę pt. ,,Fineasz & Ferb” i przez nią o mało nie
spóźniłam się do szkoły. Wgapiona w telewizję po prostu nie liczyłam czasu i
musiałam potem biec czym strzała na przystanek autobusowy. Na szczęście w porę
zdążyłam, ale niewiele brakowało, żeby autobus odjechał beze mnie.
Czy mnie się zdaje, czy też widzę tu opis
rzeczywistych poranków aŁtoreczki, która ma czas na oglądanie kreskówek, ale na
uczesanie łebka – już nie?

Będąc w szkole czułam się, jakbym była obcym człowiekiem pozbawionym ludzkich
cech. Wszyscy dziwnie się na mnie patrzyli, jakbym wróciła jako ktoś zupełnie
inny.
Nie, to tylko ta skołtuniona szopa na głowie…
I odgryzione przez psa pół ciała. Detal…
I te macki…

No ale cóż, w końcu jestem w nowej szkole i po pierwsze, że połowę ludzi nie
znam, a po drugie siedziałam bezczynnie przez 2 miesiące w szpitalu, więc nie
dziwię się skąd to przypuszczenie.
Dwa? Toż pies pogryzł ją pod sam koniec wakacji, a
w szpitalu miała leżeć do końca września.
Się dziwisz, jakbyś wczoraj zaczęła
analizować;)

***

Po sześciu godzinach przebywania w szkole, będąc już w domu stwierdziłam, że
zadzwonię do mojego chłopaka. Nie uważam, że zdecydował się na trwały związek.
W końcu jak moglibyśmy być razem, skoro w ogóle się nie widywaliśmy?
Skąd w takim razie określenie „mój
chłopak”?

Tak zwane zaklinanie rzeczywistości.

Myślałam, że do mnie choć raz zadzwoni. Niestety pozory mylą. Życie robi nam na
złość w każdej chwili. Zadzwoniłam więc do Marka z prośbą, abyśmy się spotkali.
Na moje zdziwienie przyszedł już po 15-stu min. i przywitał mnie pocałunkiem,
ale tym razem tylko w policzek.
Przypominam, że Marek mieszka w Koszalinie, a
boChaterka – w wiosce oddalonej o 2 km. Miał rakietowe wrotki, ot co.

Ojtam ojtam. Pomiędzy wioską a sklepem nagle
przybyło 3 km – to skądś musiało ubyć.

Urządziłam wspólną kolację, aby było bardziej romantycznie i zapaliłam świece,
aby się zrobił klimat.
Czyli boChaterka jednak MA niejakie pojęcie o
przyrządzaniu posiłków. Chyba że, co bardziej prawdopodobne, ograniczyła się do
podgrzania pizzy w mikrofali.

Marek był wtedy taki zagubiony i taki ,,nie swój”, że zaczęłam się o niego
martwić.
-Czy coś się stało ?
W tym momencie uniósł głowę bardziej do góry, bo przed chwilą miał jeszcze
spuszczoną w dół i patrzył się na mnie dziwnym wzrokiem, tymi swoimi ślicznymi
oczami po czym odpowiedział:
-Niee… znaczy nie wiem jak mam Ci to powiedzieć. To jest takie trudne.
-Ale co jest takie trudne ?-widziałam, że coś go trapiło, tylko nie mógł
wydusić z siebie ani słowa więcej.
Aura się skończyła, świece oświetlały nam tylko część twarzy, podkreślając ich
wyrazy.
<czyta>
<czyta jeszcze raz>
<poddaje się>

Pogrążeni w ponurych cieniach, wyglądali mniej
więcej TAK.

Czego jak czego, ale aury temu panu nie brakuje. A
im się skończyła!

- Puk puk! Sąsiadko, ma pani pożyczyć szklankę
aury? Skończyła mi się, a mam gości!

- Łojezusicku, somsiadecko kochana, mom ałre ino w
proszku, nado sie?


Zapadło długie milczenie.
-Wyduś to z siebie, kocha…
-Ja mam dziewczynę !
Uważam, że okrzyk „ja mam chłopaka!”
brzmiałby bardziej dramatycznie.

Niech zgadnę – jego pies znów kogoś pogryzł?
A skąd. Tym razem odgryzł swojemu panu…
zasadniczy element. Dziewczyna to tylko ściema.

Bohaterka w wrażenia spać nie może, budzi się o
4.00, wreszcie podejmuje trudną decyzję. A co tam, raz kozie śmierć! Wstanie i
pójdzie do szkoły.

Trzy godziny później, postanowiłam wziąć się w garść i przygotować do szkoły.
Na osłodę zrobiłam sobie gofry z bitą śmietaną i owocami oraz wypiłam ciepłą
herbatę z cytryną. Takie dania zawsze poprawiały mi nastrój, szczególnie w
niełatwe dla mnie dni.
A no to już wiemy, dlaczego śmierć matki zniosła
tak lekko. Magiczna Moc Gofra!

W te trudne dni pomogą ci
ciepłe okłady na brzuch
z goferka
albo dwóch.


O godz. 07:45 wyszłam z domu, słuchając przy tym muzyki na ipodzie. Akurat szła
moja ulubiona piosenka, więc z przyzwyczajenia zaczęłam ją śpiewać na cały głos
idąc na przystanek.
Złamane serce? Odrzucona miłość, zawiedzione
zaufanie? To było wczoraj. Dziś idzie ze śpiewem na ustach, podskakując w takt
wesołej piosenki.

Skąd wiesz, że wesołej? Może ryczy na cały głos „Ich
muss zerstööööööööören!”

Ohne dich kann ich nicht sein, ohne dich?
No dobrze.
Podskakuje w takt smutnej piosenki.

Gdy przeszłam już pewien kawał drogi, zaczął padać gruby deszcz. Nie miałam
zamiaru się wracać, bo gimbus przyjedzie za 5 min., a za ten czas nie
zdążyłabym wrócić się do domu (co zajęłoby mi ok. 20 min. w jedną stronę) i
musiałabym w dodatku iść pieszo 5 km do szkoły.
Z czego wnoszę, że do domu ma dalej niż do szkoły.
Jak mieszkasz na ruchomej płycie
tektonicznej, to nigdy nie wiesz, gdzie w danym momencie masz dalej.

Mnie zawsze trafiają się różne przykre rzeczy.
Tak, oczywiście, wszystkie nieszczęścia tego świata
czyhają tylko na ciebie.

Gdy już dobiegłam na przystanek, miałam przemoczone włosy, wobec tego suchutcy
ludzie siedzący w nim spoglądali na mnie osobliwym wzrokiem.
No faktycznie, zmoknąć na deszczu, to takie
osobliwe!

[W szkole katastrofa goni katastrofę, boCHaterka
najpierw musi wysłuchać rzępolenia na skrzypcach nauczycielki od muzyki, na
wf-ie zostaje dodatkowo przegoniona wokół boiska, a na technice zostaje ukarana
za przysypianie na lekcji. Ciach!]

Rozdz. IX
Dzień wcześniej po napisaniu sto razy zdania ,,Będę słuchać nauczycielkę od
techniki i nie będę pyskować”, bolała mnie tak bardzo prawa ręka, że
myślałam, iż za chwilę mi ona odpadnie. Co prawda pani M. nie jest najlepszą
polonistką, bo robi wiele błędów w zdaniu, no ale musiałam się do tego
,,kaleczenia” jakoś przyzwyczaić.
Przyganiał kocioł garnkowi, że tak powiem.
Przecież nie jest polonistką, tylko nauczycielką od
techniki.

Tego dnia postanowiłam wybrać się z Sandrą po nowe jeansy do pobliskiej galerii
handlowej, bo cała moja szafa była pełna starych dziadowskich dzwonów, które
wyszły z mody chyba już w latach 80-tych.
Wynika z tego, że jej mama musiała chodzić w nich
do szkoły. Tylko dlaczego Diana gromadzi stare gacie w swojej szafie?

Bo jak każda porządna sierotka, donasza po innych.
Teraz już wiemy, dlaczego matka musiała umrzeć. To
była kara Niebios za zmuszanie boChaterki do chodzenia w starych szmatach, ot
co!


Bohaterka idzie kupić sobie spodnie. Mamy tu i suspens, i Elementy Komiczne. Do
wyboru. Generalnie – rozum tego nie ogarnia.

Tak więc, po wyłudzeniu od taty 200 zł i podziękowania mu za ten dobry czyn,
pojechałyśmy busem na zakupy. Chodziłyśmy po różnych sklepach patrząc na każde
jeansy, które mi się podobały. Nagle Sandra zobaczyła wielki sklep z ponad
setką młodzieżowych jeansów.
Nie mam zamiaru się czepiać, ale setkę spodni można
ułożyć na dwóch-trzech regalikach.

-To może być to !-krzyknęłam ogromnie podniecona.
Jak się przekonamy, widok setki par spodni
zresetował mózg boChaterki. Odtąd nie padnie już ani słowo na temat matki czy
niedoszłego chłopaka. Show must go on!

-Eeh… tutaj na pewno będzie bardzo drogo.-Sandra przejęta była cenami
widniejącymi na wystawie na szybą.
-Co mi tam ! Muszę jakieś kupić. Nie będę się ubierać jak stara babka !
-No dobra, to chodźmy.
Przekupiona do setna moja wierna towarzyszka jednak skusiła się wejść. Będąc
już w sklepie pośród przeróżnych jeansów poczułam się, jakbym była w raju.
Przekupywać przyjaciółkę, żeby weszła z nią do
sklepu? Podejrzewam, że Diana ma naturalny talent do robienia obciachu, stąd
przyjaciółki unikają jak mogą przebywania z nią w miejscach publicznych.

Dziwne, że nie zauważyłam sprzedawczyni stojącej zaraz koło mnie, która
widocznie chciała mi coś powiedzieć.
-Eee… słucham ?
-Witaj młoda panno. Chciałam tylko cię powiadomić, iż nie pozwolę ci tak
pałaszować mój sklep.-uśmiechała się od ucha do ucha ale widać było, że jest
okropnie zła.
A to był sklep Baby Jagi, cały z piernika?
Sprzedawczyni nie wytrzymała, kiedy Diana zaczęła
obgryzać wieszaki zrobione z kabanosów.

Rwanie zębami lady też nie umknęło jej uwadze.
A nie mówiłam? Też bym się wstydziła z taką pójść
gdziekolwiek.

-Ale ja muszę znaleźć jakieś jeansy ! Muszę trochę poszperać.
-Ja nie pozwolę !-w tym momencie zaczęła wydzierać mi z rąk kilka par jeansów,
które trzymałam.
-Zabieraj łapska ty niewdzięczna, okrutna, paskudna, obłudna stara babko !
Mujeju, co za epitety!

-Ah… nigdy nie spotkałam tak dziecinnego dziecka na całej naszej planecie !
Hmmm, ja chyba też nie.

-Tak ?! A ja nie wiedziałam, że w tym sklepie sprzedają zielone kosmitki !
Ach widać, widać, jaki docinek najbardziej zabolał ;)
Prawda w oczy kole.
I wszystko jasne: Koszalin jest lądowiskiem UFO.

W tej chwili doszło do słownej bijatyki pomiędzy nami ale gdyby nie Sandra, już
dawno nas obydwie wzięłaby policja wezwana przez ,,milutką sprzedawczynię”
jak głosiła reklama tego sklepu.
Tam reklamowali milutkie sprzedawczynie? A może to
wcale nie był sklep, a dżinsy tylko dla zmyły?!

To by wyjaśniało zachowanie
„sprzedawczyni”. Ratowała po prostu ciuchy koleżanek, które akurat
„pracowały” na zapleczu.

Nie zapominajmy o klientach tego przybytku i ich
spodniach…

-Ja i tak kupię te jeansy. Ja muszę je mieć !
-Ale…ich…nie…dostaniesz !-sprzedawczyni musiała przerywać zdanie, bo
siłowała się ze mną o jeansy.
Nie! Nie dostaniesz! Choćbyś złotem płaciła! W
końcu nie po to pracuję w sklepie, żeby spodnie sprzedawać!

My precioussssss – wysyczała sprzedawczyni, kucając
i czule obejmując naręcze dżinsów.

-Aha ! Zwyciężyłam ty kupo ludzkich klusek !
No i widzicie? Od samego początku mówiłam, że to
opko o przybyszach z innej planety!

Latający Potwór Spaghetti też tutaj maczał swoje
makaronowe wypustki.

-Jeszcze cię zapamiętam ! Zobaczysz, już nigdy nie kupisz u mnie żadnych
jeansów…-powiedziała to siedząc na podłodze, co wyraźnie oznaczało, że ją to
bardzo zmęczyło i nie miała już do mnie sił.
Tak na marginesie – osłabiasz nie tylko
ekspedientki.

-A jednak masz te jeansy.-Sandra była dumna z mojej niewyobrażalnej siły. No…
może nie siły, ale wytrwania.
-A jak żeby nie !-dopiero teraz poznałam, co to znaczy wygrać.
Ciekawe, czy po tym bitewnym szale raczyła
zapłacić.

Generalnie to tak trochę nie ogarniam idei sklepu,
w którym wyrywa się towar klientom z rąk i zabrania wstępu, ale ja wiem? Nigdy
nie byłam w Koszalinie, może tam tak mają?

Wygląda to bardziej jak scenka z przygranicznego
lumpeksu w dniu dostawy.

To ma sens. Tylko wtedy klientki raczej szarpią się
między sobą, a nie z obsługą.

Chyba, że obsługa też coś sobie upatrzy.

***

Dzisiejszy rozdział będzie troszkę krótszy niż inne. ;)
Napiszcie w komentarzach, który tekst najbardziej Was rozbawił ;D
Eee… żaden?
Zaraz… to opko miało być śmieszne?

Rozdz. X

Od tygodnia miałam moje wymarzone jeansy, a myśl dotycząca zwycięstwa z upartą
sprzedawczynią z jej sklepu cały czas chodziła mi po głowie.
Zapętliła się. Na początek sugeruję sprawdzenie,
czy radiator dobrze przylega do procesora.
Myśl miała sklep, a w tym sklepie była
uparta sprzedawczyni i teraz obie chodzą po głowie?


Wygrana sprawiła mi dużo radości, choć był to tylko ich
,,nietypowy” zakup. Ogólnie robienie zakupów i łażenie po galeriach
handlowych sprawiało mi wielką przyjemność. Można nawet powiedzieć, że jest to
moje hobby. Lecz najgorsi są sprzedawcy…
Jeszcze gorsi są kasjerzy! Bezlitośnie wydrą każdy
grosz!

Tak, jaki piękny byłby świat, gdyby zamiast sklepów
z ciuchami istniały po prostu ciuchodajnie! Markowe, rzecz jasna.

Oni tylko narzekają, wczepią Ci jakieś badziewie z ,,dolnej półki” i
cieszą gęby jak gdyby nigdy nic, że udało im się coś tak badziewnego sprzedać.
Przeważnie kupującymi są naiwni ludzie, a ja na szczęście nią nie jestem.
Wydaje mi się, że właśnie to zdenerwowało sprzedawczynię w odzieżowym sklepie,
co wynika z jej słów: ,,Ona się wypiera. Młoda, głupia i jeszcze do starszej
zaczyna. Zero szacunku od tej dzisiejszej młodzieży !”.
Nie to, żebym za bardzo rozumiała, o so właściwie
cho, ale podobny stosunek do sprzedawców wykazywała moja babcia. Włącznie z
uwagami na temat szacunku.

Uhm, moja też. Chociaż trzeba przyznać, że jako
córka kupca bławatnego zapewne wiedziała, o czym mówi.


No cóż, nikt nie jest idealny, ale czasami ludzie powinni powiedzieć sobie w
myśli kilka razy STOP, zanim coś zrobią.
Święta prawda. Na przykład zanim zaczną się
wymądrzać. Albo pisać opka.

Święta Bożego Narodzenia przeminęły bardzo szybko. Tak ekspresowo, jak
pstryknięcie palcem. Wigilię spędziłam z tatą i Sandrą wraz z jej rodziną.
Przyznam, że ten dzień był naprawdę jednym z najlepszych. Wszyscy byli tacy
mili i uprzejmi, nie było kłótni, złości. Jednym słowem: wymarzona Wigilia.
Hmmm… podejrzewam, że mamusia nieboszczka nie
miała łatwego charakteru…

Sylwester był bardzo huczny.
Jak to zwykle w czasie żałoby.

Było, minęło – upłynęły już cztery miesiące, ile można?


Razem z mą najlepszą przyjaciółką zorganizowałyśmy imprezę sylwestrową dla klas
pierwszych gimnazjum. Nawet koledzy i koleżanki ze starszych klas pogratulowali
nam tak okazałej ,,dżampry”. Po Sylwestrze wszyscy przyznali, że się
świetnie bawili. Nareszcie udało nam się urządzić coś warte podziwu. Coś, z
czego można być zadowolonym.
I z tym poczuciem zadowolenia i dobrze wykonanego
obowiązku żegnamy się z pierwszą aŁtoreczką. A teraz Drodzy Czytelnicy,
zapnijcie pasy, lecimy… gdzie? A nie wiadomo właściwie, ale daleko. Może być
Australia!

*****************************************


http://historia-madeline.blog.onet.pl/

W małym mieście o nazwie Virabble mieszkała 15-letnia dziewczyna o imieniu
Madeline. Była typową nastolatką z problemami. Nic w życiu nie układało jej się
najlepiej.
Nic mi w życiu nie wyszło tak jak włosy… -
powiedział porucznik Kojak.

Tajemnicza złośliwość losu sprawiała, że pieczone
gołąbki nie wlatywały jej same do gąbki, a przekonanie o własnej zajebistości
jakoś ni cholery nie wystarczało za przepustkę do wielkiego świata.

Kiedyś była podejrzana o branie narkotyków, ale zerwała z tym nałogiem.
Znaczy, zerwała z nałogiem rzucania na siebie
podejrzeń?

Nie miała dużo przyjaciół, jeżeli już jakiś już był, to fałszywy.
Nuci: „She’s got all the friends that money
can buy…”

Czytaj:
nie doceniał jej absolutnej doskonałości.

Nie była dobrą uczennicą. Jej pasją była moda. Za wszelką cenę chciała kupić
aparat do robienia sesji, ale jej rodziców nie było na niego stać.
Znamy te profesjonalne sesje, znamy! Robione w
łazience, na tle klozetu.

Z bardzo profesjonalnymi efektami świetlnymi w
zaplamionym lustrze

I obowiązkowym dzióbkiem.

Pewnego dnia, gdy szła sobie chodnikiem podbiegł do niej pewnien mężczyzna z
aparatem:
Z aparatem ortodontycznym?
Słuchowym? A może z tą aparaturą, za którą chcieli
bacę aresztować?

Z aparatem kapitalistycznej przemocy w stosunku do
mas ludowych.

-Hej, dziewczyno! [Spójrz na misia!]
Chciałabyś może wziąć udział w sesji do magazynu „InStyle”?
Kiedyś podrywało się kociaki na słuchanie płyt z
big-bitem, albo na kolekcję znaczków.

Kociaki? Big-bit? Jaszu, czy zdajesz sobie sprawę,
że to co piszesz brzmi prawie jak „Daj, ać ja pobruszę a ty
poczywaj”?

Hihihi. Znamy to, znamy. „Może przyjdziesz do
mnie na profesjonalną sesję fotograficzną?”

Madeline rozejrzała się dookoła i mówi:
-To było do mnie?
-Jasne, że tak. Widzisz tu w pobliżu kogoś innego?
-Nie.
-To chcesz czy nie? Masz zgrabne ruchy, ładne ciało.
(tu nieznacznie otarł ślinę z kącika ust)
(i poruszył się niespokojnie, bo go obiektyw
uwierał)

-Chciałabym.. To moje marzenie, ale..
-Nie ma żadnego ale. Zadzwoń do rodziców, że jedziesz do gazety, potem
pojedziemy.
- Mamo, z jakimś obcym panem jadę do gazety.
Zaczepił mnie na ulicy i wiesz… on ma aparat!
- Tylko dobrze się tam sprawuj i słuchaj starszych!

-Okey.
Gdy Madeline już zadzwoniła, wsiadła do samochodu mężczyzny, po czym zapytała
się go:
-Gdzie znajduje się to studio?
W piwnicy – odpowiedział Pedobear i uśmiechnął się
zachęcająco.

-Niedaleko od Twojego miasteczka.
-Czyli gdzie?
-Zobaczysz..
- odrzekł, tłumiąc złowieszcze
„mwachacha”!

-Proszę mi natychmiast powiedzieć, gdzie jedziemy!
-Dziewczyno, nie krzycz. Bądź spokojna, zaraz będziemy.
Madeline jest grzeczna, więc natychmiast cichnie i
już spokojnie jadą sobie dalej.

Madeline oparła się o siedzenie.
Jadą sobie, jadą, jadą i jadą…

Jazda dłużyła się w nieskończoność, w końcu ze zmęczenia zasnęła.
I śpi sobie, śpi i śpi.
To uprzejmie z jej strony. Gdyby nie spała,
aŁtoreczka musiałaby opisać podróż, a na to nie starczyło jej konceptu.

Taaa, znamy te patenty. Mary Sue wsiada do Hogwart
Expressu, wymienia kilka Ciętych Ripost z pozostałymi bohaterami, po czym
„resztę drogi przebyli w milczeniu”.

WTEM!

Po kilku godzinach jazdy obudziła się i krzyknęła:
-Jeszcze nie jesteśmy!? To miała być chwila!
Widocznie „niedaleko” mierzone jest miarą
australijską, czyli do sąsiedniego miasteczka jest zaledwie 300 kilometrów.

-Był bardzo duży korek, więc nie zdążyliśmy w tę chwilkę dojechać.
Niezłe zadupie, z takimi ogromnymi korkami.
Może to jakaś miejscowość na poboczu Zakopianki?
Tam, gdzie niedźwiedzie urządzają demonstracje na
środku drogi.

Madeline jest wyjątkowo ufna:
-Aha, dziękuje za wiadomość – powiedziała, po czym z powrotem zasnęła.
Kurde, nic jej nie rusza!


Kiedy już się obudziła, nie była w samochodzie lecz w ciemnej, zimnej piwnicy.
Kurka wodna, zamiast analizować opka powinnam grać
w totolotka.
W dodatku na samo hasło „piwnica”,
wszyscy już wiedzą Co Będzie Dalej!

Zaczęła szukać swojej torebki, niestety jej nie znalazła. Przypomniała sobie,
że w kieszeni ma komórkę. Wsadziła rękę do spodni, nic w niej nie było. Nagle
krzyknęła:
-Cholera, zostałam oszukana! – po czym zaczęła głośno szlochać.
Choć wywieźli ją samochodem na jakieś zadupie i
zamknęli w piwnicy, wciąż ufała, że to na pewno da się jakoś wyjaśnić. Dopiero
utrata komórki stała się dla niej sygnałem alarmowym.
W każdym razie powodem do płaczu.

Miała tysiąc myśli na minut. Myślała, co teraz jej się stanie i co ten
mężczyzna ma zamiar zrobić.
Nie myślcie, że wpadła w panikę, zaczęła szukać
wyjścia lub wołać o pomoc. Nie, ona tym myśleniem strasznie się utrudziła,
więc…

W pobliżu ujrzała stos siana, przeczołgała się w tamto miejsce, rozłożyła się w
ususzoną trawę i zasnęła.
Nowoczesny farmer trzyma siano w piwnicy, bo
stodoła jest zajęta przez aparaturę do pędzenia bimbru.

Zauważ, że „rozłożyła się w ususzoną
trawę”. Czyli morfowała. Siano było efektem morfingu poprzedniej ofiary.

Gdy się obudziła było już jasno, więc widziała, gdzie jest. W piwnicy było
tylko jedno, małe okienko. Była tak zmartwiona, że z powrotem położyła się w
siano i zasnęła.
Zasypianie przy każdej okazji należy chyba zaliczyć
do cudów opkowej medycyny.

Tak się martwiła, że już nawet nie próbowała
myśleć, bo należy do tych, co nie potrafią robić dwóch rzeczy jednocześnie.

Obudziła się bardzo szybko, bo coś zaczęło ją boleć. Zaczęła krzyczeć. Ujrzała
nad sobą tego mężczyznę. Była cała naga. Dopiero po chwili zorientowała się, że
ten facet ją gwałci.
Ciekawe, ile czasu zajęło jej domyślenie się tego?
Kwadrans?

Mocny miała sen, skoro facet zdążył ją rozebrać do
rosołu.

A może ją zahipnotyzował? Bo nie było mowy o
częstowaniu cukierkami, czy papierosem, nie?

Tjaaa… zahipnotyzował, machając jej przed oczami
teleobiektywem.

Madeline zaczęła krzyczeć i płakać równocześnie. Próbowała się wyrwać, niestety
jej się nie udało. Tak strasznie ją to bolało…
…że zasnęła.
Ja cię gwałcę, a ty śpisz!

CIĄG DALSZY NASTĄPI.
Nastąpi, nastąpi, ale musimy go najpierw obudzić.
Tego Ciąga Dalszego.

Madeline cały czas próbowała się wyrwać. Niestety, nie wychodziło to jej
[bo przysypiała w trakcie]. Nagle zobaczyła,
że mężczyzna zostawił za sobą otwarte drzwi. Pozbierała resztki sił, mocno
uszczypnęła gwałciciela w nogę, chwyciła ubrania i wybiegła.
- Ała, szczypłaś mnie! – pisnął oburzony
gwałciciel.

Ubrania były złożone w kostkę, nie traciła więc
czasu na szukanie tego i owego.

W dodatku gwałciciel był uprzejmy nie mieszać
swoich ciuchów z ubraniami ofiary.

Mężczyzna zaczął ją gonić.
Ale gonił ją bardzo powoli, bo go bolała
uszczypnięta noga.

Gdy Made nie miała już siły biec [bardzo chciało
jej się spać]
pomyślała sobie „Madeline, jeżeli nie chcesz, żeby
ten facet cały czas cię gwałcił, to nie poddawaj się”.
„Ale jeśli chcesz, żeby od czasu do czasu, to
oczywiście możesz się zatrzymać”.

„A jak przestanie ci się podobać, to zawsze
możesz go uszczypnąć.”

Bardzo pomogła jej ta myśl. Zaczęła jeszcze szybciej biec, a mężczyzna został w
tyle. Zrobiło jej się trochę zimno, [dlaczego?
Przecież powinna zgrzać się w biegu!]
więc weszła gdzieś w krzaki,
włożyła ubranie i pobiegła do pobliskiego domu.
Eee… znaczy goło leciała? Ciekawe, czy przedtem
zamiotła…
Owszem, biegła nago przez pustkowie,
natomiast żeby się ubrać musiała poszukać zarośli.

Bo dopóki biegła, to była w locie, a w locie trudno
kogoś rozpoznać, no!


Domownicy byli zdziwieni jej wizytą.
Najwyraźniej nie była umówiona.

-Co tu robisz, drogie dziewczę?
- Tak sobie tędy biegnę, widzę – świeci się,
myślę – wpadnę na chwilę.

-No, bo.. bo.. To długa historia. Mogę skorzystać z państwa telefonu?
-Ależ oczywiście. Wejdź do środka, wypijesz sobie ciepłą herbatę, bo widać, że
jesteś zmarznięta.
Zdyszana i zziajana po długim biegu, ale
zmarznięta. Te wypieki to z zimna.
Może ją przewiało, gdy tak biegła nago.

-Dziękuje, dziękuje bardzo.
Madeline weszła do mieszkania, zapytała się gdzie jest telefon, a potem
zadzwoniła do mamy.
-Halo? Kto mówi?
-Mamo, to ja, Made.
-Oh, córeczko. Jak tam twoja sesja? Udała się?
-Makijaż ci się nie rozmazał? Ładnie się
uśmiechałaś?

Zastanawiam się, kto tu jest głupszy – boChaterka
czy jej matka.

Matka z zadziwiającym spokojem podchodzi do faktu,
że małolata spędziła noc poza domem, nie?

Ta matka z zadziwiającym spokojem podchodzi do
wszystkiego. Może jest na prochach?

-Mamo.. Nie było żadnej sesji.. – powiedziała i zaczęła płakać.
-Co się dzieje!?
-Nie umyłaś zębów i miałaś osad ze szpinaku! Ty
nigdy nie zrobisz kariery!

-Mamusiu, powiem ci w domu. Przyjedziesz po mnie? Jestem w.. yy.. – zasłoniła
słuchawkę i woła do domowników:
-Jak nazywa się ta miejscowość?
-Balticberg, ulica Black Street 15.
Bałtyk, jak wiadomo, tworzy ogromne góry. Od tego
nawet biorą się nazwy miejscowości.

A od nich, jak wiadomo, tworzy się nazwy firm.

Odsłoniła słuchawkę i mówi:
-Jestem w Balticbergu na ulicy Black Street 15.
Na Czarnej Ulicy – to wzmaga mhhhrok. Szkoda wielka, że nie 13.
Dlaczego „street” a nie
„Strasse”, skoro „berg”?

Ee… Logiki szukasz?!
<zmieszana> Nieee, no ten… Tak tylko zapytałam…

-Gdzie? Tak daleko?
-Tak..
-Kto cię tam wywiózł!?
-Ten sam, co powiedział, że będzie mnie lansować w
magazynie.

- Przecież dzwoniłam, mówiłam ci! Że co, że akurat
malowałaś paznokcie?

-Mamo, mówiłam przecież, że powiem ci w domu. Przyjedź jak najszybciej, pa!
-Pa kochanie.
- Bądź grzeczna.

Odłożyła słuchawkę i poszła do drugiego pokoju napić się herbaty. Pani Alice
Muller, bo tak miała na imię właścicielka domu, zapytała dziewczyny:

-W jakiej miejscowości mieszkasz?
-W Virabble.
-O.. A jak się tu dostałaś?
-To bardzo długa historia.
-Opowiedz, masz dużo czasu. Z Virabble do Balticbergu jedzie się 2,5 godziny.
I to pod warunkiem, że nie trafisz na korki.

-No dobrze. Szłam sobie ulicą, podszedł do mnie jakiś pan i zaproponował mi
sesję do magazynu.
Właściwie, nawet nie skłamał. Przecież to była
sesja w magazynie siana.


To moje marzenie, więc się zgodziłam. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam jej,
że jadę na sesje zdjęciową.
Ona też się zgodziła. Miała widać nadzieję, że
wreszcie pozbędzie się nieudanej córeczki.
Albo po prostu zgadzała się na wszystko,
byle tylko bachor jej przestał głowę zawracać.

Albo zapatrzyła się na matkę Samanthy Gailey.


Wsiadłam do samochodu i pojechaliśmy. Ten mężczyzna powiedział, że to studio
jest niedaleko mojego miasta, ale wcale tak nie było.
I chociaż ewidentnie mnie okłamał, nie wpadłam na
to, by zadzwonić do matki lub chociaż puścić jej eskę. To nie moja wina, że
ałtoreczka stworzyła mnie tak bezdennie głupią!
No przecież nie mogła, bo zasnęła.

Zasnęłam w samochodzie, a jak się obudziłam byłam w jakiejś ciemnej piwnicy.
Później znowu zasnęłam, ale się obudziłam, bo ten facet zaczął mnie gwałcić [gdyby nie to, spałabym do tej pory]. Próbowałam
uciec, a jak już mi się udało to pobiegłam do was.
A teraz tak strasznie chce mi się spać!

-Dobrze, że tu przyszłaś. W tej okolicy nie ma dużo miłych ludzi.
Za to my jesteśmy milutcy, sama zobaczysz…

-Bardzo dziękuje za to, że mnie przyjęliście.
-Nie ma za co. Może chciałabyś obejrzeć jakiś film?
-Tak, dziękuje.
Tam na regale stoją filmy – puść sobie co chcesz.
„Różowa landrynka”, „Nocny
dyżur”, „Akademik 2010″…

Niedługo potem przyjechała mama Madeline. Dziewczyna od razu usłyszała jej
samochód i szybko pobiegła na dwór ją przywitać.
-Mamo! Jesteś!
-Córeczko, nic ci nie jest? Czemu ty zawsze masz takie problemy?
Nie tak cię wychowałam!
Nic, tylko kłopoty z tobą. Jeszcze trochę a
wpadniesz pod tramwaj i co wtedy? Wiesz, jaki wstyd będzie?

-Nie, nic mi nie jest. Chodź do domu, podziękuj pani Alice. Ona mnie uratowała.
A zresztą, to wcale nie był wielki problem.

Mama Made weszła do domu i grzecznie podziękowała domownikom. Dziewczyna
nałożyła kurtkę i wyszła na dwór. Jej mama została na kawę u Mullerów.
Kawa, ciasteczka, pogaduszki o sadzonkach
begonii…

Uwagi ogólne o tej dzisiejszej młodzieży…

Madeline trochę już zapomniała o całym strasznym zajściu, chodziła sobie po
drodze i rozmyślała.
Chodzi Madlen koło drogi
Nie ma ręki ani nogi.
Po co chodzi? Zapomniała,
Mózgu przecież też nie miała.

Najważniejsze, że miły pan z aparatem ani trochę
nie zapomniał.

W pewnym momencie ujrzała za sobą gwałciciela. Zaczęła bardzo głośno krzyczeć.
Meżczyzna chwycił ją za ręce. Mama Made i domownicy przestraszeni wybiegli z
domu…
I zaczęli go dopingować, klaszcząc radośnie w ręce
i dmąc w wuwuzele. 

__________________________

I jak? Podoba Wam się opowiadanie? Lubię kończyć rozdziały w ważnych momentach
;D
[edit] Ładny jest ten nowy szablon, czy za chudy? Proszę o opinie, nie wiem czy
mam zmieniać.
Podtucz go trochę…

-Zostaw moją córkę, dzwonię na policję! – krzyknęła zdenerwowana matka
Madeline.
Nie wpadła na to, by go uszczypnąć.
No co Ty. Jeszcze by tipsa złamała.

Mężczyzna wyjął z kieszeni nóż:
Jak? Zębami?

-Jeżeli gliny dowiedzą się o całym zajściu, twoja córeczka zginie!
-Dobrze, już dobrze, nie zadzwonię, ale zostaw ją! – krzyknęła i zaczęła
płakać.
- Przerwałeś nam picie kawy! To niedopuszczalne!

Gwałciciel puścił Made i uciekł.
To po zarazę w ogóle ją łapał na tej drodze? Dla
sportu? Żeby nie wyjść z wprawy?

A Ty byś nie łapał, gdyby Ci zdobycz sama się
pchała w objęcia?

Gdyby łapać wszystko, co nieprzytomne łazi po
drodze…


-Nie może tak być, powiadomcie policję, bo ten facet nie da wam spokoju -
rzekła Alice Muller.
- I już nigdy nie uda ci się dopić kawy! – dodała
złowieszczo.

-Ale on ją zabije! – powiedziała matka zgwałconej i zaczęła jeszcze bardziej
płakać.
Zabije ją z takim samym okrucieństwem, z jakim
tutaj zamordowano Logikę!

-Zgadzam się z mamą, zostawmy go w spokoju.
A niech sobie spokojnie żyje, robaczek. Przyda się
na później.
Kiedy Made poczuje się samotna.

-Madeline, przecież on może znowu do ciebie przyjść i cię porwać, bez twojej
zgody. Nie rozumiesz tego? – powiedziała pani Alice.
Zupełnie inaczej będzie, gdy porwie cię po
wcześniejszym ustaleniu terminu i uzgodnieniu warunków.

I wynegocjowaniu z góry wysokości okupu (włącznie z
tym, jaki procent dostanie porwana).

Potem matka i córka pożegnały się z domownikami, wsiadły do samochodu i
odjechały. Minęła godzina jazdy, zrobiło się już ciemniej. Made zasnęła na
siedzeniu.
Wiem! Ona leci na bateriach słonecznych! Póki jest
jasno to jakoś jeszcze funkcjonuje, za to w ciemnościach robi jej się taki
pstryk! i zasypia.

Niedoczynność tarczycy? Mononukleoza? Anemia?
Cukrzyca? Wiem! Uraz głowy!

Toczeń?
To nigdy nie jest toczeń!

W pewnej chwili ktoś z tyłu nich zaczął trąbić. Dziewczyna szybko się obudziła,
spojrzała do tyłu i od razu poznała, że to samochód tego mężczyzny.
Mam teorię: on się w niej zakochał, teraz nie może
bez niej żyć i robi wszystko, żeby ją mieć na zawsze.

Zorientował się, że to idealny materiał na
partnerkę życiową. Większość czasu przesypia i nie przeszkadza za bardzo,
rozumem nie grzeszy, pamiętliwa nie jest – cud, nie kobieta!

Matka bardzo się przestraszyła, nie wiedziała co ma robić. Wpadła w taką
panikę, że nie patrzała na drogę i zjechała w głęboki rów.
Do tej pory nikt i nigdy na nią nie zatrąbił, więc
teraz w szoku próbowała sforsować Rów Mariański. I trzy metry mułu…

Z dala było słychać już wycie policji i karetki. Obie pasażerki samochodu
zemdlały.
Tak na wszelki wypadek.
A nie zasnęły? Jestem rozczarowana.
Policja też wyła ze zdumienia.

Gwałciciel szybko uciekł z miejsca wypadku.
Gdyż był bardzo nieśmiały i płochliwy.

Gdy Madeline już się obudziła, poczuła, że ma na głowie opatrunek. Otworzyła
szerzej oczy i zobaczyła, że jest w szpitalu. Od razu obudziła mamę:
-Mamo, mamusiu! Obudź się, jesteśmy w szpitalu.
-Obudź się, przestań udawać że jesteś nieprzytomna,
to nie czas na fanaberie!

-Co? Gdzie? Co się stało?
-Pamiętam tylko to, że wjechałyśmy w jakiś rów.
Taaa, ten rów, na dnie którego pochowano Ciotkę
Logikę i Kuzynkę Sens.

-Ale jak to się stało?
-Ten mężczyzna zaczął na nas trąbić.
Ja rozumiem – opkoidalna narkolepsja, ale żeby
omdlewać na dźwięk klaksonu? Musiał ultradźwięki emitować, że zmieniło im mózgi
we flaczki z parmezanem.

Ojtam, zmieniło. Od początku takie miały.
To one miały jakieś mózgi???

-Oh, córusiu, nic ci nie jest?
-Sama nie wiem, zawołam kogoś.
Nie ma pojęcia, czy boli ją noga, czy głowa. Musi
kogoś o to zapytać. Ona jest tak cudownie obojętna na bodźce, że nie sposób jej
nie lubić.

Zimna jak ryba, nieczuła jak głaz, senna jak
niedźwiedź w gawrze i naiwna jak… jak… no, jak boCHaterka opka.

Przyszedł do nich lekarz, opowiedział im, w jakim są stanie.
Słuchały go z zapartym tchem.
- A poza tym, ma pani połamane paznokcie.
- Cooo? Och, nie, tylko nie to!

Dowiedziały się, że Madeline ma złamaną rękę i będzie musiała poleżeć w
szpitalu,
Madeline aż jęknęła ze zdumienia. Ach więc to, co
tutaj leży, to jest moja ręka? Naprawdę?

A dlaczego ta ręka jest owinięta w takie białe i
bulwiaste?

Swoja drogą, dlaczego nie może wyjść ze szpitala?
Przecież nikt od niej nie wymaga chodzenia na rękach.

a jej mama ma tylko duże zadrapania.
Na lakierze. Samochodowym.

Kiedy doktor już poszedł, mama pożegnała się z córką i pojechała do domu. 
Ja wiem, to taka intryga! Zlekceważą zadrapania, po
czym wda się gangrena i mamuśka UMRZE!

Natomiast ten z aparatem ma ukradzioną torebkę, a w
niej dokumenty z adresem bohaterki, więc będzie ją prosił i namawiał na kolejne
spotkania.

„Pani podrapano na głowa uprzejmie proszę won.
Do domu.”

Made zawołała pielęgniarkę i zapytała ją, czy ta może dać jej zeszyt i
długopis. Jej prośba została spełniona. Dziewczyna pomyślała, że będzie pisała
swój prywatny pamiętnik.
Hehe, w przypadku normalnej literatury przyjęłabym
założenie, że bohaterka ma po prostu złamaną tę rękę, którą nie pisze. W
przypadku opka – od razu podejrzewam, że aŁtorka napisała „złamana
ręka” żeby było dramatycznie, po czym natychmiast o tym zapomniała.

Oto, co w nim napisała:
„Kochany pamiętniku. Dlaczego ja muszę mieć zawsze takie dziwne problemy?
Dlaczego los nie wynagradza mnie za bycie głupią,
rozlazłą mameją? Przecież mi się należy! Jak psu zupa! Za sam fakt istnienia mi
się należy, no przecież nie zacznę myśleć, bo po co?

Nikt w klasie mnie nie lubi, brałam narkotyki, byłam w sądzie, a jak już
zaczęłam nowe życie, pojawił się ten gwałciciel. Nie wiem, dlaczego byłam taka
naiwna i mu uwierzyłam. Przecież to jest pewne, że moje marzenia nigdy się nie
spełnią. 
No, jeśli będziesz się zabierać za ich realizację w
ten sposób, to pewnie nie…

Czy ja jestem jakaś gorsza? Czemu nie zdarzyło się to jakiejś dziewczynie,
która ma o wiele mniej problemów?
Chwila! To jest przedziwny tok rozumowania. Według
boChaterki/aŁtorki w naturze musi być zachowana równowaga wyrządzonych krzywd,
więc niech gwałcą i porywają, ale wyłącznie kogoś szczęśliwego.
Widocznie nie wzięła pod uwagę tego, że „dziewczyny, które mają mniej
problemów”
najpierw myślą, a potem nie
dają się skusić na „sesję w magazynie”.

Czy ja zawszę muszę mieć pecha? Widocznie tak.”
Widocznie tak…
W ustach.

Dni w szpitalu dłużyły się niecierpliwie, Madeline nie mogła się już doczekać
powrotu do domu, bo nie była w nim już 2 tygodnie, może i więcej.
A może i mniej, kto to wie… Spała tyle, że
kompletnie straciła rachubę czasu.

Pewnego dnia do sali, w której leżała, przyszedł w odwiedziny swojej babci
przystojny chłopak.
O, i tu mamy Punkt Zwrotny, od którego czas w opku
zaczyna biec na nowo!


Made cały czas patrzyła się na niego. W pewnym momencie chłopiec poczuł wzrok
dziewczyny wpatrzony w niego. Podszedł do niej i powiedział:
- Nie wiem, czy wiesz, ale ze złamaną ręką możesz
WSTAWAĆ. A nawet CHODZIĆ. Ale nie mów nikomu, że ci to powiedziałem.

Ciii, bo ona gotowa wykorzystać tę wiedzę i znów
będzie jakieś nieszczęście.

Właśnie. Wyjdzie za próg, a tam – bu! Gwałciciel!

-Cześć, jestem Michael, zauważyłem, że cały czas się na mnie patrzysz.
-Yy.. Ee.. Cześć.
-Jak masz na imię?
-Madeline – odpowiedziała i uśmiechnęła się.
-Dlaczego tak mało mówisz?
Khe? A co jeszcze miała odpowiedzieć na pytanie o
imię, przedstawić mu całe swoje cv?

Powinna zapiszczeć „bo ty jesteś taki
śliiiicznyyyy!” i zamachać łapkami. No, jedną łapką.

-Bo, bo.. Nie wiem, wstydzę się.
-Czego? Też jestem człowiek, nie?
-Hehe, no.. chyba..
Choć nie jestem tak do końca pewna, jakiś taki
zielonkawy jesteś…

I te macki…

-Kiedy wychodzisz ze szpitala?
-Dokładnie za godzinę.
Pacjentów z tego szpitala wypuszczają tylko kwadrans
po nieparzystej. Kto nie zdąży, ten w pełnej gotowości musi czekać na kolejny
gwizdek.

-A może chciałabyś iść ze mną do restauracji?
-No oczywiście!
Hm, a może chciałabyś też wybrać się na sesję
zdjęciową do magazynu?

Pokażę ci mój obiektyw. Jest naprawdę długi!

Minęła godzina, Madeline ubrana w swoją ulubioną sukienkę
Którą, co za szczęście! właśnie miała przy sobie.
Ano miała – to zapewne ta sama sukienka, którą
zerwał z niej gwałciciel, którą następnie miała na sobie w chwili wypadku… trochę
poszarpana, trochę brudna i zakrwawiona, ale ulubiona!


poszła do restauracji.
Udało się jej stanąć na nogi i zrobić parę kroków!
Oklaski!

Kiedy już dotarła, ujrzała tam Michaela.
Hmmm, nie mógł na nią poczekać w szpitalu? 

-Ślicznie wyglądasz – powiedział.
-Dziękuje.
-Co chciałabyś zjeść?
-Nie wiem, obojętnie.
- Ośmiorniczki – zdecydowała, patrząc na niego
lekko nieprzytomnym wzrokiem.

Usiedli do stołu i siedzieli wpatrzeni w siebie.
-Gdzie mieszkasz? – zapytała Made.
-W Virabble.
-Serio!? Ja też! A ile masz lat?
-16.
-Nigdy nie widziałam cię w naszym miasteczku.
- Bo wiesz, mieszkam w bunkrze i wychodzę tylko po
zmroku…

-Ja ciebie też nie. [Też mieszkasz w bunkrze?]
Moglibyśmy codziennie się umawiać.
-Naprawdę? Chciałbyś? Wiesz, kiedy pierwszy raz cię ujrzałam, od razu się w
tobie zakochałam…
Pierwszy znak, gdy serce drgnie,
Ledwo drgnie, a już się wie,
Że to właśnie ten, tylko ten.

<oddala się chwiejnym krokiem, śpiewając>
_________________________
I jak, podoba się? Może być? Nie wiedziałam, że ten rozdział będzie taki długi.
Piszcie opinie.
Sasasasasasasasaaaa…
Jesteśmy oczarowani. Naprawdę.
Cóż za tempo akcji!

Ze Szpitala na Antypodach pozdrawiają sennie: Kura ze skrzydłem w gipsie,
pochrapujący Jasza, falująca mackami Sine
oraz Maskotek Przeznaczenia z długim obiektywem.


Drodzy Czytelnicy! W dzisiejszym odcinku spotkamy
bohaterkę o wdzięcznym imieniu Szeherezada. Bez obaw jednak, czytanie opka nie
zajmie Wam tysiąca i jednej nocy – choć próba zrozumienia treści, już pewnie
tak. Bohaterka jest Standardową Opkową Sierotką, a do jej marysuicznych
umiejętności zaliczyć należy poskramianie tygrysów, zapętlanie czasoprzestrzeni
oraz wymawianie jedynek na przemian z wykrzyknikami. Znajdziemy tu również
szkolną dyskotekę z udziałem światowych gwiazd, ekspresową miłość yaoi, nieco
kiełbasy wyborczej, a przede wszystkim… stado krewnych i znajomych
niezapomnianego Kolonasa Waazona. Indżoj!


http://nieznana-historia0tej-o-ktorej-nikt-nic-nigdy-nie-wiedzial.blog.onet.pl/

Szeherezada

o niej
17 lat
Przygody, rosterki dziewzyny pogrążonej w życiu bez rodziców i z bratem… w
szkole gdzie nikt jej hie potrafi zrozumiec i pokazać co to znaczy prawdziwa
miłość.
Biedne dziewczę, ma takie malutkie listy
kontaktów
, malusie takie, oj! W dzisiejszych
czasach to prawdziwy dramat.

Początek standardowy – sierotka, niezrozumiana i
niekochana, znamy to, znamy…

Ale idźmy dalej:

Ma zgraną paczkę kolegów którzy stoją przy niej jak wierne psy ale nic po za
tym..
Z psem nie pogada, miłości też nie zazna, chyba że
zoofilskiej.

nie umie dogadac sie z koleżankiami, prócz jednej Sashy. Z nią sie najbardziej
z nich wzystkich doaduje.
Doładowuje się aż iskrzy.

Są dla siebie jak siostry. Szeherezada porywcza dziewczyna, kochająca psy i
motory… Ma psa Dingo i swój ścigacz którego najbardziej w świece kocha
Ścigacz przynajmniej nie marudzi, głowa go nie
boli, stres nie pozbawia mocy, na piwo z kumplami nie wychodzi. Gdyby jeszcze
potrafił wyrzucać śmieci, nadawałby się idealnie na męża.

Pies psem, ale za chwilę…
Lecz nie uprzedzajmy wypadków!

Sasha
17 lat
najlepsza przyjaciółka Szeherezady. Znają sie od dziecka. Kocha ja jak własna
siostre i chce dla niej jak najlepiej
Sasha jest Rosjaninem i ma na imię Aleksander.
Albo Rosjanką o imieniu Aleksandra :P

Drake
19 lat
w szkole uchodzi za łamacza kobiecych serc i podrywacza.
W głębi duszy to delikatny romantyk, piszący
wiersze i publikujący łzawe opka pod kobiecym pseudonimem.

Ma swoją zgraje dziewczynek które wiecznie mu usługuja a on je zmienia jak
rękawiczki, choć ciągle chodzi z rywalką Szez-Liz.
Standard, do znudzenia powielany. Liz będzie
oczywiście różową, pustogłową blondynką?

Tylko Szeherezada nie poddała sie jego komplementom i urokom i właśnie dlatego
chce ją zdobyc za wszelką cene…
Zdobyć, wykorzystać i porzucić, jak na sercołamacza
przystało. Ach, ale przecież to opko, więc zły podrywacz będzie się zapewne
ścielił niczym dywanik pod stopami boChaterki.

Trevor
18 lat
chłopak Szez. Chodzą ze soba ponad pół roku. Najpierw był bardzo zaangażowany w
ziązek (elo zią) ale stopniowo zaczeło go to
mało obchodzić, ale uważa że Szez jestjego i nikomu jej nie odda. Samolubny leń
W dodatku pies ogrodnika.

Lelouch
18 lat
najlepszy przyjaciel Szez. Pomaga jej jak tylko może w miedzy czaie knując jak
z nia być i odbić ja jej chlopakowi
Banał, banał, banał…

Steven
18 lat
zwariowany muzyk… w szkole…
Poza szkołą stateczny malarz, wielbiciel
pointylizmu.

Zwraca szczególną uwage na Szeherezade… coś do niej czuje ale nie chce sie z
tym ujawniac…
Czy jest w tej szkole ktoś, kto nie leci na naszą
Mary Sue? (Pytanie retoryczne, oczywiście.)

nie cierpi gdy jest smutna. Pragnie za wszelka cene powiedziecjej o tym co
czuje ale jest zbyt niesmialy… i wie tez zeonama chlopakai
Posiadł tajemną wiedzę filozofa Zenona z
Chlapadocji?

Nie. Po prostu pochodzi z żywej planety Zonama
Sekot.


nie zbyt to cokolwiek zmienilo w jej zyciu… nie tylko on sie wniej
kocha aon o tym wie.
No ba. Akademia Obrony Narodowej wie wszystko!

Prowadzi życie pustelnika.
Żywi się korzonkami, nie wie, co to mydło, a w
splątanej brodzie hoduje wróbelki.

Nigdy jeszcze nie mial dziewczyny, chociaz wzdychaja do niego tlumy panien.
Wszyskte jednak wiedza ze on szuka tej jedynej…
… gotowej dzielić z nim posłanie z gałęzi, uwite
w kącie wilgotnej groty w środku lasu.

Axel
21lat
Zwariowany brat Szeherezady…
Uważa, że jest księciem Szachrijarem?

poeta, romantyk i pisarz… uczeszcza na studia aktorskie gdzie wystawia swoje
sztuki. Przepada bardzije za chlopakami dlatego Szeherezada nie przyprowadza do
domu swoich kolegów.. z obawy przed jego pożądaniem.
Gdyż albowiem ten „poeta i romantyk”
znany jest z tego, że w piwnicy… Że co, że to nie ta bajka?

I nie ten poeta.

Gdy rodzice wyjeżdżają do stanów a potem sie rozwodzą wraca tutaj z siostra i
utrzytmuje ją
Postępowe neverlandowe sądy przyznają prawa
rodzicielskie starszym braciom, co pozwala świeżo rozwiedzionym exmałżonkom
cieszyć się pełnią życia i nie przejmować alimentami.

Przynajmniej on utrzymuje ją, a nie jak w opku o
młodym rockmanie – nieletnia siostra jego.

Lavi
19 lat
luzak wszech czasów… kochany kumpel Szez, który wręcz uwielbia spedzac z nia
czas.. na jej marudzeniach i troskach:)
Masochista!

lubi chlopcow dlatego spotyka sie z nim zaraz po tym jak Szez wraca ze swojej
paczki-szkoly do domu:)
Ale że z kim?! Szez jest chłopcem?

LIz
17 lat
odwieczna rywalka Szez..
Już w żłobku podbierała jej sprzed nosa co
ładniejsze grzechotki.

chce za wszelka cene zdobyc jej chlopaka i wszystkich kolesi w skzole nie da za
wygrana. Aktualnie ma chlopaka lae jej to nie przeszkadza szukac
nowych,najlepeij czyis
Wszystkich kolesi w szkole? Aha. Cóż. Podobno
aktualną rekordzistką świata w tej dziedzinie jest niejaka Lisa Sparxxx, która
podczas targów Eroticon współżyła z 919 mężczyznami. Powodzenia!

-Po raz setny ci mówie że nikogo nie mam-krzyczał Trevor na Szeherezade.
Dziewczyna po raz kolejny widziała go z Lizą jak sie smiali i rozmawiali. Nie
znosiła jej serdecznie ale jemu tonie przeszkadzało.
W pojęciu aŁtoreczek „chodzenie z kimś”
polega na totalnym ubezwłasnowolnieniu. Niektóre, jeśli nie większość,
przenoszą te wyobrażenia na dorosłe życie i potem mamy na różnych forach wątki
w stylu „Mój mąż patrzy na kobiety, czy powinnam wyłupić mu oczy
rozżarzonym pogrzebaczem?”

-Widziałam cie znia na przerwie!!-krzyczała mu w twarz-Jeśli tak to ma być to
ja dziekuje… przedwczoraj na imprezie było to samo!!!!
Na kolana, niewolniku! Nikt prócz mnie nie ma prawa
cię „zniać” na przerwie, czymkolwiek by to „znianie” było!

Wyszła z trzaskiem drzwi z jego domu po czym wsiadla na motor i odjechala. Na
imprezie mial tańczyć tylko z nią ale wyszlo tak że ona tańczyla z Drakiem a on
z Liz…
Pamiętajmy jednakowoż, że właścicielka niewolnika
ma prawo tańczyć z kim chce. Niewolnik ma w tym czasie grzecznie siedzieć w
kącie.

Twarzą do ściany, żeby mu nie przyszło na myśl
gapić się na kogoś.

To ją najbardziej denerwowało … że musi ją znosić w szkole i jeszcze na
imprezie….
Proponuję boChaterce przeprowadzkę na wyspę
Kaffekluben. Nie będzie musiała znosić towarzystwa osób niepożądanych, a reszta
świata odetchnie z ulgą, gdy się jej pozbędzie.

Właśnie dojeżdżała do domu….
… gdy spostrzegła kochanego Laviego siedzącego na ławce. Zdziwiona ZAhamowała
z piskiem opon i podjechala do niego. Sciagnela ksk i sie usmeichnela
Ale że co ściągnęła, firmę
komputerową
, nietypowe okno, czy Klub Sympatyków Kolei?

Komando Spezialkraefte.

-Siemka kochany-dala mu calusa w policzek- Co tutaj robisz??
-A nic nudze sie sloneczko-usmeichnol sie widzac ja-Chodzilem po okolicy i …
chyba gdzies zabladzilem-rozesmial sie
Szłem, szłem, aż zaszłem.

-W takim razie zapraszam cie na kawe i ciastko. Axel jest w domu to moze cos
upichcil.
Chlopak usmeichnol sie na dzwiek wypowiedzianego imienia co bardzo ja zdziwilo.
Wiedziala ze woli chlopcow ale nie domyslala sie zejej najlepszykumpel
moglby byc z jejbratem.
Mój Boru zielony, cóż za sztuka dedukcji, Sherlock
Holmes chowa się w kąt i wyje z rozpaczy!

Och, nie rozumiesz. Gdyby zajęli się sobą nawzajem,
mieliby mniej czasu na zajmowanie się NIĄ, a to przecież niedopuszczalne!

Natomiast słowo jejbratem, przeczytane jako
jebratem, jest tu jak najbardziej na miejscu.

Pomogljej zamknac motor w garazu po czym poszedl zaniado (Xanadu?) frontowych dzwi. Wyciagnela klucze i
otworzyla drzwi
-Mowilas ze twoj brat jest w domu-zdziwil sie lekko
-Bo jest przeciez auto stoi na podjezdzie-sciagnela kurtke i odlozyla klucze
kierujac sie w strone salonu.
-To dlaczego otworzykas swoimi??
-Wiesz-rozesmiala sie- Zestarzelibysmy sie zanim on by do nas dotarl. Jest
chyab zajety.. bo widze lakkibalagan
Lakkibalagan to hinduskie bóstwo obfitości,
błogosławiące swych wiernych deszczem sardynek w puszkach i soczewicy w sosie
curry.

-rzejrzala sie po salonie-Usiadz aja zaraz cos przyniose
Rzęziła sił ostatkiem, lecz do końca trwała w
obowiązkach gospodyni.

-Jasne.. a mzoe pomoc ci??
Składnią Mistrza Yody posługując się zapytał, iż przydałaby się jakaś obfitsza
wyżerka dyskretnie sugerując.

-Nienie tzreba-wyszla do kuchni a po chwili wrocila z kawa i cistkami.
Uslyszala tez ze jej brat zchodzi po schodach
-No nareszciebraciszku.. przylaczysz sie do nas?? Cchesz kawy lu herbaty??
Błagam, niech ktoś poda aŁtorce szmatkę i coś do
czyszczenia klawiatury!

Eno, toż ona proponuje poczęstunek – lu (petitki) i
kawę albo herbatę. Proste.
Albo proponuje lunąć kawą lub herbatą. Na
odlew.

-Jasne.. rozpuszczalna prosze-odezwal sie Axel i slychac bylo ze wszdl do
lazienki
Lavi lekko sie zaniepokoil tym ze on bedzie przynich siedzial.
Pierwszy raz jest wśród ludzi i nie wie jak się
zachować.

Zaczol sielekko pocic i trzas (nie
„trzasł” tylko „trzasnął”!)
ale ukrywal to przed
przyjaciolka. Nagle zobaczyl Axela w calej okazalosci stojacego w progu pokoju.

Naprawdę w całej okazałości? Proszę mu tę
„okazałość” zasłonić czerwonym kwadracikiem, nieletni to czytają!

Mial moke wlosy u ubranybyl w ciemka czarna koszylke rozpieta do polowy i
dzinsy.
Miał kawę we włosach, ubrany był w ciemka, a ze
spodni wyglądał mu chyłek ;)

Ubranybyl w Czarnobyl.

Czul ze jego meskosc grubnie jakby chciala sie wydostac z jego spotni.
Spotni, czyli zapoconych spodni. Proste, prawda?
Dobrze, że z jego – nie zniosłabym myśli, że
zgrubnięta męskość mogłaby nagle wydostać się z cudzych.

Usmiechnol sie do niego
-Siemka Lavi-usiadl kolo niego klepiac go w ramie-Co tam ciekawego u cb??
-Czesc-usmeicynol [boru, to brzmi jak nazwa
antybiotyku!]
sie starajac nie patrzyc na niego-Sporo sie dzieje. szkola
ostatnio impra.. wieszsporawy 17-latkow
Ale CO sporawe siedemnastolatków?
Sporawe wszy.
I sporysz.

-Aha kumam a co jest juz na twojej drodze jakas bezpieczna przystan??
-lucham??-spojrzal ptajaco na neigo mimo woli i zpobaczyl jego cieple oczy
ktore na nego patrzyly.
Do logopedy marsz! A poza tym nie wyrażaj się tak
brzydko.

Wydaalo mu sie ze widzial wniech cieplo imilosc, ale do kogo??
Do Kolonasa Waazona, jak nic.

Odwrocil wzrok a Ael sie rozesmial
-Chodzi mi o to czy jakas dziewczyna zdobyla twoje serce??
-A.. ale zemnie gapa-Zasmial sie- Nie.. jedyna dziewczynaw moim zyciu jest moja
mama i Szez.. i Raczej szukac mi sienei chce
A to leń paskudny! Z tych, co się kładą i czekają
na trzęsienie ziemi.

On chyba miał na myśli, że mama szuka dla niego
sienek. Znaczy, jest dealerem Fiata Siena, o.
A matka i Szez są jedną i tą samą kobietą…

-A to czemu??
Lavi’ego skrepowalo to pytanie. Nie chialmu mowic o swojej orintacji latego
odwrocil sie [do ściany] i zastanawila sie
dopokinie uslyszal Szez
Laboga, laczego?
Szez zdradziła niedyskretnie, że Chialmu, chłopak z
Orientu, lata tego umówił się z nim po kinie, ale nic z tego nie wyszło, bo na
każde zadane pytanie reagował owijając się krepą.

-Nie trafil na ta odpowiednia-Usiadla naprzeciwko nich z ciastkami ratujac
przyjaciela
-Aha.. wiecie musze wracac do pracy-usmeichnol sie-Nrazie
Poklepal mlodzieca po ramieniu i wyszedl na gore… alboprobowal wyjsc…
Stanoo tuz za rogiem bezszelestnie i nasluchial o czymmowia
-Dzieki szez-usmeichnol sie-Wyratowalasmnienie wiedzialem co mu powiedziec??
Wyratowałaśmnienie to ani chybi lśnienie
udzielające pierwszej pomocy. Taka jasność wiekuista, ino bardziej
interaktywna.

Nie, to raczej pierwsza pomoc w sprawie sumienia
*wyobraża sobie samobieżny konfesjonał*

-Trzebabylo powiedziec prawde-smiala sie zajadajac ciatko
I plując dookoła zaślinionymi okruchami.

-Jaka?? wysmial by mnie-naburmuszyl sie coRozbawilo Axela.
Corozbawiło było młodszym bratem Wyratowałaśnienie.
Pełniło role podobną do Misia Ratującego Dzieci.

Podobal mu sie lubil gdy siostra zapraszala gona obiad czy podwieczorek.
Fakt, miło być zaproszonym na obiad do wioski
Papuasów
. Oby nie w charakterze posiłku.

-Co?? i coz w tym dziwnego?? nie wysmial by cie:D moj brat jest kochany… on
to rozumie przeciez jest taki jak ty-lyknela kawy. „Taki jak ja??-myslal
Rudowlosy-Czyli??”
…czyli też rudy! – olśniło go.
Ten koleś jest niewiarygodnie tępy. Poza tym
„kochany kumpel” chyba powinien wiedzieć co nieco o bracie
przyjaciółki.

-ta akurat, skad ty to wiesz? toja mialem wypalic mu zgatka (bez gatek byłoby to bardziej krępujące) (chciał mu strzelić z gumki od majtek?) ze nie mam
jeszcze dziewczynybo
Takiej miłej samiczki bonobo

onemnie nie interesuja/ ze gustuje w chlopakach?? no wiesz co??tylo ty o tym
wiesz. W zkolegdyby sie dowiedzielibylbym posmieliwskiem przez wiele lat
Ziemia liwska zaprzecza, jakoby była zasypana
śmieciami.

-Dlatego tylko ja wiem^^ widzialam twoja mine jak byles zaklopotany.. smiacmi
ie chcialo.. zatanawialama sie czymuto powiesz…
-nie wiem…twoj brat mi sie podoba i nie chcebycos wyniuchal
Chcebycos Wyniuchał to chyba daleki kuzyn Kolonasa
Waazona.

Szmuglowany z Grecji na Ukrainę.

-hehehe…
Axel stal i usmeichal siesam dosiebie. Cieszyl sie z tego co uslyszal. On mu
tez wpadl w oko. Wrocil niebawem do siebie.
Z tego oka. Strzepnął z siebie rzęsy i resztki
rogówki…

W szkole organizowana kolejna impreze-dokladniej Szez organizowala tymrazem z
okazji walentynek.
W mojej szkole organizowano banalne dyskoteki.
Pomyśleć, że nigdy nie byłam na żadnym tymrazemie!

Bo na tymrazemy to się chodzi do remizy.
(Zapamiętajmy, że tymrazem ma się odbyć z okazji
walentynek!)

Dzien pzred porozsylala ms wiadomosc o zaproszeniu. Przechadzala sie wlasnie z
Lulu, Lavim i Sasha po korytarzach zduzym notesem. Przyjaciele robili za
kierownice gdyz dziewczyna wpatrzona w notaki oimprezie wpadala na
przechodzacych uczniow i nauczycieli.
Z tego co wiem, kierownica to takie kółko (tudzież
uchwyt w innym kształcie) i nie daje się tego do ręki osobom niewidomym.

Robili za kierownicę, czyli kręcili się wokół
drążka?
Skojarzyło mi się: „Widzimy Smolarka
krążącego jak elektron wokół jądra Zbigniewa Bońka!”


Drake zauwarzyl ja i zawolal:
-Dzieki za zaproszenia Szeri!!
Szeri. Zwróćcie uwagę
- aŁtorce po raz pierwszy się pozajączkoło. I raczej nie jest to
„szeri” w sensie „cherie” lub „cherry”, bo potem
jest tego więcej. Opcjonalnie pojawia się też „Szezi”. BTW jak się
już ktoś upiera przy tworzeniu pseudoangielskiego zdrobnienia, wypadałoby
sprawdzić, że Szecherezada to Scheherazade.

Dziewczyna podniesla dlon co znaczylo „spoko” i poszla
dalej.Dziewczyny otaczajace oblubienca spojrzalay nasiebie, a najbardziej
wciekla byla Liz gdyz zaproszenia nie dostala.
Oblubieniec czeka już, pierzmy szaty…

Upierala sie jednak ze pojdzie ze Drakiem. Szez szla dalej gdy mignol jej przed
oczami wizerunek Stevena.
Wybiórcza ślepota. Nie, to nie przypadłość. To
zwykłe chamstwo.

Od razu sie obrocila i szukala go wzrokiem i nie zauwatzyla ze wpadla na
swojego chlopaka, Trevora. Ten naburmuszony upuscil kartki.
-Szez uazaj jak lazisz, cholera!!!
No toż przecież łazam! Znaczy, uazam. Jak uażę.
Niegodnyś jej uwagi, pyłku pod stopami.

Zaczol zbierac kartki a ta naniego patzryla ze smiechem. Pokrecila glowa i
zchylila sie pomagajac mu zbierac kartki. Gdy skonzyla minol ja a ona zawolala
-Nie ma za co1!!
A może ona jest po prostu pijana? Wpada na ludzi i
gada od rzeczy, zupełnie jak przeciętny Polak po Sylwestrze.

Wziela notatnik gdy tanol przed nia Steven. Nogi dziwnie sie jejugiely i
usmeichnela sie.
Ten tekst to jakieś drzewo genealogiczne mitycznego
Kolonasa. Jejugieła, zaginiony kuzyn Jagiełły.

Tak, w tym opku panoszy się całe stado krewnych i
znajomych Kolonasa.

-Czesc szez^^-usmeichnol sie a jego usmeich ja czarowal co nie pokzywala po
sobie.
-Czesc Stev-usmeichnela sie.
-Co kolejna impreza??-odchylil jej notatki i przeczytal-Duzo osob, amasz
DJ’ja??
Światowa ta imprezka, skoro zagra kapela z dalekiej Polski.

-Nie ale teraz juz mam^^ hccesz nim byc??
-Jasne dla cb Wszystko
Zadzwonil dzwonek i weszli do klas.
Kuro, nie mam nadwornego portrecisty, chcesz nim
być?

Po poludniu Szeherezada siedzial w objeciach stesknionego Trevora ktory czule
calowal ja po karku. Trzymala laptopa na kolanach i dziwila sie ze te jego
pocalunkijuznic naniej nie robia.
Na jej miejscu byłabym jednak odrobinę poruszona.
Całujący laptop to prawdziwy ewenement.

Sprawiaja tylko cieplo.. zdnej przyjemnosci ani nic.
Ewentualnie trochę wilgoci.
I jakąś malinkę tu i ówdzie.

Niebawem pozegnala sie z nim i poznym wiezorem siedziala przed laptopem, gdy
dostala niespodziwana wiadomoscna czacie. Byl od nieznajomego numeru. Kliknela
i odczytala:
Nieznajomy91:
Witaj
Szeri92:
Szeri szeri lejdi, going tru emołszyns, lof is
łer ju fajnd it, lisn tu jor hart!

Cześć, z kim mam przyjenosc??
Nieznajomy91:
nie wazne mozesz mowic do mnie Nieznajomy
Szez92:
spoko amoze powiesz mi skad do mnie kk?
Nazywam się milion! <skanduje> Bo! Za! Mili!
Ony!
Siedzę i cierpię katusze?

Nieznajomy91:
z sasiedniego miasteczka niestety musze isc odezwe sie potem… a zdradz mi
jeszcze swojeimie
szez92:
szeherezada
i znikl… dziewczyna znuzona usnela
Narkolepsja opkowa atakuje!
Fajnie musiała potem wyglądać, z klawiaturą
odciśniętą na policzku.

Zmienianie nicków jest męczące.

Nawiasem mówiąc, powyższa scenka nie ma żadnego
związku z ciągiem dalszym opka, Tajemniczy Nieznajomy znika i tyleśmy go
widzieli.

Jak zwykle Szeherezada wstała do porannych czynności, nie zauarzywszy że coś
się zmieniło.
Kwiiik! Oświeciło mnie właśnie, skąd aŁtorki biorą
te „poranne czynności”! To po prostu lekko przerobiony „poranny
obrządek”, o!

Co się zmieniło? Słońce wzeszło na zachodzie, psy
dupami szczekały?

Wydawało się jej że coś nie jest tak. Zeszła szybko na dół by zorientować się o
co chodzi. Rozejrzała sie po domu i nie zastała nikogo.
Zwykle o tej porze kłębiły się tu dzikie tłumy.

-Co jest?-wrzasnęła widząc ogromne pudło w salonie. Zbliżyła się ostrożnie do
niego. Dochodziły ją jakieś pomruki i warczenia. Zastanawiała sie co to jest.
Serce zaczęło bić jej coraz mocniej. Tętno pulsowało jakby chciało jej żyły
rozsadzić. Bryla po prostu spietrana.
Bryła po prostu spiętrzona? To chyba jakiś obiekt
architektoniczny, ale nie jestem pewna.

Bryla to taka okulara.

Otworzyła wielkie pudelku i zobaczyła mniejsze cale czarne.
Azaliż było to małe czarne z dnem?
Czarne pudelku to było.
I ona to pudelku tak nożem? Jak Luke
tauntana? Brrr…

Był to magnetowid z nagranym mruczeniem. Dziewczyna wzięła urządzenie w
dłonie.
AŁtoreczka chciała chyba zasugerować, że akcja ma
miejsce w zamierzchłych czasach, kiedy to prymitywna ludzkość posługiwała się
nośnikami magnetycznymi. Niestety, zapiski na tabliczkach klinowych, z których
czerpała wiedzę, były nieco zatarte, tak więc nie doczytała, na czym polegała
różnica między magnetowidem a magnetofonem.

Zauważyła doczepiona karteczkę na której pisało:
„Siostra złaź szybko na dol mam dla cb niespodziankę. Axel”
Szeri wzięła szybko kurtkę i zleciała jak huragan po schodach.
<z nadzieją w oczach> … łamiąc w locie
kark.

Stanęła przed drzwiami od garażu, gdyż o tym miejscu mówili dol.
Czasami lądujące awaryjnie samoloty zastawiały wyjazd z garażu.

Serce zabilo jej mocniej po czym weszla do srodka. Oczy jej sie rozszerzyly
widzac brata i mlodego, duzego trygysa.
-Najlepszego siostra!!!-wykrzyknol
No tak urodziny. Dziewczyna z przejecia zapomniala ze obchodzi urodziny w dzien
kobiet.
Też bym zapomniała, zwłaszcza, że w Stanach tego
święta nie znają.
A to nie miało być z okazji święta
walenia-w-tynki? Skleroza opkowa to jednak straszna rzecz.


Tak zaangazowala sie impreza ze jej to przez mysl nie przeszlo.
Taaa, jasne. Wszyscy w to uwierzyli, oczywiście.

Ale niesmialo podeszla do brata.
-Oszalales?? pomyslu nie miales czy jak??-ostroznie gladzila duzego kota po
pysku a ten mruczal
Dziewczyna byal lekko wstrzasnieta tym widokiem.
Pomyślcie, jak byłby wstrząśnięty przeciętny
tygrys, gdyby mógł to przeczytać!

-No co ty wolalabys psa?? nie zartuj nawet. Wiesz ile sie uganialem za tym
zwierzakiem?? Chcieli go uspac gdyz jak to powiedzieli, jest zbyt mily-
Nie spełniał unijnych wymogów odnośnie dzikości?
Częstował gości preclami własnej roboty.

spojrzal na kota ktory lasil sie do jego siotry- Widzisz?? i co bys zrobilana
moim miejscu??
Ja wiem? Przegłodziłabym go ze dwa tygodnie, z
pewnością przestałby być miły.

-Wzielabym go za wszystkie skarby-usmiechnela ie tulac tygrya-0n jest boski!!
Jeśli chcecie dowiedzieć się, jakie są skutki
zabawy młodej damy z tygrysem – zajrzyjcie TU.

jak sie nazywa??
–twoj prezent, ty nadaj mu imie
Dziewczyna chwile patrzyla na prezent. Zatanawiala sei nad Trafnym imieniem
ktore by opisalo jej kociaka.
-Mam-usmeichnela sie-Sheart
Biorąc pod uwagę fakt, że zwierzak jest tygrysem,
imię całkiem adekwatne. Jak dorośnie, zeżre Marysię, a świat
odetchnie z ulgą.

-Ładnie^^-usmeichnol sie po czym spojzral na zegarek- My tu baju baju a ja
musze do pracy leciec:* trzymaj sie siostra:*
Wszedl jak strzala.
I leciał jak nóż w masło.
Widzę, że nie muszę zastanawiać się nad tym
dlaczego „wszedł jak szczała”.

Dalo sie slyszec pisk opon samochodu. Szeherezada zadowolona spostrzegla obroze
na biorku i niewielki lancuch przyczepiony do niego.
Do biurka. Było zrobione z myślącej gruszy i miało
zamiar zwiać.

Zapiela Sheart’owi ja i wprowadzila go na salon.
Wprowadzanie tygrysa na salony to jak pierwszy bal
dla księżniczek.

8 marca przypadal na sobote to i dobrze sie skladalo na impreze. Miala jeszcze
6 godzin zzanim bedzie musiala sie udac do klubu.
Zapamiętajmy – do klubu!
Cholera, a może my za głupie jesteśmy, a
aŁtoreczka stosuje retrospekcje? Raz Walentynki, raz Dzień Kobiet, raz klub,
raz… ale to sami zobaczycie.


Postanowila zrobic pokoj dla swojego nowego pupilka. Tygrys wygodnie rozlozyl
sie na dywanie i zaczol sie po nim tarzac. Szez przypomniala sobie o dawnym
pokoju, w miare duzym ktory mial bezposednio polaczenie z jej sypialnia.
Ma tak rozległe domostwo, że o pewnych
pomieszczeniach po prostu się zapomina. Zwłaszcza o tych sąsiadujących z własną
sypialnią.

Tja… przypomnisz sobie po pięciu latach, zajrzysz
- a tam zasuszone truchełko kochanka, co się randki nie doczekał.

Przynajmniej tygrys będzie miał co żuć.

Wystrzelila z domu jak armata i pobiegla do sklepu zoologicznego.
Z wielkim hukiem i pozostawiając po sobie smród
prochu.

Żeby kupić suszone dafnie dla tygrysa.

Na rogu jej domu i sasiedniej kamienicy zobaczyla Lavi’ego walesajacego sie bez
powodu
-Siemka-dala mu calusa w policzek-Co taki nijaki??
-Sam nie wiem-usmeichnol sie po czym ja przytulil-Najlepszego kochana:*
-Dziekuje:*
Popatrzcie, ileż papieru można oszczędzić,
zastępując opisy różnego rodzaju pocałunków prostym i zwięzłym :*. Zamiast
lania wody (a niektórzy to i na kilka stron potrafią taki opis rozciągnąć,
mordercy drzew!) – dwa znaki. Rewolucja w literaturze!

-Gdzie sie wybierasz??-zapytal po chwili.
-Ide do sklepu zologicznego i miesnego…
-A po co??-zdziwil sie
Pamiętacie jeszcze, że na początku opowieści
Szeherezada miała psa? Dingo wystarczył zaledwie na przekąskę, teraz zaczynają
się schody.

-Chodz z emna to wyjasnie ci po drodze-usmeichnela sie i pociagla go za soba
„Pociagla”. <facepalm> Wiem, że to
się prosi o komentarz. Wiem. Za cienka jestem…

Szli dlugi czasi zdazyla mu opowiedziec o tym jak wstala i uslyszala w salonie
mruczenie a potem jak zobaczyla Sheart’a.
Da się to co prawda streścić w dwóch zdaniach, ale
dorzucała tyle „obczaj”, „o jaaaa”, „stary
skumaj” i innych ozdobników, że opowieść przeciągnęła się ponad wszelką
miarę.

Chlopak szedl obok niej i nie mogl uwierzyc w to co slyszy, jednoczesnie mial
podziw dla Axela.
Każdy miałby podziw dla kolesia ciągnącego
tygrysa na sznurku przez miasto.

Szacun na dzielni!

Juz wiedzial co do niego czuje i mial zamiar mu to dzisiaj wyjawic. Nie
powiedzial prawdziwego powodu walesania sie po ulicy. Nie wiedzial jak.
Nie miał pojęcia, że szuka zagubionej Frazeologii.

Teraz mial pretekst. Sam z siebie byl zadowolony. chcial powiedziec mu calutka
prawde.
Tygrysowi???

Doszli do kslepu i nim uplynelo pol godziny byli w domu Szeri i Lavi podziwial
duzego kota.
-Jest naprawde uroczy-usmeichal sie wizac go-Taki fajny
-Wiem dzieki
I to jest ostatni ślad po tygrysie w tym opku. Na
nic czechowowska strzelba, która w trzecim akcie musi wystrzelić, na nic
tygrys, który powinien zeżreć bohaterów.

Tygrys zrobił swoje, tygrys może odejść.

Potem dziewczyna zaczela szykowac sie do przebrania gdy uslyszala ze wchodzijej
brat. ale nie sam. Wszedl do pomieszzenia z wyzywajaca blondynka. Laviemu serce
peklo.
Bęc i chlup!

Mial ochote krzyczec. Axel byl sam zdziwiony jego wizyta w domu ale
jednoczesnie szczesliwy. Wiedzial ze go kocha. Usmiechnol sie do niego siadajac
obok niego
-Siamanko-poklepal go po ramieniu choc w glebi duszy pragnol czegos wiecej (np. poklepania po pupie) -to Szaron-pokazal na
dziewczyne
-milo mi-odpowiedziala z usmeichem. Lavi myslal ze zaraz sie rozbeczy.
Podobno Lavi ma 19 lat. Zgodnie z opkową tradycją,
zachowuje się jakby miał najwyżej 13.

-mi tez milo-wymramotal po czym wstal- muze isc Szez!! mam jeszcze pare spraw
do zalatwienia.
-Jakich??-wyszla z lazienki akurat w chwli gdy on stal onok niej. zobaczyla lzy
w jego oczach i blondynke smiejaca sie do Axela. Miala ochot przywalic swojemu
bratu w pysk tak by pojechal do szpitala-Dobzre to narazie
Chlopak wyszedl a dziewczyna weszla do lazienki i napisala laviemu sms ze ma po
nia przyjac.
Esemesa napisała szminką na lustrze.

Chciaal poczekac az czarujaca blondynka opusci ich dom. Wkoncu uslyszala
zamykajace sie drzwi. Zezloszczona wparowala do salonudrac sie
A to lakudra jedna! I tłuk!

-Ty to jakiej w koncu jestes orientacji??
-O co ci chodzi?-spojzral na nia
-Podobno wolisz factow-wrzeszczala na niego co go bardzo rozbawialo- A ta
tleniona to co??
To niejaka Rafalala, nie znasz?
Albo Gracjan. Tfu, Gracjanna.

-Przyjaciolka ktora zaczela prace w firmie i ktoej mam pomoc z polecenia szefa.
A co do mojej orientacji to wiesz ze wole facetow a szczegolnie jednego
Zastanawiam się, czy ta sytuacja przeszłaby w drugą
stronę – tj. czy braciszek orientacji hetero, przyprowadzając do domu kumpla,
też naraziłby się na taką awanturę i konieczność tłumaczeń. Czy to tylko gejowi
nie wolno pokazać się z dziewczyną.

Szeri przypomniala sobie ze czasem rozmawiali o tym i przynal sie ze zakochal
sie w jej przyjacielu. Lecz Lavi’emu tego nie poworzyla
-A nie zatanawiales sie dlaczego wyszedl??- usiadla na przeciwko
-mowil przeciez ze ma cos do zalatwienia
-Aha… ta nic nie robienie. Ty!!-piknela go w czache-Wszedl bo mysli ze
orientacje zmienils. chial cie zostawic z nowa sympatia sam na sam
Widać orientacja jest jak wahadło – raz w tę, raz
wewtę…
Może on jest bi, tylko jeszcze o tym nie
wie.

Orientację zmienia się jak powiedzmy -
bokserki.

-Bzdury gadasz0-usmichnol sie lecz gdy postkal jej wyraz twarzy wiedzial ze
maracje.
Prychnął jej w twarz pestkami od marakui. Czy coś w
tym rodzaju.

Postkal to plama po kupie?

Rezeczewiscie wygladalo to jakby dziewczyne wprowadzil do domu chcac cos innego
niz na to pozwalano zrobic.
Konia z rzędem temu, kto znajdzie sens powyższego
zdania.

Wstal i poszedld sypialni. Zamknol sie w niej i wpatrywal w zdjecie Laviego,
ktore specjalnie spobie powiekszyl z strony internetowej szez i ktore wstawil w
ramke
*pokwikuje cichutko* Jakie to wzruszające!
Zdjęcie, które całował co wieczór przed
pójściem spać.


-Kocham cie-gladzil zdjecie po czym wyszedl z pokoju. Szedl korytarzem gdy
zobaczyl komorke siostry. Slyszal ze myla sie w lazience. Instynkt kazal mu
zajrzec do komorki.
Fajna wymówka na chamskie wścibstwo.

Wszedl w skrzynke odbiorcza i zobaczyl sms od Lavi’ego:
„Dobrze kochana bede po ciebie 16.30″
dochodzila 16.CAlyym nim przesly ciarki. Popedzil do sypialni jak burza i
wyciagnol z szafy najlepsza koszulke i dzinsy jakie mial. Wypermufonowal sie (wyperswadował sobie muflona? Mnie to się kojarzy z gramofonem. Wypieprzył gramofon,
o!)
i zaczol myslec:”powiem mu… tak powiem. Kocham go!!!!!”
Ktoś, kto na pierwszej randce wali soczystym
„kocham cię”, jest z gruntu podejrzany. Co dopiero ktoś, kto chce to
powiedzieć ZANIM w ogóle doszło do jakiejkolwiek randki. No, chyba że ma 13
latek, hormony trują mu MUSK i pierniczą mu się pojęcia.

Zadowolony po cichutku wyszedl z domu. Poszedl na rog ulicy gdzie zwykle przechadzal
sie chlopak idac wkierunku ich domu.
Nie! Zbyt wiele od razu… Wyobraźcie sobie faceta,
który wyperfumowany sterczy na rogu ulicy, czekając na kochasia, który tamtędy
się przechadza.

Zajrzal przez rog iZobaczyl go.
I serce mu zadrżało.
Szedl ze spuszczona glowa. Dziekoal bogom ze ogrodnik niezbyt wysoko przycina
krzaki.
Zaiste. Albowiem nieprzycięte krzaki mogłyby
pokancerować mu oblicze, gdy tak kroczył z głową spuszczoną.

Stanol i czekal. Oparl ie o plot.
A Firefoxa o latarnię.

Nagle wylonil sie Lavi i nie widzac go wpadl prosto w jego objecia.
Znaczy, on tak czyhał w ukryciu rozstawiając macki
jak jakaś ośmiornica?
Wackomacki.

-Witam pana-zasmial sie Axel
Speszony wstal i Axel zauarzyl ze oblal go rumieniec
-Czesc-odpowiedzial po czym przyomnial sobie blondynke-Ja po szez-minol go lecz
poczul ze on go trzymie (aghhhr!!) za ramie.
Odwrocil sie i zobaczyl jego lagodny wzrok.
-Pogadajmy co?-pociagnol go do siebie i patrzyl mu w oczy-Dla jasnosci jak
wiesz lubie chlopakow i nie zmienilem od tej pory orientacji na panie. Ta mila
blondynka to byla asystentka nowa szefa w mojej pracy. Mialem pomoc jej obeznac
sie z zakladem to tylko tyle
Kurczę, to jest naprawdę chore. Tłumaczyć się
komuś, z kim nawet się nie jest w związku. A potem co? Smycz, obroża, kaganiec
i wieczne warowanie u stóp pana?

Łże jak pies! „Mial pomoc jej obeznac sie z
zakladem” hehehe – a do domu zaciągnął!
Może to chałupnik, w domu skręca długopisy,
albo dzierga na maszynie dziewiarskiej swetry dla spółdzielni „Świt”.


Laviemu jakby serce posklejalo sie na nowo. Znowu mial szanse by miec go tylko
dla siebie. Czul jakjego meskosc lgnie do niego.
<Kwik i łomot. To Sine spadła z krzesła, kiedy
wyobraziła sobie lgnącą męskość.>

<wyglądającą jak glonojad>
<jego męskość lgnie do niego i ociera mu
się o stopy>

Patrzyl w jego oczy i rozplywal sie. Wziol gleboki oddech i zaczol mowic:
-Nie wiem czy wiesz ale ja ma ta sama orientacje…
…w terenie.

-Wiem-usmeichnol sie.
-Prosze nie przerywaj
-Spoko
-A wiec no mam ta sama o ty… wiesz od pewnego czau uwarzam… ze ty… ze ty
jestes wyjatkowy… ze maz te swoje wlosy sliczne… cialo zapewne tez…
wogole jestes przystojny
Nie, to nawet nie jest poziom trzynastolatka. To
pustka, dno, metr mułu. Kocham cię, bo jesteś śliczny. O kuFFa.

To poziom trzynastolatki zakochanej w idolu z
plakatu.

A teraz wyobraźcie sobie, że to wszystko
dzieje się na rogu ulicy, a sąsiedzi filują przez firanki…

-ty tez-usmeichnol sie
- no ale mniejsza, chce ci powiedziec ze….
-Ze….
Czul jak buraczeje
Ja zdębiałam na widok lgnącej męskości, więc mamy
roślinny remis.

-Ze bardzo mis sie podobasz…-wyjakal cicho. Axel stal oniemialy po czym
przyblizyl sie do niego jezdzac palcem po jego wardze
Brum, brum. No zrób „brum, brum”!

-tylko ci sie podobam??
-I chyba sie zakochale..m-jeknol gdy poczul na sobiejego usta. Nogi mu sie
ugiely. Objol go i czule odwzajemnial pocalunek czujac jak jezyk rudego wsuwal
mu sie coraz glebiej do sut.
Ale że jak? Wjechał mu w gardło tak głęboko, że aż
oblizywał sutki od strony wewnętrznej?

Widząc to, sąsiedzi zaczynają pisać pamiętniki.

Gladzil go po ramionach po czym odunol
Nie wiadomo właściwie co mu zrobił, ale brzmi
intrygująco.
Odurniał?

-Ja mowie powaznie
-A ja mowie ze cie kocham do szalenstwa-sapal po czym Lavi rzucil sie na niego
namietnie calujac a ten przyparl go do muru i namietneij odwzajemnial
pocalunek. Axel wlozyl kolano pomiedzy jego nogi i czul sie w koncu spelniony
po czym spostrzegl ktora godzina
Tłumacząc na nasze: osiągnął orgazm i spojrzał na
zegarek.

On z tych szybko dochodzących, widać. To nie był
zegarek, to stoper.
„Kurde, znowu nie udało się wytrzymać
dłużej niż 0,98 sekundy!”


Sąsiedzi zaczynają mówić o różnych wydarzeniach,
przyjmując tę chwilę jako przełomową, np. „to było ze trzy dni przed tym,
jak jeden pizgnął kolanem drugiego w jaja”.

-Pozno juz-nie chcial mowic tych slow
Bał się, że partner powie coś na temat szybkiego
dochodzenia.

-Wiem- jeknol
gdy tylko zdołał złapać powietrze…

patrzc na niego-Kocham cie
Znow go pocalowal.
Szeri (kto?) wlasnie wychodzila zdomu. stala
prz ybramie gdy spostrzegla przyjaciela z bratem.
-Ups…-zasmiala sie i cofnela usmeichnieta. Po czym luknela znowu i wdzilaa
jak jej brat sie zbliza do niej. Wyszla mu na przeciw
-Wlasnie sie zastanawialam gdzie cie wcielo.. hm??
-Nigdzie-minol ja dziwie szczesliwy a Lavi wzaiol ja pod ramie i zaprowazil
wspolnie pod klub. Nie poowiedzial ze wyjdzie wczesniej z imprezy i pojdzie pod
podany na karteczce adrs gdzie spedzi upojna noc z Axelem.
Niezłe tempo mają chłopaki. Cóż, życie jest
krótkie, carpe diem i tak dalej!
So take me now before it’s too late
life is too short so I can’t wait!



Lavi Szedł z SZeherezada do szkolnej sali gimnatycznej.
Wir czasoprzestrzenny atakuje. Pamiętamy, że Szeri
miała zorganizować szkolną imprezę z okazji Walentynek? Pamiętamy również, że
aktualnie jest 8 marca, a ona miała udać się do klubu?
Toż Ci tłumaczę, że to retrospekcja, a my
jesteśmy zbyt ciemne, by to pojąć.


Dziewczyna zalatwila wszystko: obsluge, ochrone, DJ’ja, nawet gwiazde o ktorej
nikt nigdy nie wiedzial [no to psińco, nie
gwiazda...]
bo by zwalily sie wieksze tlumy, nawet z poza szkoly.
Przypomnijmy, że dziewczę jest sierotką na
utrzymaniu brata. Biedak, kiedy dostanie rachunek, powiesi się z rozpaczy.

E tam. Przecież wszyscy pracują za darmo, z miłości
do Mary Sue.

SZla patrzac sie co chwila na przyjaciela ktory dziwnym sposobem sie nie
dozywal.
Dożywał bowiem właśnie swoich dni.

Dzoszli do szkoly gdzie przed sala czekaly tlumy uczniow, rowniez z poza
szkoly. Dziewczyna zobaczyla Leriego-ochraniarza ktorego wynajela, a ktory byl
jej znany od dawna.
-Witaj-podeszla i cmoknela go w polizek
Ja NIE CHCĘ wiedzieć, w co ona go cmoknęła…. Ale
„polizek” to całkiem fajne określenie;>

-Impreza sie rozkreca-usmiechnol sie.
-owszem… zaraz przyjedzie tu mój kuzyn-zasmiala sie
-Kuzyn?? jaki??
- PC Brown
Chłopakowi szczena opadła. PC Brown to bylnajlepszy piosenkarz w okolicy,
panstwie i jeden z najlepszych na swiece [w kilku
sąsiedzkich garażach oraz w Kosmosie]
Mial wszysktie jego piosenki…
kazde znal na pamiec. A tu ona mu oswiadcza ze to jej kuzyn
No ba. Nie zdziwcie się, jak na moich urodzinach
pojawi się pewien niemiecki zespół na R. To moi cioteczni bracia… że co? Że
nie wspomniałam o tym wcześniej? A jakoś nie było okazji.

Wlasnie nadjezdzala dluga limuzyna. WSzyscy wpatrywali sie w nia dziwiac
sie kto to przyjechal. Wyszedl szofer i otworzyl tylnie [ghrrrrr!!!] drzwi. Wszyscy patrztyli w jedno miejsce.. zalegla
cisza.. a nagle wzyscy zaczeli krzyczec. Wyszedl PC Brown, najseksowniejszy i
najpopularniejszy piosenkarz.
-Kochamy cie PC bRown!!!!!-krzyczeli z tłumu. Gwiazdor sie rozejrzal dokola po
czym zoaczyl swoja kuzynke .
-Szeri moja drioga-otworzyl rece.
Miękki akcent zza Buga nie przeszkadzał mu w
udawaniu czarnoskórego rapera. Grube, złote sygnety na paluchach, pożyczone od
wujka Wani, zapewniały całkowity kamuflaż.

Wszyscy chcieli zrobic sobie zdjecie ze slawnym PC Brown’em. Nikt nie mogl
uwierzyc w to ze SZeherezada sprowadzila taka slawe na ich zabawe. Wkrotce
mialy sie w szkole odbyc wybory do samorzadu uczniowskiego.
Szarpidrut jako kiełbasa wyborcza, no cudnie…
I tu, moi drodzy, dochodzimy do momentu, w
którym przekonujemy się o głębi moralnego zepsucia młodzieży szkolnej. Bo
oto…

Szeherezada kandydowala jak zreszta co roku. Obecnie obejmowala urzad vicee, a
przewodniczaca była Liz. Była nia od samego poczatku, lecz nic nie robila na
rzecz szkoly. Ale z jakiegos powodu wzyscy na nia glosowali.
W opku jak w życiu. Też nie wiem, jakim cudem
prezydent mojego miasta został wybrany na kolejną kadencję. Widać wyborcy są
równie inteligentni, co bohaterowie opek.

Tym razem po 3 zabawach urzadzonych przez Szherezade mialo to sie zmienic.
Jak widać, kiełbasa wyborcza w postaci chleba i
igrzysk działa na wyborców w każdym wieku. Nawiasem mówiąc, oto jak smarkule
pojmują robienie czegoś na rzecz szkoły. Żałosne, prawda? Już nawet nie wspomnę
o tym, że – skoro w tekście mowa o sprawdzaniu LISTY przez ochroniarza – nie
jest to impreza ogólnodostępna. Ergo laska urządza sobie na terenie
szkoły imprezę urodzinową, a głupi lud to kupuje…

Gwiazdor powoli zblizal sie do sceny. Oniemialy Steven patrzyl n aniego i na
dziewczyne. Zeskoczyl ze sceny naprzeciw nim. Szez usmiehcnela sie po czym
szturchnela kuzyna przedstawiajac mlodzienca.
-Kuzynku to Steven, twój dzisiejszy DJ-usmiechnela sie.
DJ to może nie jest pilot bombowca, ale jakoś nie
widzę gwiazdy, która godzi się na obsadzenie w tej roli przypadkowej osoby.

PC Brown spojrzal na niego z usmeichem wyciagajac reke.
-Mam nadzieje ze dobrze operyjesz muza.
Tak, ryłem ostatnio w operze.
Ryjem ryłem. Do oporu.

-Jasna sprawa-odparl z usmeichem-zaprazam na scene.
-Jasne-wszedl za nim-Widownia juz sie doczekac nie moze.
-No wlasnie-zamiala sie SZez po czym podezla do mikrofony podajac kuzynowi
drugi.
-Witajcie-zawoalala-Chcecie zapaby???
Chcemy. A daje dobrego kopa?

A teraz nastąpi Pognębienie Zdradzieckiego
Trólawera!

Trevor chial wejsc za kulisy ale ochroniarz go niechcial wpuscic.
-Ale ja jestem chlopakiem Szez-tlumaczyl sie.
Każdy tak mówi – burknął ochroniarz i kopnął go w
rzyć.

-Nie widniejszesz na liscie i nie masz przepustki zrobionej przez [jaśnie] panienke-warczal n aniego po czym zblizyl
sie Lavi
-Jakies klopoty??-zapytal do Trevora z usmeichem.
Jak można zapytać DO kogoś?

-Dzieki stary-ulzylo mu-Nie widnieje na liscie
-No nie widniejesz-spojrzal na liste-Wiesz Szeheezada 3 tygodnie temu sie
ciebie pytala czy chcesz przepustke na impreze, a ty caly czas odpowiadales ze
ci nie potrzebna, ze masz znajomosci. Wie jak masz znajomosci to wejdz tu
jakos.
I zapamiętaj sobie raz na zawsze, że z Mary Sue się
nie zadziera!

-Ona tego pozaluje jeszcze-warzal
Warcząc, warzył Eliksir Srogiej Zemsty.
Po prostu – bulgotał.

Rozlegl sie glos PC Browna.
-Czas ludzie na zabawe. Muzyka!!!!!!
Rozlegl sie szum i poleciala z ogromnych gloscnikow w katach muzyka po czym
piosenkarz zaczol spiewac:
Głoscnik – nocnik z pozytywką?

[Tu, ałtoreczkowym zwyczajem, dostajemy niezawodny
sposób na wydłużenie rozdziału, tj. tekst piosenki w całości. Ciach.]

Ludzie kolyslai sie w rytm jego muzyki spiewajac czasem z nim a po zakonczeniu
piosenki bili mu brawa.
-Podobalo sie??-zapytal
- Nieee!!!

-Taaaak!!!!!
-Wiece moja kuzynka mnie tutaj zaprosila, mowiac ze tu mieszka najwiecej moich
fanów. Nie myslila sie.
Tak, ty też sądzisz, ze jest dość bezmyślna?

Ale jest dzisiaj jeszcze jedno wazne swieto.
Dzień Kobiet???
Święto Dziękczynienia?
Tydzień oszczędności?

Jej urodziny.
Święto państwowe! Parady, imprezy, a wieczorem
fajerwerki! I wolne od pracy!
A czemu by nie, skoro u nas uczyniono
świętem państwowym dzień trzech takich, co to w zależności od tłumaczenia byli królami,
mędrcami, magami, astrologami albo w ogóle przypadkowymi przechodniami?


Szeherezado!!! podejdz tutaj
Steven polecial za kulisy a zarumieniona dziewczyna podeszla do kuzynka i
przytulila sie.
-A wiec niech tort wejdzie na scene!!!-zawolal
I wszyscy zamarli w oczekiwaniu na cud.
Tort, wykonany z myślącego ciasta tupiąc setkami
stóp już miał wyrwać się na estradę…

Nagle z pdestu sceny wylonil sie Steven z ogromnym tortem urodzinowym.
Był przepiekny ozdobiony 18 smieczkami i dekorackjami.
Tort zdobiony śmieciami – to taki nowy, ekologiczny
trend.

O, a mnie wyszło, że to Steven był udekorowany
przepięknie… Nie dziwcie się, w Szwecji tak sobie ludzie robią, że od święta
noszą świeczki na głowach.

„A wiec jednak pamietal-myslala patrzac na Stevena”. Podszedl do niej
mowiac:
-Wszystkiego najlepszego-po czym ja przytulił ją a ona odwzajemnila cieplo, po
czym stanol kolo niej.
Stanął w płomieniach.

-Ludzie spiewamy!!!! -Zawolal piosenkarz-Sto lat!!! Sto lat!!! Niech zyje zyje
nam!!!!
-Sto lat Sto lat niech zyje zyje nam!!!-krzyczala widownia razem z reszta-Niech
zyje nam niech zyje nam!!! Sto lat sto lat niech zyje nam!!!!
Widać była to jakaś polska kolonia, skoro śpiewali
nasze, swojskie „Sto lat”, zamiast jakiegoś tam „Happy Birthday
to You”.

-Dziekuje-odparla wzruszona
-Nie ma za co kochana-usmeichnol sie- Ja zaspiewalem ale to ich zasluga-pokazal
na Sashe, Lulu, Stevena, Lavi’ego, Drake’a. Uscikala ich przyjacielko. Po czym
zobaczyla derektora ktory ja wolal.
Wolał ją od innych? No cóż, Szez musi mieć chody u
naczalstwa, żeby sobie imprezki robić na taką skalę w sali gimnastycznej.

Chodzi o producenta jachtów czy
Mrocznego Zabójcę Rektorów? A może to tylko literówka?

Ni, to pon derechtór buł.

Rozlegla ie kolejna piosenka

Ona, ona, ona tego chce, a ja chcę jej to dać
Ona o tym wie, to jest tuż obok niej
Chcę zobaczyć jak się przełamujesz
Zaciskam pięści, jestem rozrzutny
To nie wina aŁtoreczki, że skopiowała tłumaczenie z
sieci. To nie jej wina, że nie porównała go z oryginalnym tekstem. To nie jej
wina, że ja to zrobiłam i kwiczałam ze śmiechu dobre kilka minut;)

Tekst w oryginale oraz
tłumaczenie.

(…)
Dojdźmy szybko i zmieńmy pozycję
Z kanapy na ladę w mojej kuchni
O, zupełnie jak u Milenko-Marlenki!

(…)
Jestem już zmęczony wymyślaniem różnych
sztuczek, czemu po prostu na mnie nie usiądziesz
Och, ona tego chce, och, chce tego
Och, ona tego chce, och, więc jej to dam
Polecam wyguglanie różnych wersji tego kawałka. Okazuje się, że można to
zaśpiewać tak, by nie brzmiało wulgarnie. Nie zmienia to jednak faktu, że
Zgrzybiała Ciotka Sineira uważa takie kawałki (oraz teledyski polegające na
machaniu cyckami) za uwłaczające i niesmaczne.
No wiesz, ale w klimat opka wpisują się
całkiem nieźle.

WTEM!!!

-Sluchapm panie Derektorze??
A jednak to nie literówka!

- (Mon) Szeri mam prozbe-wskazal na pania
stojaca za nim- Jest przeprowadzana akcja i chcialbym powiadomosc o tym
uczniow. Jak skonczy sie utwor to podaj mi mikrofon.
Z łaski swojej, gdybyś mogła… Oczywiście nie chcę
przerywać Ci zabawy, skąd! – dodał, pokornie gnąc się w ukłonach.

-Dobrze.
Myzuka leciala przez chwile a gdy sie skonczyla dziewczyna, wedle polecenia
dyrektora wziela mikrofon.
Myzuka to japońska koleżanka Szez, która w
międzyczasie szepnęła jej na ucho, że „derektor” wymawia się troszkę
inaczej.

-Przepraszam ze przerywam zabawe, ale profesor Olivier ma informacje. Prosze
bardzo panie dyrektorze-podala nauczycielowi mikrofon.
-Witajcie drodzy uczniowie. Mam informacje-poazal na kobiete stojaca obok
niego-To pani Krystyna. Opowie wam o fundacji Kwiat radosci Dla dzieci.
Ałtoreczka postanowiła wtrącić smrodek dydaktyczny,
inspirowany przeżyciem własnym. Nie wpadła tylko na to, by zmienić imię pani
Krysi na coś bardziej pasującego do tych wszystkich Olivierów, Trevorów i
innych Stevenów.

Nie każdy ma dość wyobraźni, żeby przerobić realizm
na fikcję. Nawet w tak ograniczonym zakresie.

-Nuuudy!!!-krzyczala widownia-My chcemy zabaway.
Oooo, realizm w opku!

Lekko rozloszczony piosenkarz wziol drugi mikrofon i wrzasnol:
-Jak wy sie zachowujecie?? i To ma byc Technikum??
Zależy, jakie. Z lat szkolnych pamiętam, że
Technikum Budowlane należało obchodzić szerokim łukiem. Zwłaszcza gdy się miało
na sobie krótką spódniczkę;)

Nie rozumieie ?? Ta kobiete przyszla w waznym celu. Pomaga dzieciom z biednych
rodzin i niepelnosprawnych. Poswieccie durne piec minut na wysluchanie jej a
nie narzekajcie!!!!
Ucichły gwizdy a tupanie.

Wszyscy umilkli bo zrobilo im ise glupio
Tylko gdzieś z kąta dolatywał nerwowy szloch.

-Posze niech pani zaczyna-usmeichnol sie do kobiety
-Dziekuje bardzo panu-umiechnela sie-Jestem Krystyna Brzoz [hyhy nazwisko też bardzo amerykańskie] z fundacji
Kwiat radosci dla dzieci. Od ponad pieciu lat zbieramy fundusze dla dziei
niepelnosprawnych i z ubogich rodzin, ktore chca sie uczyc ale nie maja to
srodkow. Dlatego chodzimy wraz z wolatariuszami po szkolach i zbieram
symboliczne pieniadze by im pomoc. Pytam ie was drodzy uczniowie. Mozecie pomoc
im dajac pieniaszki.
Masz na myśli te pieniące się kulki do kąpieli?

Moze to byc dowolna suma.
Po sali pzreszedl szmer. PC Brown zawoala swojego menagera.
Zakrył go woalem, wedle wschodniego zwyczaju.

-Ja pani pomoge, lubie pomagac takim fundacjom bo to dobrarzecz. Prosze-podal
czek ja 200 000$- Powinno wysarczyc
Na waciki.
Raczej srajtaśmę. Przeczytałam (oczywiście)
„wysraczyć”.


Kobiece zabrako tchu.
-Bardzo dziekuje panu
-Uczniowie dawajcie kasiorke!!!!-wziol, od kobiety puszke i przeszedl sie po
sali wraz z SZeheezada i jej przyjaciolmi. Wszyscy byli chetni i wrzucali
pieniadze do puszki, szczegolnie do puszki gwiazdora by pokazac tak jak on ze
obchodza ich losy dzieci.
Hehehe. No ale w sumie dzieciom wszystko jedno, czy
kasa dawana była ze szczerego serca, czy na pokaz.

WTEM… Straszliwa Intryga! Trevor i Liz zdobyli
skądś komórkę Laviego i odczytują przez mikrofon jego namiętne smsy do Alexa.

Podeszli ku nim jeszcze reszta przyjaciol w tym Drake. Otoczyli zrozpaczonego
chlopaka a Szez wrzasnela:
-Zamknac sie do jasnej cholery1!!!!
Wszyscy zaskoczeniu umilkli. Liz usmiechnieta zawolala
-O bronisz przyjaciela??
-Owszem!! Wiem od dawna o jego orientacji!!! i coz w tym dziwnego Liz?? co??
Dziewczynanie byla przygotowana n ataka rekacje wiedc siedziala cicho a
SZeherezada kontyunowala:
-Moze i lubi chlopcow ale to nie to czyni go tym jaki jest. A powiedziec wam
cos?? On wlasnie od dzisiaj ma chlopaka a tym chlopakiem jest moj brat1!!!
11!!!oneoneone!!!
A nie pomyślałaś, słoneczko, że brat może niekoniecznie być zachwycony takim
wywlekaniem przy wszystkich jego BARDZO prywatnych spraw?

Wszyscy sie zdziwili. Znali doskonale jej brata i podziwiali go, tymbardziej
widzieli jakiej jest orientacji
Ich podziw wzmagał jego orientację. Im bardziej go
podziwiali, tym bardziej był zorientowany. Odbijało się to na jego obliczu i
wzmagało ich podziw. I tak w kółko. Wzmagali się nawzajem, aż wszyscy pękli.

-Ja im na tej drodze przeszkadzac nie bede-zwrocla sie do Liz- Ty tym bardziej
nie powinnac bo niektore z twoich kolezanek tez sa lezbijkami
Masz takie koleżanki, to pewnie sama jesteś
wzdrendna lezba! Albo bizegzualna!

Dziewczynie wyszy galki z orbity.
I poszły w długą po hiperbolicznej.

-Owszem. Mozecie to uznac jako pretekst do wyborow. To ze moj kuzyn jest slawny
i to ze bronie gejow!! Ale szkola to nie poligon na ktorym mamy wytyczac czyjes
bledy, tylko na ktorym mamy sie wspolnie wspierac!! Jesli tego nie zrobimy to
wszyscy za niedlugo bedziemy ukrywac to co mamy, to czym jestesmy. Ja nie
uwzgledniam kto jest bogaty a kto biedny!!1 Nie interesuje mnie kto jest
homoseksualista, hetero albo biseksualista!!! Okreslam ich po lojalnosci wobec
przyjacl, wobec szkoly i angazowania sie w to by ona istnialana. Nie mozemy sie
wywyzszac!!! jesli tak bedziemy postepowac to za niedlugo ci wywyzszeni spadna
w dol i kto wam wtedy pomoze??
Ojojoj, brakuje jeszcze tylko odniesienia do
Amerykańskiego Stylu Życia! I że wszyscy jesteśmy biseksualni, o!

No co chcesz, ładne przemówienie wyborcze. Troszkę
niegramatyczne, lecz ile w nim żaru!

ZAlegla cisza po czym wzniosly sie oklaski. Trevorowi i Liz opadly szczenki (!) po czym ochrona wyrzucila ich ze sceny.
A kto ich tam w ogóle wpuścił, hę?

Wszyscy wrocili do zabawy. Piosenkarz spiewal kolejna piosenke

ref.: To ja Twoja marysia na uspokojenie, to ja twoja kuleczka na lepsze
wrażenie /x2
Fakt, kontakty z opkowymi Marysiami przypominają
ćpanie.


A to wszystko jest po to, byś wykorzystał wolny czas
Pomyśl sobie mój bracie, że młodość masz tylko raz…raz dwa trzy cztery
To całkiem jak kolejne części
„Autobiografii” Chmielewskiej: Pierwsza młodość, Druga młodość,
Trzecia młodość, Wieczna młodość.

Tymczaem Lavi odzyskal komorke i dziekowal przyjaciolom.
-Jestescie kochani naprawde.
-Od tego jestesmy-usmiechnela sie Sasha tulac sie w ramionach Leloucha.
Wiedziala teraz Szeri ze jednego kolsesial miala z glowy
Co miała z głowy, kolektywną sesję?
Psychoterapia, ha, nawet tu pasuje;)

Szeherezada zrywa ze zdradzieckim Trevorem. Bez obaw jednak, następny trólawer
już czeka!

Zobaczyla samotnego Stevena skladajacego elektronike. Usmiechnieta i lekko
mutna podezla ku niemu.
Lekko mętna podpełzła? Kiedyż ona zdążyła się upić?

-Ty tak sam?-zapytala
-O Szezi-odwrocil sie radosnie po czym zobaczyl jej smutnamine-Cos nie tak??
Smutnamina, brzmi całkiem jak nazwa leku -
penicylina czy dyhydroergotamina.

-Owsem-westchnela-Zerwalam z Trevorem
Sianem. Wykręciłam się.

-To chyba dobrze??
-Owszem, ale powiedzila mi ze nie bylam w naszym zwiazk u jedyna
To chyba nic dziwnego? Nie da się zmontować związku
składającego się z jednej osoby.
No wiesz, skoro mogło istnieć coś takiego
jak Jednoosobowa Spółka Skarbu Państwa…


-Co za palant-wsciekl sie-Dobzre ze to juz koniec
-Tez sie ciesze…
-Odwiesc cie do domu??
-Nie mam zzamiaru do niego wracac, bedzie teraz pusty bo brata nie ma w domu, a
nie cche sama siedziec w tym stanie…
W jakim, kurna, stanie? Kuro, masz rację, upiła się
jak nic.

-A kuzyn??
-Pojecghal wlasnie na ciag dalszy trasy koncertowej
-To moze do mnie??-zapytal niesmialo
Szybki Lopez z niego. Zerwałaś? Fajnie. U mnie, czy
u ciebie?

Dziewczyna sie usmiechnela
-Czemu nie??
Pomogla mu z reszta rzezy po czym wpakolali wszystko do samochodu. Jechali do
mieszkania Stevena na 2 alei Trontonow.
Fajna nazwa. Coś jak skrzyżowanie protonów z
trombocytami.

Pomogla mu wyladowac do garazu na dol sprzet po czym zaprowadzil ja do
mieszkania. Weszli. Mieszkanie Steven’a nie bylo duze. Dwa pokoje, kuchnia
lazienka. Oplacal to jak tylko sie dalo i z tego co matka mu przesylala co
miesiac. Jego ojciec umar a matka mieszkama na wsi. Usiadla na kanapie i
patrzyla na niego z usmiechem.
Ta matka, mieszkająca na wsi. Przez Skype’a tak
patrzyła.

Mamy archetypiczną matkę ze wsi, przesyłającą
dziecku jajka, śmietanę i smalec.
Umar łociec, umar i leży na desce!

-Napiejesz sie czegos??
Piejo kury, piejo, nie majo koguta!

-Nie dziekuje jestem tylko senna
-Nie pomyslelismy o pizamie dla cb
<Sine wyobraża sobie CB ubrane w gustowną,
flanelową piżamkę w różowe motylki. Mobilki, mobilki, ładne mam motylki?>

-usmiechnol sie leko zaklooptany-To ty bedziesz spala u mnie w pokoju a ja sie
pzrespie na kanapie
-A czemu nie mozemy spac razem-zrobila smutna mine. Chlopakowi meskosc stanela
deba.
Niewiele potrzeba męskości nastolatka. Staje dęba
nawet na widok barchanowych gaci sąsiadki.

Nie wierzyl w to co slyszy.
-Slucham??
-No razem w twoim lozku-usmeichnela sie-Ale nie boj sie nie w tym sensie…
jest mi po prostu smutno i chce mic kogos blisko.
On się tego tak boi, jak kot słoninki.
Gdyby Ciebie ktoś chciał mic, też byś się bała.

-Skoro chcesz to mozemy-usmeichnol sie i zaprowadzil ja do swojego pokoju.
sprzatnol wiekszoc rzeczy i zchowal obrazek z jej wizerunkiem ktory zawsze
trzymal przy biorku. Podal jej koszule po czym wyszla do lzaienki a on
wygodnie ulozyl sie w lozku.
Nie kłopocząc się myciem. Postanowił ją uwieść
„zapachem prawdziwego mężczyzny”.

Patrzyl w sufit i wspominal wszystkie sny o niej jakie mial.
Swoją drogą żal chłopaka. Panience nawet przez
moment nie przemknie przez myśl, jak on się w tym momencie męczy.

Wszystkie te erotyczne po czym oniemial.
Od onanizmu się traci wzrok, nie mowę;)

Stanela w drzwich przymykajac je w samej koszuli i bielzinie.
Zgwałć mnie, proszę?

Wslizgnela mu sie pod kolde i obrocila na bok po czym szybko usnela. Objol ja
delikatnie i usnool za nia.
Widać, że aŁtorka nie ma wielkiego doświadczenia na
tym polu. Chłopak musiałby byś śmiertelnie wyczerpany, by chociaż przez moment
móc pomyśleć o śnie.

W ogóle mam mieszane uczucia co do tego fragmentu.
Z jednej strony wygląda to po prostu jak głupota nieświadomej smarkuli, z
drugiej – zwłaszcza z zestawieniu z późniejszym śmiałym opisem – jak sukowate
szczucie.

Tymczasem Lavi szedl do hotelu gdzie Axel mil na niego czekac. Slyszal ze
jedzie z anim jakies auto. Zchodzil na bok a kolo niego zajechalo czarne BMW i
otworzyly sie drzwi.
Bardziej stylowa byłaby czarna Wołga.
Boney M. zagrało,
kelner zgiął się wpół
Potem odjechało
Złote BMW

zajrzal przez nie i zobaczyl usmiechnietego Axela
-No misiu bedziesz tak szedl az do mojego domu??
-Jak to?? mowiles ze w hotelu-usmeichnol sie wsiadajac do auta
-Zmienilem zdanie-p[ocalowal go czule i podjechali pod dom. zaczeli sie
namietnie calowac po czym rudy wziol go na rece, otworzy drzwi od domu i zaraz
zamknol je za soba.
Sąsiedzi mieli niezły ubaw, obserwując jak jeden
facet uginał się pod ciężarem drugiego.

Juuuuż mu niosą suknię z welonem…
Interesuje mnie techniczna strona przedsięwzięcia -
jak można otworzyć drzwi, niosąc na rękach dorosłego faceta?
Przez ramię go sobie przerzucił, żeby kluczy poszukać, czy jak?

Odlczyl sie od Laviego i zaprowadzil do swojego pokoju.
Ciekawe, co aŁtorka chciała przez to powiedzieć?
Odłączył się?

Odliczył. Kolejno.

Zamknol drzwi od sypialni czekajac i obserwujac go uwarznie.
chlopak chodzil po jego sypialni
Oswajał się z nowym miejscem, znacząc kąty.

gdy spostzregl swoje zdjecie na jego biorku
-Skaje ma…
- Nie ma skór!

-nie dokonczyl gdyz zostal powalony na lozko.
Jednym, celnym ciosem w skroń.

Axel calowal go czule rozbierajac powoli i czule jezdzac jezykiem po jego szyi.

Tak wygląda ich pierwsza randka. Ja pitolę. Po
cholerę się poznać, porozmawiać, dowiedzieć czegoś o zainteresowaniach,
sposobie postrzegania świata… Przecież „kocham cię” to tylko
synonim „chcę cię przerżnąć”. Ech, kurde, czuję się stara. Bardzo
stara.

chloopak jeknol cichutko gdy czul ze nie ma juz spodni. Podniosl sie i
rozbieral Axela po czym obaj byli juz w samych bokserkach.
Przez opka nie mogę już patrzeć na te cholerne
bokserki.

Rudy wciaz go calowal namietnie pozwalajac swojemu wariatowi by sciagal
zniego hoserki
Eeee, że jak, że on mu te gacie wackomacką
ściągał???

Co to są hoserki?
Serki homogenizowane. Ałć. Mam paskudne skojarzenia…

po czym Lavi cichutko sie odezwal:
-To moj pierwszy raz-spojrzal na niego z lekka obawa
-Pozwol a wszystkim sie zjame
Zajrzę w twoją jamę?
No i się zajął. Opis sobie darujemy.
Zwłaszcza, że kolejność czynności przyjęta
przez namiętnych kochanków może wywołać wśród czytelników gwałtowne odruchy
zwrotne.
I przypomnieć scenę z drugiej części filmu
„Sprzedawcy”. Uwaga, nie dla wrażliwych!


Chloapka krzyknol czujac narazstajaca podniete.
Wyrazy pokrewne, chociaż brzmią podobnie,
nie są synonimami. Ałtorko, do słownika marsz!

Co krzyknęło? Chlapak? Cholibka?
Taka mała chlapa. Wiesz – wilgoć, błoto…

Tu następuje kolejny opis godny
Milenkomarlenki, więc oszczędzimy p.t. Czytelnikom tych niesmacznych
szczegółów. A’propos niesmacznychdo wiadomości aŁtoreczek,
cierpiących na fascynację płynami ustrojowymi: ilość spermy wytwarzana przez w
trakcie jednej ejakulacji (czyli wytrysku, na wypadek, gdyby aŁtoreczka nie
znała tego arcytrudnego słowa) to około 4 do 6 mililitrów. To tyle, co łyżeczka
do herbaty.

Dlatego rzeczywistość jest tak szara i nudna w
porównaniu z kolorowym światem filmów edukacyjnych na RedTube.

A po wszystkim…

-Jweestesmy zaspemieni-Zasmial sie
-I??
So what? Musisz się chwalić, że masz nadprodukcję?
Kałlic czy co?
Spam, czyli konserwa z mielonym mięsem. Nieźle
chłopcy musieli dokazywać.

Zasneli wtuleni w siebie, takjak Szeherezada i steven.
Musiał to być sen wieczny, albowiem ciągu dalszego
nie było. I dzięki Boru!

Ze szkolnej sali gimnastycznej, ozdobionej balonikami i serpentynami z bibułki,
pozdrawiają DJ Kura, Sineira Super Star i barczysty ochroniarz Jasza
oraz Maskotek jadący wierzchem na tygrysie.

 


Szanowne Państwo! Dzisiaj mamy przyjemność
zaprezentować Wam piękną Historię Miłosną, rozgrywającą się w Katowicach oraz
chwilami w innych rejonach kraju. Tym razem strzała Amora dosięgła
osiemnastoletnią Martę oraz (jakżeby inaczej?) jej idola, czyli Piotrka
Kupichę, zwanego tu również Twardzielem. Wydarzeń tu tyle, ile w latynoskiej
telenoweli, czyli jak to w opkach. Jest i ciężkie życie, i miłość, i szybki
ślub, i tajemniczy cień z przeszłości, i zdrada, i jej konsekwencje, a pomiędzy
tym wszystkim, jak koty ocierające się o ludzkie łydki, przewijają się rozmaite
ciąże, superatomowe testy ciążowe oraz poronienia tygodniowych płodów. Schiza
aŁtorki na tle prokreacyjnym zresztą rzuca się w oczy. Jako postać egzotyczna
pojawia się też Pudelkowa Miss-Cyc-Bez-Stanika, czyli Iwona Węgrowska.
Państwo się nie krępią, państwo ją! Znaczy – państwo indżoją!


http://marta-piotr-kupicha.blog.onet.pl/

Analizują: Dzidka, Kura i Szprota.

Dzisiaj Marta idzie na koncert zespołu Feel. Od rana
nie może się doczekać bo bilety ma już od dwóch miesięcy.
Koncert zaczął się punktualnie o 18.
Koncert Feela, który zaczyna się punktualnie, hehe,
hehe…
Może w planach była 16.00?
Zaczynamy normalnie czy z obsuwą? Normalnie,
z obsuwą.

Marta przez cały czas śpiewała i skakała, stała pod
samą barierką naprzeciwko Piotrka. Po zakończonym występie zespół wyszedł
rozdawać autografy, ale wszystkie fanki się tak mocno pchały że wypchnęły Martę
na koniec. (…) Marta była tak smutna że nie miała siły, usiadła pod jedną z
barierek i zaczęła płakać, przytulając do siebie płytę [lotniska. Tektoniczną!]. Sama nie wiedziała
dlaczego płacze. Było jej w środku bardzo źle przez dwa lata jak jej ulubiony
zespół koncertował i odnosił sukces za sukcesem, ona nie mogła iść na żaden ich
koncert bo rodzice jej zabraniali. W Olsztynie grali nawet często, ale ona i
tak nie była w tedy na żadnym z ich występów. Dopiero jak skończyła 18 lat to
postanowiła się przeprowadzić do Katowic żeby zacząć wszystko od nowa i spełnić
wszystkie swoje marzenia.
Wybrała sobie, doprawdy, rewelacyjne miejsce na
rozpoczęcie dorosłego życia! Z całym szacunkiem do Katowic, wybrałabym jednak
mniej smutne i zaniedbane miejsce…
Ale jak się zaraz okaże, Katowice mają jedną
niezwykłą zaletę, nie do przebicia przez inne miasta Polski!

Poza tym, bardzo mi się podoba ta logika: rodzice
zabraniali siedemnastolatce iść na koncert, ale nie mieli absolutnie nic
przeciwko temu, że ledwo skończyła 18 lat, wyniosła się na drugi koniec Polski.
Jakaś szkoła, jakieś coś?

To takie typowe magiczne myślenie nastolatków:
wybije północ w dniu moich urodzin i nagle mury runą, wszystko, co dotąd
zakazane, stanie się dozwolone i wreszcie nikt nie będzie miał prawa mówić mi,
co mam robić!

-Jak masz na imię?- spytał bardzo dobrze znany jej
głos.
-Marta, ale skąd ty, znaczy pan się tu wziął?-
odpowiedziała choć cały czas była w szoku że prze nią stoi on.
-Po pierwsze to nie pan tylko Piotr, po drugie
przyszedłem bo usłyszałem że ktoś płaczę,
Musiała ryczeć jak ogrzyca :D
Taaa, od jej szlochu trzęsły się fundamenty
i dach falował.

Nie znacie się, jego muzyczne ucho
było wyczulone na niewieście dźwięki. Względnie nie działał mu odsłuch na
scenie :P

a po trzecie to czemu płaczesz?- wytarł łzy z Marty
policzków.

-No bo ja bardzo chciałam dostać od ciebie autograf,
a te wszystkie fanki tak się pchały że mnie przesunęły w tył.


Nadal tego nie ogarniam. Skoro napierały to raczej
powinny ją popchać do przodu…


Oj no, młyn się zrobił taki, że ją siła odśrodkowa
wyrzuciła.

-To choć ze mną
[co
CHOĆ z nim?]
[choć
raz!]
, zaraz dostaniesz od wszystkich
autografy tylko nie płacz już bo dużo ładniej wyglądasz z uśmiechem na twarzy.
(…)


Zrobili sobie parę fotek, każdy dał swój autograf i
zaczęli się powoli zbierać.


-Marta może ja cię odwiozę, gdzie mieszkasz?- spytał
Piotr.


-Ale ja nie chcę robić ci kłopotu.


-Kłopot to ty mi zrobisz jak będę się musiał o ciebie
martwić czy dotarłaś cała i zdrowa.


O matko śfinto. W jakim potwornym stresie żyje ten
człowiek! Po każdym koncercie martwić się, czy wszystkie fanki dotarły
bezpiecznie do domów, zastanawiać się, czy przypadkiem nie powinien ich
podwieźć…

Więc gdzie mieszkasz?

-Na Piotrkowicach.


-Powiedz mi jeszcze że w tym samym bloku.-Piotrek
uśmiechnął się słysząc nazwę swojego osiedla.


-Dokładnie w tym samym bloku i klatce, tylko że na
pierwszym piętrze.


Jak widać, Katowice to takie polskie Loitsche,
zawsze mieszkasz obok idola.


Kwik. Jak mniemam, celowo sobie znalazła takie
mieszkanie, żeby być blisko idola. Tylko w takim razie dlaczego poznała go
dopiero całkowitym przypadkiem po koncercie? Sens zamordował logikę i popełnił
samobójstwo?
Etam, to tak dla niepoznaki. Bo przecież
skąd by Piotruś wiedział, że ona lepiej wygląda, gdy się uśmiecha? Na pewno
wpadali na siebie przy zsypie i skrzynce na listy. Może nawet… jechali
razem… WINDĄ!


Oj tam, wiedział, nie wiedział – standardowy
komplement jej strzelił i tyle.

-No to Marta jedzie ze mną, a wy swoimi samochodami?-
zapytał się chłopaków.

-Tak. To zobaczymy się w czwartek bo jedziemy do
Białegostoku? Pod twoją klatką Piotrek?- spytał Łukasz.


-Do Białegostoku, a pod moją klatką widzimy się o 7.


Jakie to słodkie, umawiają się pod klatką, jak
kumpelki z klasy na zakupy.


Pewnie jeszcze puszczają sobie głuchacza, żeby
rodziców domofonem nie budzić.

Każdy poszedł do swojego samochodu, a my z Piotrkiem
szliśmy w stronę jego auta.

W samochodzie:


-Marta, a ile ty masz lat?


-18 a czemu pytasz?


-Tak z ciekawości.


…Słyszałem o procesie Polańskiego i wolałbym go
uniknąć.

-Piotr bo ja czytam każdą gazetę, a nigdy nic nie
mówiłeś że masz dziewczynę.

Teraz też nic nie powiedział :-P Chyba że Martuś
pytanie o wiek traktuje jako zaproszenie do chodzenia?

-Bo nie mam, znaczy miałem ale ona leciała tylko na
moje pieniądze.

-Ale ją kochałeś?


-Nie było między nami miłości. Nie było mi jej żal
kiedy ją zostawiłem, bo ona chciała mnie od razu do ołtarza zaciągnąć i
korzystać z kasy na którą ciężko pracuję.


O jaka podła i wyrachowana świnia. Jak można,
chcieć mieć męża!


A męża ma się tylko po to, by mieć na kim żerować.

-Dobrze że nie dałeś jej zgody do korzystania z kasy,
bo pewnie miałbyś teraz puste konto.

-No pewnie by tak było.


Weszliśmy do klatki. Zatrzymaliśmy się pod drzwiami
mojego mieszkania.


Utożsamienie aŁtorki z bohaterką – jest.

Piotr wyjął marker z kieszeni spodni i napisał 9
cyfrowy numer na ręce Marty.

-Co to za numer?


Obozowy, k*wa *zaczyna się wewnętrznie irytować*

-Do mnie na komórkę jak będziesz czegoś potrzebować
to zadzwoń, albo wpadnij do mnie na górę mieszkam pod 8.

Ależ wyrąbcie dziurę w jej suficie, i przystawcie
drabinę!


A Piotrusiowi spuśćcie taką strażacką rurę!


Jak w życiu – facet tylko: wiuuuu!, a babka niech
się męczy pod górkę.


Spuśćcie nam na Marty niwy Piotrusia z piętra…
eee… obłoki?

Mogłabyś mi podać swój numer?

-Pewnie, masz gdzie zapisać?


Markerem na ręce?


Piotruś swoich rąk markerem nie kala. Wiecie, jak
to ciężko potem zmyć?!

[Jak nietrudno się domyślić, znajomość z Piotrem
nabiera galopującego tempa…]

-A masz może ochotę pojechać z całym Feelem w trasę
koncertową na ten tydzień?

-Jeżeli nie będę wam przeszkadzać to ja bardzo
chętnie.


A firmie organizującej trasę koncertową jakoś tam
wytłumaczymy potrzebę dodatkowego miejsca w hotelu i opcjonalnie jedną gębę
więcej do darmowego piwa…


Jak świat światem, grupetki podążały za zespołami
na własny koszt… Kupicha ma naprawdę szeroki gest!

Siedzieli w salonie i rozmawiali, a właściwie każde z
nich opowiadało o swoim życiu.

-Przeprowadziłam się z Olsztyna do Katowic, bo
chciałam się usamodzielnić. Na dobry start każdy z rodziny się zrzucił więc na
razie mam z czego żyć.


Jaka boska definicja samodzielności!
Taka… musierowiczowska. Tam też ciotki
oddały swe całkowicie im niepotrzebne oszczędności, żeby bezmyślnie wpadnięta
siostrzenica mogła się urządzić.


Miałam oczywiście identyczne skojarzenie, tylko nie
chciałam znowu bić Pyzą po oczach.
Ja również. Pocieszające jest to, że ta
JESZCZE nie wpadła.

Wybrałam Katowice ze względu na Feela, ale nie
sądziłam że od razu was poznam i będę się z tobą widywać.
Dr K. de Biuro: Migracje fanek
popularnych zespołów muzycznych: główne kierunki, trendy i centra
. [w:] Psychofaństwo
na ziemiach polskich w latach 2000-2010
, praca zbiorowa pod red. prof. dr
hab

.
Dzidencji Dzidkowskiej, PAN 2011.

Marzeniem moim było pójście na koncert Feel, ale zawszę jak graliście w
Olsztynie to rodzice mi zabraniali. Mówili że mi przejdzie za rok, góra dwa, a
ja z każdym dniem coraz bardziej zakochiwałam się w waszej muzyce.
Generalnie bez sensu. Nawet gdyby faktycznie
miało jej przejść za rok-dwa, dlaczego nie pozwolić dziecku na chwilę
przyjemności na tym cholernym koncercie? Tacy skąpi, czy tak drżeli o jej
cnotę? I jak to się ma do pozwolenia na przeprowadzkę i zrzuty na start?
Mnie tam rodzice na koncerty nie puszczali,
jak byłam niepełnoletnia…. ale mogło mieć to związek z tym, że słuchałam
wówczas Kata i innych Kwasożłopów, a nie lajtowego Feela.



Jak słyszałam jak krzyczysz, znaczy wydajesz z siebie te różne dźwięki [jęki, sapanie, bolesne wycie? Lubię piosenki i różne inne dźwięki…] to ciarki po mnie przechodziły i nadal przechodzą.
Czekaj, jeszcze jedna ci tu łazi.

Nawet nie wiem czemu ci to mówię przecież ty masz
swoje problemy.

-Moje największe problemy są jaką koszulkę włożyć na
koncert, bo ja nie mam czym się zamartwiać.


31 lat i brak jakichkolwiek zmartwień i problemów?
Jaki Piotruś Pan!
No Piotruś, Piotruś. Imię zobowiązuje.


No co? Do szkoły nie chodzi, może pić alkohol i
nikt mu nie każe sprzątać pokoju. Poza tym, jakie 31, w ałtoreczkowym świecie
ma ledwie 23.

Nie wiem czemu twoi rodzice cię nie puszczali na
koncerty, ale dobrze że byłaś na tym co był tutaj. Jesteś fanką która nas kocha
za muzykę, a nie za wygląd czy kasę i to mi się bardzo w tobie podoba.
Ależ ją, kurde, przejrzał na wylot!

Ta, zadziwiająca przenikliwość. A nie można kochać
i za muzykę i za wygląd?
Zwłaszcza że nie znam fanki, która kochałaby
idola za kasę.



[I, zgodnie z umową, ruszają w trasę]

W trakcie koncertu:

-A teraz będzie piosenka “Jak anioła głos” którą
dedykuję Marcie. Martuś pokaż się.- powiedział w połowie koncertu Piotrek.
Martę zamurowało, ale pomachała do Pitera który jej oczywiście odmachał na co
ona popatrzyła na niego z mordem w oczach.


No, to po co mu odmachiwała, skoro nie chciała się
afiszować znajomością z Piotrem?
Co to czytam, to się w pierwszej chwili
zastanawiam, co tu robi pani minister Julia.



Po skończonym występie zespół wyszedł do ludzi
rozdawać autografy, oczywiście dzieliła ich barierka. Pierwszy szedł Piter
dalej był Look, Mike i Misiek. Marta tak jak każda fanka stała i czekała.


Skromne dziewczę. Będzie z niej pociecha dla męża.

W końcu podszedł do niej Piotrek i podnosząc ją
przerzucił przez barierkę, i znalazła się obok niego.


-Idź do garderoby, ja zaraz przyjdę.- powiedział
Marcie na ucho i pocałował w policzek.


A mógł odwrotnie.

Fanki które widziały co zrobił Piotrek od razu
zaczęły wyciągać ręce w jego stronę.

Mnie też przerzuć! I mnie! I mnie!

W garderobie:

-Przepraszam że tak długo, ale chciałem dać autograf
każdemu fanu.


Dać autografu każdemu fanu
To nie dla szpasu ani dla szpanu!
Ciężku robotu robisz, Piotrusiu
Czy tylko z chęciu czy też już z musiu?

Piotruś zza kulis:

- Lubię być takim super idolem,


ale już koniec, bo muszę siusiu!

-Każda z twoich fanek marzy żeby chociaż móc być na
twoim koncercie, a ja mam ciebie na wyłączność.

Jeżu borski, jakie toto zaborcze!

-Na wyłączność, dobrze powiedziane. Szczerze mówiąc
to jeszcze z nikim mi się tak dobrze nie rozmawiało jak z tobą. Jak jestem z
tobą to jestem sobą w 100%, nie muszę niczego ukrywać ani udawać i czuję że
mógłbym ci wszystko powiedzieć. Jednym słowem to darzę cię ogromnym zaufaniem
mimo że znamy się krótko.

-Zatkało mnie, ale ja przy tobie czuję dokładnie to
samo.


Ledwo co rozpoczęta znajomość ruszyła ze szwungiem,
rżąc z cicha „nie mogę bez ciebie rżyć!”


I złota nić oplotła ich serca…


Mosiężna!

-Przeszkadzamy w jakiś wyznaniach.- spytał Mike.
Chłopacy już od jakiegoś czasu stali i przyglądali się tej dwójce.

-Nie.- prawie krzyknęli, jednocześnie.


-To dobrze, bo już chcieliśmy pytać kiedy ślub.-
powiedział Look widząc że tych dwoje coś do siebie ciągnie.


-Nam nic o tym nie wiadomo.- Piotrek w głębi jednak
chciał coś jeszcze powiedzieć Marcie.


… że jest pewien, że to jest właśnie to na całe
życie i jutro leci dać na zapowiedzi?


Tak. Fanka, która skromnie stoi z boku zamiast się
pchać po koncercie po autograf i fotę na fejsa to prawdziwy skarb, którego z
rąk wypuścić nie można.
Szpro, bo Ty nie widzisz, że z takiej fanki
będzie prawdziwa śląska żona! Posłuszna, rosół na talerz w momencie wejścia
męża itd.
Koszulę wyprasuje, buty wypastuje…
Dobrze, że nie na odwrót. Ja się zresztą nie
znam, ale z tymi śląskimi żonami różnie bywa, słyszałam o nich opinie ze słowem
„matriarchat” w jednym zdaniu.

-No nie wiadomo, długo jeszcze musicie tu być?-
spytała się Marta.


Bo może byście tak wyszli i sprawdzili, czy nie ma
was na korytarzu?

-Tutaj nie, ale musimy jechać na kolacje z
organizatorami. Oczywiście ty jedziesz z nami.- odpowiedział Piotr.

-Rozumiem że jak mówisz oczywiście to nie mam innego
wyboru?


-Nie masz.- stwierdził Misiek.


I w ten oto sposób, gnąc się pod jarzmem przemocy,
Martunia wmusiła w siebie kolację z idolem.


Ja bym wolała z chlebem.
A ja bym wolała, żeby na przystawkę nie
pożerała wszystkich przecinków w zdaniu.

[Przerwaną rozmowę trzeba wszak dokończyć]

Usłyszała pukanie do drzwi pokoju i od razu poszła je
otworzyć. W drzwiach stał Piotrek.

-Martuś bo ja się w tobie zakochałem. Kocham cię.-
powiedział szybko Piotrek.


-Nie to niemożliwe. Piotr wydaje ci się. Ja się nie
nadaję.


Do czego?! :D


„Ależ książę, tak nie można, jam służąca
niezamożna…”

(…) W ogóle co ty we mnie widzisz?- Marta była w
szoku po tym co usłyszała.


- „Nic, po prostu mam kryzys trzydziestolatka
i chcę raz wreszcie sprawdzić, jak to jest z nastolatką” – pomyślał
Piotruś, po czym zdecydował, że ta wersja nie przejdzie.

-Dla mnie jesteś najcudowniejszą osobą na świecie.
Wiem że może się wydawać dziwne że po tych paru dniach razem, wyznaję ci miłość
ale chciałem być z tobą szczery.

Marta już nic nie odpowiedziała tylko pocałowała Piotrka.
Całowali się do póki nie zabrakło im powietrza.


Potem zaczęli się dusić i sinieć, nie przeszkadzało
im to jednak w snuciu wyznań.

-Piotr ja też cię kocham.- powiedziała Marta kiedy
już się od niego odsunęła.


Znowu zaczęli się całować.


-Marta ja już chyba powinienem pójść.- powiedział
smutny Piotr.


-”Cholera. Jednak się zaangażowała!”.
Nie no, błagam. Wzajemne wyznanie miłości i
„ja już chyba powinienem pójść”?!


Przestraszył się i próbuje wycofać?

Tej nocy obydwoje nie mogli spać. Każde myślało o tym
co się wydarzyło dzisiejszego dnia. Nagle Marta usłyszała dźwięk smsa.


-”Śpisz?”- napisał do niej Piotr.


-”Jakoś nie mogę bo cały czas myślę o tobie.”


-”Ja też nie mogę bo myślę o tobie.”


-”To może pomyślimy razem?”


-”U ciebie czy u mnie?”


-”Zaraz będę u ciebie”


Motyw ściągnięty z „Kiedy Harry poznał
Sally”. Tylko tam nie było SMS-ów, a łóżka obok siebie i jakby bardziej
iskrzyło.
Żadna sztuka. Od dwóch betonowych słupków w
analogicznej scenie też iskrzyłoby bardziej.



Marta parę minut późnie weszła bez pukania do pokoju
Piotrka.


Zawsze zastanawia mnie łatwość, z jaką boCHaterowie
dostają się do pokoi hotelowych.

Zobaczyła go leżącego w łóżku.
Był już zimny. Nawet nie
zauważył tego że przyszła, widać było że myślami jest gdzieś w swoim świecie.
Marta usiadła na brzegu łóżka i dotknęła dłonią policzka Piotrka. Dopiero wtedy
zauważył jej obecność.
I tak jest bystrzejszy niż bohater „Samotności
w sieci” ;)


To akurat nietrudne…


Kuro, masz na myśli cudną łóżkową scenę, kiedy to
bohater SwS zorientował się, że kobieta go dosiadła, dopiero wtedy, kiedy
otworzył oczy? :)


Tajest!

-Gdzie byłeś?- spytała Marta patrząc prosto w
błękitne oczy Piotrka.

-A myślałem o tym co będzie później.- pocałował
Martę, mimo że krótko się nie widzieli to się za sobą stęsknili. Piotr
przyciągnął do siebie Martę. Teraz ona leżała na nim, namiętnie się całując.


-Piotr mieliśmy razem myśleć, a nie na sobie leżeć.-
powiedziała Marta siadając na łóżku.


A to jedno przeszkadza drugiemu?
Wiesz przecież, że boCHaterki nie są zdolne
do robienia dwóch rzeczy naraz. Zwłaszcza jeśli jedną jest leżenie na
trólawerze.
Poza tym wg starych podań i legend,
mężczyzna może mieć porządnie ukrwiony tylko jeden narząd w jednym momencie.



-Piotr, a możemy na razie nikomu nie mówić że
jesteśmy razem?


-Możemy, nawet lepiej bo nie chcę wiedzieć co by od
razu zaczęło się dziać.


Świetny plan! Zaraz się przekonamy, jak im się
powiedzie.

[Panowie z zespołu zaczynają się domyślać]

-Marta, a Piotrek pożyczył od ciebie błyszczyk?-
spytał Mike, widząc że Piotrek ma resztki Marty błyszczyku na ustach.

Marta z Piotrkiem już nie odpowiedzieli na to pytanie
tylko zamknęli pokuj i poszli na dół. Usiedli przy stoliku który był
przygotowany specjalnie dla całego zespołu. Zaraz po nich usiedli chłopacy.


-Nie chcecie nam niczego powiedzieć?- spytał Misiek,
już bez ataków.


Matko borsko, to ta gadka o błyszczyku to był
ATAK?!
Full frontal and massive attack. Powinni
wszak byli odwrócić wzrok z szacunku do rodzącego się właśnie uczucia.



-No dobra jak wam tak bardzo zależy to jesteśmy ze
sobą, ale macie to zachować dla siebie.- powiedział szybko Piotrek. Chłopaków
lekko zatkało, widzieli że tych dwoje coś do siebie ciągnie, ale nie sądzili że
tak szybko będą razem.


Oj no, standardowe tempo opkowe.
Jeżdżący w trasę muzycy zaszokowani widokiem
frontmana z dziewczyną?



-Jakoś nie widać żebyście skakali ze
szczęścia.- stwierdził Piotrek.
-Jak ci tak zależy to poskaczemy na koncercie.-
odpowiedział Michał.


-Dobra bez kłótni. Nie chcę żebyście przez ze mnie
się kłócili. W Sopocie zostawicie mnie u przyjaciółki i dalej pojedziecie sami.
Ja wrócę do Katowic pociągiem. Przynajmniej nie będzie takiej atmosfery jak
teraz!- Marta prawie krzyknęła.


Znaczy co, Piotruś znalazł dziewczynę i to aż tak
skisiło kolegom nastroje? Czyżby aŁtorka sugerowała, że Feel był do tej pory…
eee… radośnie samowystarczalnym kółkiem wzajemnej adoracji?


Chłopcy są szowiniści. Wiadomo, baba na pokładzie
to same kłopoty.


A, w ten deseń. Ja to mam jednak zepsuty MUSK.
Dość trwale Ci uszkodziło, nie powiem.

-A mogę wiedzieć czemu wczoraj nie przeszkadzała wam
moja obecność, a teraz najchętniej byście mnie pod pociąg wrzucili.- spytała
Marta, która słysząc słowa kolegów miała łzy w oczach.

Kurde, jakie toto przewrażliwione. Jeden żart o
błyszczyku i już cały świat jest przeciw niej.

-Po prostu nie chcemy żeby Piotrek na scenie robił
wszystko na odwal i olewał fanów.- powiedział Mike.

-Nigdy żaden koncert nie był na odwal, a fani są dla
mnie ważni.- powiedział zgodnie z prawdą Piter.


-Nie? To co było wczoraj?- Mike chciał uzyskać
odpowiedz.


No właśnie, CO było? Pomachał do niej i zadedykował
jej piosenkę, czy to taka zbrodnia?

Kłótnie przerwała im kelnerka, która przyniosła ich
śniadanie.

-Dziękujemy.- powiedział Piotrek uśmiechając się do
kelnerki, która patrzyła na Piotrka i prawie mdlała.


Nie no, bez przesady. Aż tak okropny to on nie
jest.

-A wracając do wczorajszego koncert to był taki sam
jak każdy inny.- powiedział Piotrek.

-Nie był taki sam. Nigdy nie dedykujesz piosenek,
autografy rozdajesz z półtorej godziny, a wczoraj przez pół.


-A komu miałem się podpisywać? Ciągle tym samym
dziewczyną.


Wspułczujem Twoim ogonką od ą!
Haha, znaczy na każdym koncercie pojawia się
w kółko ten sam zestaw najwierniejszych fanek, li i jedynie?
To raczej typowe dla lokalnych
początkujących zespołów, zdaje się?



-Dobra powiedzmy że dałeś każdemu fanu.

[kwik!] A występ z Marta
to co, to było?- spytał Look.
-Jaki występ?- zapytał Piotrek nie rozumiejąc o co
chodzi Łukaszowi.


-No noszenie jej na rękach i całusy przy fanach w
policzki.- tym razem i Misiek włączył się do akcji.


Ciekawe co by zrobili, gdyby zachował się TAK.

-Jezu to chyba moja sprawa kogo noszę i kogo całuje.

-Twoja, ale nie na oczach fanek, które już po twojej
dedykacji miały ochotę rozszarpać Martę.- powiedział Michał.


-Dobra ja mam tego dość!- krzyknęła Marta i pobiegła
do siebie do pokoju, po jej policzku spływały łzy.


Mehem, bo troska chłopaków z zespołu o to, jak się
mogą wobec Marty zachować fanki jest taaaka obraźliwa.
Zaraz, jak brzmi ten częsty dodatkowy punkt
w kontraktach z wytwórnią – „oficjalnie nie macie życia osobistego”?


Możliwe, ale czy nie jest on egzekwowany wyłącznie w odniesieniu do boysbandów
stworzonych specjalnie dla wzdychających nastolatek?
A kto wzdycha do Feela?
Nastolatki. Mimo że nie jest to boysband.

[wkrótce potem panowie z zespołu pojmują, że tró laff
stawać na drodze nie wolno!]

-Przepraszamy.- powiedzieli razem chłopacy, chcąc
żeby atmosfera była taka jak zawsze.

-Przeprosiny przyjęte, ale bez takich numerów
więcej.- odpowiedział Piotrek, widząc że Marcie już przeszła złość na nich.


-No to teraz przynajmniej będzie normalnie.-
stwierdził Look.


-Mam taką nadzieje.- powiedział do tych czas milcząca
Marta.


-Zobaczysz że tak będzie.- Mike chciał żeby już było
tak jak wczoraj.


No! To teraz jeszcze karnie się wychłostajcie i
może BoChaterka Wam przebaczy.


Oj weź. Marnować dobrą chłostę na takich ciaptaków.



[naszą parę zaczyna łączyć coraz więcej…]

-Cholera jasna.- powiedziała Marta kiedy stanęli pod
blokiem.

-Kochanie, co się stało?- spytał Piter.


-Zapomniałam wyjąć portfel z torby.


-Masz.- powiedział, dając jej swoją kartę.


-Piotr, ale ja nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy.


-Martuś masz wziąć bo się obrażę.


-Dobra, ale później ci co do grosza oddam.


-Pin to 1603.


-Dziękuje jesteś kochany.- dała mu buziaka w ramach
podziękowań.


No proszz. A poprzednia dziewczyna była zła, bo
leciała na kasę.


A ta jest dobra, bo bierze kasę bez lecenia na.

[w Sopocie nasza bohaterka spotyka się z koleżanką
Anią]

Poszły razem na zakupy, każda kupowała dla siebie
bardzo dużo rzeczy. Marta też kupiła parę Piotrowi.

Zastanawia mnie jedno – czy wciąż posługuje się
jego kartą?
Z treści opka wynika, że tak. Uroczy pomysł
z tymi prezentami dla Piotrusia, uważam.



Dziewczyny świetnie się bawiły przez cały koncert.
Kiedy zespół grał bisowe piosenki to Marta zaciągnęła Ankę do ochroniarza żeby
wpuścił je za scenę. Oczywiście ten nie chciał ich wpuścić, mimo tego że miały
wejściówki.


Nadgorliwiec.

Ale siła argumentacji słów pomogła. Wpuścił je za
scenę. Zaraz chłopacy zeszli i Piotrek od razu wziął Martę na ręce i zaczął
całować. Ania za to nie wiedziała co ma zrobić. Z jednej strony przed nią stali
muzycy z Feel’a, a z drugiej jej przyjaciółka całowała się z Piotrkiem.

- Przecież się nie rozdwoję! – pomyślała żaba.

-Cześć, ty pewnie jesteś Ania.-powiedział Look.

-Cześć, tak. A mogę wiedzieć coś co wiecie wszyscy na
około tylko nie ja?- spytała patrząc jak Marta i Piotr rozmawiają między sobą.


Ta, jasne. Spotykają się przyjaciółki i nie
zaczynają paplać o chłopakach, miłości, ulubionym zespole? I Marta nie
wystrzela z punktu informacją, z kim chodzi? Buchacha!

-A oni są parą od wczoraj.- podsumował Misiek.

-Ja jak zawsze o wszystkim dowiaduję się ostatnia.


Nie, ostatnia zawsze dowiaduje się żona.


A winnym zawsze jest kamerdyner. Elementarne, drogi
Watsonie.


No shit, Sherlock!

[Marta nie radzi sobie z popularnością jej faceta]

W pokoju Marty i Piotra była cisza. Piotr wiedział że
Marcie przeszkadza jego sława i fanki, które były wszędzie i mdlały na jego
widok.

No w sumie… Idziecie ulicą, a tu takie plask!
plask! plask! Każdemu by w końcu zaczęło przeszkadzać.


Zwłaszcza że ani ominąć, ani przeskoczyć.
Kłopotliwe.

A Marta miała pewnego rodzaju żal za to że gdzie się
nie ruszą to ona jak pojawiają się fanki staje się niewidzialna.

Zamiast chłonąć w nabożnym podziwie obecność Mary
Sue.


Tak, kobieta idola przejmuje część jego boskości.

-No dobra gniewam się, ale nie na ciebie tylko na to
wszystko.

-Wszystko, to znaczy na co?


-Na to że nigdzie nie możemy spokojnie iść, a te
wasze fanki nawet nie zauważają mojej obecności. Tylko od razu żeby być jak
najbliżej ciebie.


Ty się dziecko ciesz, że nie zauważają!

-Kotek takie są skutki sławy, a fanki już tak mają.
Zresztą jeszcze niedawno też byłaś naszą fanką.

Właśnie. Nie pamięta wół, jak cielęciem buł?

[po koncercie w Krakowie Marta, czekając w garderobie
na chłopaków, przeżywa konfrontację z inną fanką]

-Natalia
[przedstawiła
się ta druga]
, no wiesz ja wpadłam w oko
Piotrkowi. Jak zobaczysz jak on na mnie patrzy to zemdlejesz normalnie. A
widziałam ostatnio że zdjęcia z nimi dodałaś.
-Tak dodałam z chłopakami parę zdjęć.


I parę z dodałam chłopakami zdjęć.


Przepraszam – gdzie dodała?
Na Naszą Klasę :D
Zdaje się, że na fanowskie forum Feela
(lansik jest lansik).

-A po co tak w ogóle przyszłaś?

-Pogadać z zespołem.


-Ale nie zajmuj im za dużo czasu, bo oni chcą ze mną
pogadać.


-Spokojnie nie będę tu dużo czasu.


Co prawda z tych dialogów dość trudno wywnioskować,
kto co mówi, więc poprawcie mnie jeśli się mylę – ale zdaje się, że Marta,
oficjalna dziewczyna Piotrusia, przyjmuje właśnie postawę pokornego cielęcia,
zamiast wyskoczyć do rywalki z pazurami.


Bo ona postanawia nie wyprowadzać Natalii z błędu.
Woli, by zrobił to Piotruś, taka jest przewrotna.

Wtedy do garderoby weszli chłopacy.

-Martuś, a kto to jest?- spytał Piotr, patrząc na
Natalie.


-Piotruś chyba imiona ci się pomyliły, mam na imię
Natalia, a ona chce wam coś powiedzieć.


-Nie pomyliły mi się imiona, ja pytałem jej. A ty kim
jesteś?- spytał patrząc na Martę.


Znałam kiedyś dziewczynę, co miała lekkiego zeza
rozbieżnego i zawsze mówiąc do kogoś, patrzyła na inną osobę (przez co ta inna
próbowała jej odpowiadać). Czyżby aŁtorka chciała zasugerować, że Piotruś też
tak ma?

-Mam na imię Natalia i jestem twoją fanką.
Rozmawialiśmy ze sobą we Wrocławiu.

-A no tak ja coś pamiętam.- powiedział Łukasz. A
chłopacy zaczęli się śmiać bo przypomnieli sobie minę Piotrka z przed

[SPRZED, moja panno!]
paru miesięcy.
No to niezłą mają pamięć – albo panna się wtedy AŻ
TAK popisała.

-Ja też mam jakieś rozbłyski.- stwierdził Piotrek i
był trochę zły że Natalia tu jest.
Szpro postanawia wcielić w życie Pierwszą
Zasadę Analizatora: na słowa związane z błyszczeniem napisać „Oooo, on
sparkli, jest Edłordem ze Śmieszchu!”


Kura postanawia wcielić w życie Drugą Zasadę
Analizatora i głowi się nad jakimś żarcikiem o podtekście seksualnym, który
można by tu zastosować.

Dzidka postanawia wcielić w życie Trzecią
Zasadę Analizatora i zrobić facepalm. A nawet double facepalm.

Natalia próbuje wcisnąć chłopakom swój numer
telefonu, potem zdobyć ich, niestety, jest ogólnie ignorowana przez zespół.
Postanawia więc oczyścić sobie pole do działania.


-A ty co siedzisz i nic nie mówisz? Miałaś im coś
powiedzieć i sobie iść.- zignorowała wypowiedz Piotra i skierowała swoje słowa
do Marty.


-Ale ty cały czas ględzisz.


-No to teraz masz szanse mówi i idź sobie.


-Piotruś jedziemy już do hotelu? Mam ochotę na
wspólny prysznic.


And Marta has spoken.


A to ją zgasiła!

-No to się zbieramy.

-Sory, ale nawet ze mną nie porozmawialiście.-
zaczęła burzyć się Natalia.
OK, porozmawiajmy. Od kiedy to się zaczęło?
Jak to się zaczęło? I co na to lekarze?

-Przepraszamy, ale jesteśmy zmęczeni i ja muszę zająć się swoja dziewczyną.-
powiedział Piotr.
-Jak to dziewczyną, ona jest z tobą?!- Natalia się zdenerwowała.
Nie, jest tylko moją łaziebną, plecy mi
myje, wiesz?



Ja przepraszam, ale cały ten powyższy kawałek
jest… dziwny.
Owszem, jest, no ale co poradzisz?


Ale szkoda mi go, bo Zasady Analizatorów nieźle
wyszły.

====

[trasa koncertowa szlakiem pijanego zająca, powrót do Katowic. Piotr wkrótce
wyjeżdża w nową trasę]

W centrum handlowym weszli do kiosku.

-No to pięknie.- powiedziała Marta, biorąc parę gazet
do ręki.


-Ale co pięknie?


-Jesteśmy na pierwszych stronach gazet.


W „Rzeczpospolitej”,
„Wyborczej” i „Polska The Times”.

-To jest normalne jak, jest się sławnym, ale jak to
jesteśmy?- dopiero teraz doszły do niego słowa Marty.

-Normalnie.- pokazała mu okładki na których były ich
zdjęcia z basenu, plaży, koncertu i kolacji.


-”Kupicha w końcu kogoś ma”, “Jak dugo?”

[oj duuuuugo, duuuugo. I gupio.] “Fanki w rozpaczy” [przystępują
do zbiorowej, śmiercionośnej medytacji]
, “A
jednak nie gej”, “Kto sypia z Feel’em?” [z
całym zespołem?!]
, “Jak bawi się Kupicha?” [całkiem dobrze, jak sądzę] – Piotrek zaczął czytać tytuły nagłówków.
Treścią nagłówków nie zawracał sobie głowy.

-Martuś nie przejmuj się tymi gazetami.
-Piotr, ale to nie chodzi o gazety, o te tytuły.
-Tak jest zawsze. Muszą o czymś pisać. A nic co tam piszą nie jest prawdą,
oprócz tego że jesteśmy razem.
„A jednak nie gej” też nie jest
prawdą?!
Na razie trudno stwierdzić, wszak nie
doświadczyliśmy jeszcze Pierwszego Razu BoChaterki (or did we, a ja to
przespałam?)


W sumie trudno powiedzieć, wspólny pokój w
hotelu, wspólne prysznice… ale jednoznacznego stwierdzenia jak dotąd nie
było.

[Marta wspomina dom rodzinny]

-Mieszkałam w domku jednorodzinnym za Olsztynem z
rodzicami i dwójką braci. Grzesiu ma 5 lat, a Piotruś ma półtorej roku.

*Z westchnieniem wstaje od biurka, wychodzi do
przedpokoju, zapala światło i wyciąga The Topór zza
odkurzacza. – Nie odpoczniesz sobie, biedaku.*


Ten Grzesiu w wołaczu też mnie irytuje *bawi się
papierosem*


W Poznaniu też się tak mówi. Niestety.

Braci wychowywałam, a mnie ciocia z babcią.

Jakaś dziwna drabina hierarchiczna w tej rodzinie.
Ona wychowywała braci, ciocia ją… a babcia ciocię?


Czemu dziwna? Dziwna by była, gdyby ciocia babcię,
a ją bracia.


No bo ciocia i babcia braci nie wychowywały?
No wygląda na to, że nie. Rozdystrybuowały proces
wychowania tak, by było może niesprawiedliwie, ale za to równo.

Wiesz rodzice to cały czas wyjeżdżali albo gdzieś
wychodzili. Dlatego chłopcy byli na mojej głowie, zresztą nawet jak byli w domu
to mieli zawsze jakieś “ale”.

Cud, że ich jeszcze nie uśmierciła…

- A twój brat ma na imię Piotr, bo ja się tak
nazywam?

-Tak, uparłam się jak przyszedł na świat.


No to mały miał szczęście, że jej idolem nie był na
przykład Shahrukh Khan.

-Ale jak ty ich wychowywałaś?

-Normalnie, opiekowałam się nimi i siedzieli ze mną
całe dnie,

w szkole upychałam ich pod ławką,
zdarzało się że Piotruś powiedział do mnie
“mamo”.
Zdarzało mu się, tak od piątego miesiąca życia.


Przestaję się dziwić, że zwiała od rodzinki jak
najdalej. Chociaż powinna wybrać Jelenią Górę.


Albo Leśną. Wraz z jej szpitalem.

====

Strasznie za sobą tęsknili, ale musieli wytrzymać.
Marta jak skończyli rozmawiać, wzięła się za pisanie piosenki. Nadeszła godzina
9.30 i musiała wyjść żeby się nie spóźnić na początek roku. Jak schodziła to
poszła po Kasię i razem poszły do szkoły. Początek roku był taki jak zawsze,
nudny. Później poszła do mieszkania Piotrka bo tam czuła jego.

Sniff sniff.


Kolejny z materialnym zapachem. Zapach i jego
Paskudny Stary Piotruś.

Przez cały tydzień uczyła się codziennie.

A potem jej się znudziło i wymyśliła Podstępny
Plan.

Był jej źle że nie ma jej przy Piotrze i postanowiła
poprosić dyrektora żeby mogła teraz napisać egzamin maturalny. Dyrektor po
dłuższych namowach się zgodził i Marta mogła zdawać egzamin w piątek.


Tak, dobrze czytacie. Nie chodzi o egzamin na prawo
jazdy ani test na inteligencję. Miłość naszej Mary Sue wstrząsnęła MENem i
postanowiono jej nie utrudniać drogi do gwiazd.


I, jako klasyczna Mary Sue, powtórzyła wszystko do
matury w tydzień.
Ba! Opanowała również cały materiał
ostatniej klasy!

Klasę miała w miarę normalną. Wszystkie dziewczyny
kochały Feel’a, a w szczególności Piotrka.

A zatem, choćby statystycznie rzecz ujmując – to
nie jest normalna klasa.

Ale Marta nic nie mówiła że jest jego dziewczyną.

I żadna z fanek nie rozpoznała jej na tych
zdjęciach w gazetach.

Nadszedł upragniony piątek, Marta nie powiedział
Piotrowi o egzaminie bo chciała mu zrobić niespodziankę.

Napisała i od razu poszła do mieszkania, po walizkę
żeby pojechać do Piotra.


Nie przejmując się oczekiwaniem na wyniki, ani
żadnymi innymi formalnościami.

-Martuś ja wiem że jest weekend, ale w poniedziałek
musisz wracać do szkoły.- powiedział Piotr ze smutkiem w głosie.


-Wcale nie muszę.


-Jak to?


-Napisałam dzisiaj maturę, którą oczywiście zdałam i
nie muszę już chodzić do szkoły.


Pracę sprawdzono od razu, przy niej, wypełniono
stosowne dokumenty etc.
Nie mówiąc już, że jednego dnia zdała
wszystkie przedmioty.
I jest oczywistą oczywistością, że wszystkie
je zdała po tygodniu nauki. Czemu ja się dziwię.

-A i mam dla ciebie prezent.- powiedziała wyjmując
kartkę z torebki.

-Martuś, ale nie musiałaś.


Jęknął Piotr, z niepokojem myśląc o stanie swego
konta.

-Ale chciałam. Proszę.- dała mu kartkę.


-Marta, ale co to za test?


Na inteligencję, muhihihi.

-Piosenki, którą napisałam jak ciebie nie było.

-Świetny tekst, dziękuje.- pocałował ją i zaczął
śpiewać:
A melodię skomponował ot tak, na poczekaniu,
czy dało radę do „Szła dzieweczka do laseczka”?

1.Kolejny dzień, znów blady świt

I budzę się, w moich myślach wciąż tylko Ty


aha ha,


w myślach tylko ty, aha ha,


w myślach tylko ty!


Choć jesteś gdzieś daleko wiem


Obecność Twą czuję nawet gdy nie ma Cię


aha ha, nawet gdy nie ma cię…


*milknie, zatkana skrzydłem z jednej, a płetwą z
drugiej strony*


Marzę by wtulić się w ramiona Twe


Poczuć że jesteś blisko mnie


ReF. Tylko Ciebie moje serce pragnie dziś


Tylko Ciebie teraz chcę


Ja Ci ufam


Ja Cię kocham i już nic nie zmieni tego dziś


Nie zmieni tego nikt!


Prawdę powiedziawszy, sądziłam, że ten utwór to
produkcyjniak Feela :-P Ale jednak nie.


[Kolejne zwrotki omawiają tę samą kwestię, zmienia
się tylko pora dnia. Ciach!]

-Pięknie, teraz to ta piosenka ma sens.- powiedziała
jak skończył.

Szczerze powiedziawszy – nie. Nadal nie ma sensu i
chyba go nigdy nie nabierze.

Tej nocy nie spali, udowadniali sobie jak bardzo się
kochają. Zasnęli dopiero nad ranem, uspakajając swoje szybkie oddechy. Taka noc
była im potrzebna…

O, wydaje mi się, że tu właśnie mamy Pierwszy Raz.
Bardzo powściągliwie, jak na ałtoreczkowe standardy, opisany.


Znakiem tego, Piotruś wyciągnął rękę dopiero po
maturzystkę? Niewykształcone go nie rajcują?


Zdała egzamin dojrzałości i mogła dostąpić
zaszczytu.


Zaszczytu szczytu?

====

[suddenly vomits]

Siedziała na podłodze, była cała blada. Piotr pomógł
jej wstać i ubrać szlafrok
w piżamę. Wziął ja na ręce i położył do łóżka.
-Kotek co się dzieje?- zapytał z troską, przykrywając
ją kołdrą.


-Nie wiem, mam mdłości i kręci mi się w głowie.


Mam bardzo konkretne przeczucia, Wy też?


Nigdy w życiu. To na pewno grypa jelitowa.



[pomimo marnego samopoczucia Marta dzielnie
jedzie z nimi na koncert]

Zaczął się koncert, Marta usiadła sobie na scenie, za
gitarami Piotrka. Koncert od początku był świetny.

-Piotrek!!!- krzyknęła Marta, widząc jak on osuwa się
na ziemie.


Co za empatia! Ona ma mdłości i kręci się jej w
głowie (ciekawe, dlaczego, hehe), a on mdleje.


Z wrażenia.


Refleks szachisty. Korespondencyjnego.
Omdlenie nierychliwe, ale sprawiedliwe!

Podbiegła do niego i zaczęła klepać go po policzkach
żeby się ocknął. Wszyscy fani byli w szoku i była zupełna cisza. Misiek
odciągnął Martę od Piotrka, a Mike i Look wzięli go i zanieśli do garderoby.
Sanitariusze z karetki powiedzieli że muszą wziąć Piotrka do szpitala, a Marta
razem z chłopakami pojechali za nimi samochodem.

Marta wbiegła do szpitala, a za nią od razu chłopacy.


-Przepraszam właśnie przywieziono tu Piotra Kupiche,
gdzie on leży?- powiedziała Marta ze łzami w oczach.


-Ja nie mogę udzielać takich informacji.-
odpowiedziała pielęgniarka.


-Jak to pani nie może?


-Jest to sławna osoba, a pani jest fanką.


Jaką fanką, jaką fanką? Ja tak naprawdę nawet go
wcale nie lubię!
A pielęgniarka co, ma wykrywacz fanek
zainstalowany w czepku? Do Kupichy nie może przyjść na przykład kuzynka?


Poznaje je po tym głodnym spojrzeniu.

-Piotr jest moim narzeczonym.- powiedziała bo jak by
zabrzmiało dziewczyną.


„Piotr jest moją dziewczyną”? Brzmi jak
brzmi. Gorsze rzeczy słyszałam.

-Skąd mam wiedzieć że pani nie kłamie?

-Marta gdzie Piotrek jest?- spytał Look.


-Nie wiem bo ta pani nie chcę mi powiedzieć.


-Niech pani powie bo później może mieć, pani przez to
duże problemy.- Łukasz zwrócił się do pielęgniarki.


Ciekawa jestem, jakie?


Groźniejsze niż ten rozswawolony przecinek, to na
pewno. Ludzie stojący na drodze tru laff ponoszą bardzo bolesne konsekwencje.

-Sala 24, ale lekarz prosił żeby ktoś przyszedł z nim
porozmawiać.

-Nie skomentuję „salon24″, nie skomentuję
„salon 24″, nie skomentuję „salon 24″, nie skomentuję
„salon 24″, nie skomentuję „salon 24″, nie skomentuję
„salon 24″ – zamantrowała Szpro.
Salon to samiec. Sala – samica.



-Czemu zemdlałeś?- spytała.


Chłopaki stali z boku.


-Nie wiem.


Bo tak musi być w opku!


OK, ale więcej tego nie rób. Nie możesz sobie
pozwalać na samowolne omdlenia!

Właśnie do sali wszedł lekarz.

-Dobry wieczór państwu.


-Co się stało Piotrowi?- zapytała Marta.


-Marta uspokój się. Przegrzały mu się kable i tyle,
nie panikuj.- powiedział Mike

, zerwawszy z
lekarza stetoskop i kitel celem całkowitego wczucia się w rolę.

-Pani kolega ma racje, pan Piotr jest po prostu
przemęczony. Powinien teraz odpocząć wysypiać się, odżywiać prawidłowo i może
pojechać na jakieś wakacje.


-Dobrze będę się stawał do zaleceń.- powiedział
Piotr.


Na baczność się będzie stawał.


A zalecenia będą się zalecać. To ma sens.

W tym momencie Marta osunęła się na ziemie.

Jedno się ocknie, to drugie pada? Wańki wstańki
cholerne.
Zachowują ciągłość dramatyzmu.



[po nerwowym oczekiwaniu na wyniki badań Marty]


-Panie Piotrze zapraszam do mnie do gabinetu.-
powiedział lekarz.
Piotr poszedł do gabinetu lekarza.


-Co jest z Martą?- spytał od razu.


-Pana narzeczona była…


-Pana narzeczona była w ciąży.- powiedział lekarz.


-Ale jak to była?- spytał nie wiedząc o co chodzi
lekarzowi.


-Był to początek drugiego tygodnia i płód był za słaby.-
powiedział spokojnym i normalnym głosem lekarz.


*grzmot w centrum Stolicy – wykonałam headdesk*


*na północno-wschodnich rubieżach Łodzi przetacza
się podobny grzmot*


*Wyjaśniająco* Około 30 – 50% zapłodnionych jaj
ulega samoistnemu poronieniu, którego kobieta może nawet nie zauważyć. Jeśli to
był początek drugiego tygodnia – to po prostu dostaje nieco obfitszej
miesiączki. W tym okresie nie można też jeszcze mówić o płodzie,
to dopiero zarodek.



[Przez życie naszych BoChaterów przechodzi huragan.
Następuje poznanie rodzin obojga, wakacje z braćmi Marty. Piotr kupuje dom i
oświadcza się Marcie. Ani rodzice Marty, ani Piotra nie są zachwyceni pomysłem
ślubu po miesiącu znajomości.


Miesiącu? Skoro są wakacje, to już chyba następne,
a zatem minął rok, nie?


Marta ma wakacje, bo przecież zdała maturę w
tydzień po rozpoczęciu roku szkolnego!


Aaaha. Rozumiem, że porażony blaskiem jej
marysuizmu biskup wydał jej specjalną dyspensę na ślub bez uprzednich
formalności?


I takiego mema błyskawicznego ślubu już
doświadczałyśmy przecie!

Przeskakujemy do dnia ślubu.]

-Kochanie czemu płaczesz? Dzisiaj jest jeden z najpiękniejszych
dni w naszym życiu.

-Była bym teraz na początku drugiego miesiąca.


I dzięki USG nowej generacji wiedziałabym
już, że będzie niebieskooki brunet, a poczęcie nastąpiło w kuchni i w pozycji
na pieska.

-Co?

-Ciąży Piotruś.


Oj, ciąży Piotruś, ciąży.


BTW, motyw ciąży od tej pory pojawia się wręcz
obsesyjnie. Nawet obcy ludzie na ulicy, po obowiązkowej fotce z Kupichą,
udzielają mu rad, ile powinien mieć dzieci i jak je nazwać.

-Kotek nie płacz, już jest to za nami, nie chcieliśmy
żeby tak się stało, ale nie mamy wpływu na los. Będziemy mieć jeszcze śliczne
dziecko, o ile chcesz?

-Chcę, ale jeszcze nie teraz, na razie nie jestem
gotowa, musisz dać mi czas. Jesteśmy młodzi, jeszcze całe życie przed nami.
Moje studia psychologii

[ona studiuje? A nie
poszła do dziekana prosić, by mogła napisać pracę magisterską już teraz na
pierwszym roku?]
i twoja kariera muzyczna,
która świetnie się kręci, więc na pewno będzie gdzieś tam też miejsce na dziecko,
ale wszystko we właściwym miejscu i czasie.- otarła łzy z policzków.
-Masz racje, pierw praca, kariera, jakaś stabilizacja
zresztą ja się nie nadaję na ojca.


Dać takiemu pretekst, to zaraz się zacznie
wykręcać!
Wrong, wrong, wrong. Jak chcesz złapać
chłopa na ciążę, nie poddawaj mu takich argumentów, niech się trochę wysili i
sam je znajdzie.



-Za parę godzin będziemy już małżeństwem.- powiedział
Piotr.


-Tak i wtedy się już mnie nie pozbędziesz.- Marta
wstała z miejsca, usiadła mu na kolanach i pocałowała.


Muhihihi. Czy ktoś jeszcze pamięta, że poprzednia
dziewczyna Piotra była zła, bo chciała go od razu do ołtarza zaciągnąć?

-Nawet teraz musicie?- spytał z oburzeniem Mateusz.

-A czemu nie teraz?- Piotrek oderwał się od ust
narzeczonej.


-Bo nie jesteście sami, a może nam to przeszkadza jak
się liżecie przy nas? Mieliście całą noc i jeszcze wam mało.- Mateusz zaczął
komentować ich zachowanie.


A to ci z niego cnotka-niewydymka!


Nigdy nie widział licealistów w zbiorkomie?


Samochodem jeździ.


Zbiorkom! Ja cię kręcę, jaki piękny rusycyzm! :D

-Co ty zrobiłeś?- Mike skierował swoje pytanie do
Mateusza.


-Powiedziałem co myślę.- odpowiedział.


-A o czym?- spytał Look.


-O ich okazywaniu uczuć, gdzie tylko mogą.-
powiedziała Ania.


Mówią jednym głosem. W ich świecie okazywanie uczuć
działa w ten sposób.

-I co z tego? Bardzo dobrze że okazują, bo inaczej
byśmy mówili że ta gra, a nie prawdziwa miłość.- Misiek wypowiedział swoją
opinię.


-Ale nie muszą się lizać!- stwierdził Mateusz.


Mateuszku, drogi chłopcze. Dorośli ludzie czasem
się całują i przytulają, to nic złego, służy to okazywaniu uczuć, wiesz?


Może Mateuszek jest zazdrosny o naszą Martunię i
dlatego robi sceny?

Marysia rozpuściła Marcie włosy i zrobiła jej lekkie
loki, Ania za to zrobiła jej delikatny makijaż, bo Piotr powiedział że
najpiękniej wygląda bez niczego, włącznie z makijażem.

I ubraniem.


I ozdobami we włosach.

Boje się że coś nie wyjdzie i że Piotrek mnie nie
kocha.- Marta zaczęła panikować.

-Kocha cię i nie mam co do tego wątpliwości.- zaczęła
Ania.


-Ale ja mam.- wyszła z sypialni.


Zabrał mi swoją kartę i zmienił do niej pin!
Nie opuścił deski!



Zeszła po schodach na dół i weszła do salonu. Piotrek
dalej krążył po pokoju, a reszta wciąż bez zmian.


-Piotr choć do gabinetu.- powiedziała Marta kierując
się w stronę drzwi.


Piotr! Bądź uprzejmy przyjść tu na słówko!


Choć na słówko!

Poszedł za nią, kiedy wszedł i zobaczył ją w całej
okazałości to zaniemówił.

-Pięknie wyglądasz, a właściwie to nie umiem tego
nazwać.- powiedział z uśmiechem.


Jak na oniemiałego z zachwytu, dość jest
elokwentny.

Objął ją i chciał pocałować, ale Marta
odwróciła głowę.

-Nie jestem pewna czy mnie kochasz.- spojrzała mu w
oczy.


-Martuś oczywiście że cię kocham, gdyby tak nie było
to nie mieszkali byśmy razem, nie oświadczył bym ci się i nie spędzili byśmy ze
sobą tylu cudownych nocy… Nikt nas nie swatał na siłę, ani nikt nie chciał
żebyś straciła ciąże. Chcesz teraz to wszystko odwołać?


Jak już świniak zabity i wódka kupiona?

Razem szli w stronę ołtarza, przyjaciele siedzieli w
pierwszych ławkach. Ania stała za Martą, a Misiek za Piotrkiem. Mike
robił zdjęcia żeby uwietsznić ślub przyjaciół.

Biegał od okien do drzwi, otwierając je po kolei,
celem zrobienia przeciągu. Jak uwietszniać, to uwietszniać!

Marta zaczęła mówić przysięgę, głos jej drżał.

-Ja Marta biorę ciebie Piotrze za męża i ślubuję ci
miłość, wierność i uczciwość małżeńska oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci.
Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy jedyny i wszyscy Święci.-
powtarzała za księdzem.


Piotrek jednak nie powtórzył takich samych słów,
tylko zaczął mówić własną przysięgę. Ksiądz nie miał sprzeciwów, zgodził się,

[taaaa, na pewno!] a
Marta była bardzo mile zaskoczona.
-Jest już ciemno, ale nie jest mi wszystko jedno. Mam
nadzieję, że będziemy ze sobą aż do śmierci i wiem że nie jestem głupi że ją
mam. Nawet kiedy upłynie noc, nie rozstaniemy się. Miłość tańczy tak jak chcę i
nam wytańczyła piękne i nie powtarzalne uczucie. Dlatego będę tobie wierny,
chociaż wiem że umiem pokazać na co mnie stać, ale nie jeden raz… W odpowiedzi
na twój list piszę ci że zawsze będę wobec ciebie uczciwy i że nie opuszczę cię
aż do śmierci. Będę z tobą na dobre i na złe.- zakończył swoją przysięgę.


*Wzruszona do łez Dzidka zjada dywan* Ale
oczywiście wiecie, że taki ślub jest nieważny? :D
Patrz, jaki spryciul! *Kura kiwa głową z
podziwem*


Swoją drogą nie wiem, jak normalni ludzie zareagowaliby
na taką przysięgę.
Nie mam pretensji do normalności, ale
zabiłabym śmiechem.

Po Marty policzkach spłynęły łzy szczęścia i
wzruszenia, otarł je Piotr.

A nie ksiądz? Dziwne.

[Marta budzi się ze strasznym bólem brzucha]

-Piotruś to problemy kobiece.- wtuliła się w niego
jeszcze mocniej.

-Rozumiem.


-Śpij, nie ma jeszcze 6.


-Nie zostawię cię tak. Może przyniosę ci jakieś
tabletki?


-Tabletki mi nie pomagają.


-A co pomaga?


-Nic, czasem gorąca woda, okłady i masarze.


Masarze pomogą? Przyjdą z płatami mięsa i obłożą
bolący brzuch? Czy też załatwią sprawę robiąc rozbiór jej tuszki?

(c) jacek23151

-Może powinnaś iść do lekarza.

-Byłam już.


-I co ci powiedział?


-Raczej powiedziała Piotr. Normalne że brzuch mnie
boli, znaczy za bardzo, ale to ma podobno przejść po urodzeniu pierwszego
dziecka, przez dwa czasem trzy dni czuję się jak chodzący kran i to również ma
przejść po porodzie.


-Czyli musisz zajść w ciąże i to ma pomóc?


Matko Śfinto… Ginekolog jej takich rzeczy
naopowiadał, czy to po prostu dobre rady ciotek? Nie mówiąc już, że dla mnie to
brzmi jak ta znana prawda, że „suka musi choć raz urodzić szczenięta, bo
inaczej choruje”.


Ze smutkiem stwierdzam, że to mógł być ginekolog. I
nie mówcie mi nic o tyłozgięciu, gdyby je miała, nie zaszłaby w ciążę od
pierwszego razu.

-Tak, ale to nie będzie wpływać na moją decyzje o
zajściu w ciąże.- skrzywiła się z bólu.

-Bardziej boli.


Pokiwała tylko głową na tak.


Ponieważ nie jest Bułgarką, zdziwiłabym się, gdyby
pokiwała głową na nie.

Zdjął okład i położył go na podłodze. Delikatnie
obniżył Marcie spodnie od piżamy, złapała Piotra gwałtownie za dłonie i
podniosła głowę.


-Co ty robisz?!


-Chciałem ci pomasować podbrzusze, nic ci nie zrobię.


-Przepraszam to przez hormony mam swoje humory, ale
przez chwilę pomyślałam że chcesz…


Od razu zabrać się za skuteczną terapię ;)

[Piotruś chce zażyć chwili swobody]

-Martuś a nie obrazisz się jak cię zostawię na godzinę
no może dwie samą w domu?


-A gdzie ty się wybierasz?


-Chciałbym kupić pewną rzecz, zresztą dawno nie
jeździłem na motorze i się stęskniłem za silnikiem po między nogami.


*kwiiik!* Ja też się stęskniłam :DDDD
Silnikiem? Ja tam wolę coś żywego… :D:D:D


Róża nosząca inne imię pachniałaby tak samo!
Rzeczy z Silniczkami też są fajne.

[Niestety, w tym przypadku silnik między nogami to
zły pomysł - Piotr ma wypadek i łamie rękę. Lecz nawet wtedy nie zaniedbuje
obowiązków]

Weszli na górę, tam znajdowało się studio programu
dzień dobry TVN. Chłopaków czekała cała masa poprawek wyglądu, żeby wyglądali
dobrze przed kamerą. Marta z Kasią w tym czasie siedziały i rozmawiały,
popijając kawę.

Gdyż były tak piękne, że żadnych poprawek nie
trzeba im było.
Dziwne, że jeszcze nie zaproponowano im
własnego programu.

-Tak jest zawsze?- zapytała Marta, patrzyła cały czas
na Piotrka.

-Pewnie, da się przyzwyczaić. Spokojnie fryzjerka i
charakteryzatorka nie zje Piotrka.- powiedziała, widząc że nie spuszcza z nich
oczu.


Zje, nie zje – pilnować swojej własności trzeba!
Najlepiej by było go chyba jakoś oznaczyć.
Wytatuować, chipa w ucho wszczepić…



-Chyba już do tego wszystkiego przywykł, znowu
zmieniają mu fryzurę i nakładają wszystko na twarz.


Klej do tapet, popcorn i zużyty olej silnikowy.
I sztuczny zarost. Jak wszystko, to
wszystko.
I mopa na głowę! Raz może być rasta!


Będzie wyglądał jak Tom Kaulitz!

-Wiesz no włosy to i tak u Piotrka ‘tańczą’ jak chcą,
a nakładają mu tylko żeby się nie świecił przed kamerą.

-Ona go zaraz pożrę…


-Nie jest zbyt jadalny.


-Haha.


Chłopaki się właśnie do nich przysiedli, Piotr
oczywiście koło swojego światełka

[w
tunelu...]
, a Michały i Łukasz otoczyli Kasię.
-Nie długo będziesz siedział w łazience niż ja.-
powiedziała poprawiając mu włosy.


I cały wysiłek fryzjerki poszedł w pi… gwową
galaretkę. No ale przecież trzeba podkreślić swoje prawo posiadania.

(…) pocałowała go lekko.

Akurat wtedy prowadzący zapowiadali co będzie dalej w
programie i standardowe reklamy. Pokazali ich pocałunek wszystkim widzą,

[a wszyscy widzą, lecz oczom nie wierzą!] chłopacy zaczęli się śmiać.
-A wam co?- zapytał Piotrek.


-Fanki cię uduszą.- powiedział Mike.


-Niby za co mają mi męża udusić?


-Bo każdy widział jak się całujecie, kamera była na
was skierowana.- powiedziała Kasia.


-Byłam w telewizji.- powiedziała uradowana Marta.


Mujeju, mujeju! Mamoooo! Dzwoń do wujka Stacha, i
powiedz sąsiadkom, i nie zapomnij o tej głupiej Malinowskiej! Byłam w
telewizji!!!


W tym miejscu chciałabym pozdrowić ciocię Helę z
Olsztyna. Magda, pokaż panu cztery litery.

[Wywiad w TVN]

- Podobno tydzień temu ożenił się pan?


-Teraz to nie ma czemu zaprzeczać, skoro są niezbite
dowody, tak mam żonę.


-Nie uważa pan że zawiódł część swoich fanek?


Ciekawa jestem strasznie, kto zadaje tak
inteligentne pytania – Magda Mołek, czy Kinga Rusin.

-Nie, ułożenie sobie życia przy czyimś boku
jest normalne, miłość to jest wspaniałe uczucie i życzę tego moim fanom z
całego serducha.

Swoją drogą, co to za fani, których trzeba
przekonywać, że ułożenie sobie życia przy czyimś boku jest normalne?
Psychofani, stalkerzy i rozhisteryzowane
nastolatki, oczywiście.



[W dalszej części wywiadu Piotr zapowiada, że Marta
będzie śpiewać z nimi „Pokonaj siebie”, w miejsce

Iwony Węgrowskiej.]

-Teraz normalnie wyruszacie w trasę?
Nie, no, przecież mamy opracowaną trasę
pijanego zająca!

-Tak, od poniedziałku gramy normalnie.- powiedział Misiek.
-A gdzie rozpoczynacie?
-W Gdańsku.- powiedział bardzo zadowolony Mike.
-Czyż by jakieś przywiązanie do Trójmiasta?
Oczywiście, że muzycy przyjeżdżają do danego
miasta ze względu na osobiste sentymenta i obecność odpowiedniej hali, w której
można by dać koncert, nie ma z tym absolutnie nic wspólnego.

-Bardzo duże, ale to są sprawy osobiste.- odpowiedział Mike, a chłopacy
spojrzeli na niego wielkimi oczami.
-Powoli wszyscy panowie z Feel’a idą przed ołtarza.
Mujeju, moce profetyczne godne mojej ciotki!
Raz do roku się przydarza
Muzyk z Feela przed ołtarza!

[jadą do Gdańska, gdzie Marta ma przyjaciółkę, między
którą a jednym z członków zespołu również coś zaczyna iskrzyć. Jednak
przyjaciółka ma wątpliwości.]

-Nic, przecież on mnie nie zauważa takiej biedulki z
Olsztyna, nie jego poziom.

-Ania co ty mówisz? On ciągle na ciebie patrzy, gada
o tobie, nawet nie wiesz jak się cieszył na przyjazd do Gdańska. Uwierz że to
nie chodzi o to skąd jesteś, chodzi o miłość.


Od pierwszego i bardzo krótkiego wejrzenia.
Widzieli się raz w życiu może przez pół godziny.


Oj tam. Nie ilość widzeń się liczy, lecz jakość.

-Niby tak, ale zobaczymy co będzie jutro.

-Wpadniecie sobie w ramiona, tylko nie przesadźcie.


Z tym wpadaniem?

[Szeroko omawiana jest również kwestia poronienia. Darujemy sobie. Następnie
Anka ustawia Martę do pionu.]

-Gdyby to było wszystko takie łatwe…

-A nie jest?


-Niestety nie, teraz nawet boje się zajść w ciąże,
znowu coś schrzanię i co wtedy? Z Piotrem umiem rozmawiać szczerzę, nie mam nic
do ukrycia, tylko ja nie chcę go zmuszać do zostawania ojcem. Wykręciłam jego
życie do góry nogami, fanki Feel’a mnie nie znoszą, przecież ja mu wszystko
psuję, plany, marzenia i karierę.


No niestety, jak się miało mientkie serce, to teraz
trzeba mieć twardą dupę. Fanki i tak będą Cię nienawidzić, choćbyś była aniołem
w ludzkim ciele, muzą-natchniuzą i maskotką na szczęście Piotrusia.
Przyzwyczajaj się.

-Piłaś coś dzisiaj?


-Nie.


-To czemu gadasz głupoty? Piotr gdyby cię nie poznał
nie dał by sobie rady, wrak człowieka, nie miał czasu jeść, wszędzie biegał,
był strasznie przemęczony. Marzenia sięgały wolnych trzech dni żeby móc
odsapnąć, a teraz marzy mu się ciepło rodzinne, dzieci, szczęście, bezgraniczna
miłość, uwierz że nie ma nic na czym bardziej mu zależy.
Zaraz, moment, a skąd ona to wszystko wie?
Przegapiliśmy moment, gdy Piotruś wypłakiwał jej się na piersi?
Jak się denerwuje, ma epizody prekognicyjne.



Kariera, przecież on miał już dość, taka ciągła rutyna, non stop to samo,
męczyło go to, a teraz wie że ty będziesz na scenie, dziewczyno dajesz mu siłę
do życia, działania. Dzięki tobie ma energie, wenę na tworzenie nowych hitów,
chcę nagrać drugą płytę, a nawet na pewno ja nagra. Nawet nie myśl że jesteś mu
nie potrzebna, że coś psujesz, a życie mu wykręciłaś ale na dużo lepsze.
Podajcie mi moją koronkową chusteczkę *ociera
rąbkiem łezki wzruszenia*
Smuci mnie ta rutyna. Piotruś wcale nie chce
pisać, grać, koncertować, robi to tylko z poczucia obowiązku. Dopóki nasza Mary
Sue nie wchodzi na scenę.

[I przechodzimy do ciekawszych tematów...]

-Gadaj jaki Piotrek jest w łóżku?
-O nie, nie powiem ci.
-Gadaj! Ja zawsze ci wszystko mówię.
-Ania nie mogę.
-Mi możesz, przecież nikomu nie powiem.
-Przysięgasz?
-Tak.
-Piotruś jest cudowny, delikatny, czuły, a zarazem namiętny, jest boski…

Zieeew. Czy nie mogła zrobić Piotra cynicznym choć
słodkim brutalem, co to jak ją złapał i machnął na to łóżko, jak przygwoździł,
jak wychrobotał!… to tydzień jak kaczka chodziła!


Chcesz ją wysłać na korepetycje do Milenki?

[Dziewczyny idą na dyskotekę, a tymczasem Piotruś
umiera z niepokoju]


Od wejścia wszyscy faceci skierowali na nie swój
wzrok, usiadły przy stoliku i zamówiły drinki.


Impreza zaczęła się rozkręcać, nie siedziały co
chwila ktoś prosił je do tańca.


Mam nadzieję, że pilnowały drinków (nie, nie jestem
zaskoczona, że BoChaterka i jej przyjaciółka są rozrywane. To oczywiste).

[Piotr] Położył się do zimnego, ale przede wszystkim
pustego łóżka.
A termoforek? A chętne groupies? A
parchaty dywan zamiast łóżka?
Obiecała mu że zadzwoni, po za tym miała wrócić wieczorem,
a już tak praktycznie jest niedziela. Był zły, ale cholernie się o nią martwił,
złe myśli zaczęły przelatywać mu przez głowę, w końcu zmorzył go sen, czujny, w
razie gdyby wróciła.
Ona razem z Anią świetnie bawiła się na imprezie,
drinki, tańce i niezbyt moralne wygłupy.


Tańczę na stole, kieckę zadzieram
tłukę butelki, depczę szkła
smutni panowie ćwiczą pokera
a ja przed nimi kankana!!!

Ranek nastał bardzo szybko, a zarazem drastycznie,
tak przynajmniej było w jednym z mieszkań w Sopocie.

W innych mieszkaniach w Sopocie ranek nastawał
powoli i łagodnie.
A w Warszawie to się nawet zastanawiał, czy
w ogóle warto nastać.
W Łodzi machnął ręką. „I tak nie
zauważą różnicy” – pomyślał.



-Nic dzisiaj nie robię.- wymamrotała Ania.


-O nie, idziemy na zakupy.


Też mi się nie chce, ale rozumiesz: opko
zobowiązuje.

-Nie mam siły, wszystko mnie boli.

-Oj wiem coś o tym, ale muszę kupić sobie nowe
rzeczy.


-Po co ci? Ostatnio byłyśmy na zakupach, masz mnóstwo
ciuchów i chcesz jeszcze kupować?


-Proszę cię, Piotrek ma więcej niż ja. A potrzebuje
na występy.


A poza tym, mieć mniej ciuchów od własnego faceta?
Wstyd i hańba!

Dziewczyny szybko się umyły, ubrały i zjadły
śniadanie. Taksówką pojechały do centrum handlowego.


Weszły do każdego sklepu, Ania kupiła tylko parę
rzeczy, za to Marta w każdym coś kupowała. Po długich i bardzo męczących
zakupach usiadły w kawiarni, zamówiły dwie kawy i dwa ciastka.


-Marta ja rozumiem że teraz masz co wydawać, ale nie
za dużo masz tych toreb?


-Tylko 35.


-Nigdy nie robiłaś takich zakupów.


-Wiem, ale teraz mam się dla kogo stroić.


-Miłość zmienia ludzi.


Miłość – i dostęp do karty kredytowej…

Dzień Piotra nie zaczął się zbyt dobrze, martwił się
Marta nie wróciła na noc, wszyscy zeszli na śniadanie.

-A gdzie Marta? Umiera na kaca?- zapytał Look.


-Nie wróciła na noc, nie ma jej, a jest już 10.-
powiedział sypiąc już 10 łyżeczkę cukru do kawy.


Gdyby była jedenasta trzydzieści, wsypałby
jedenaście i pół?

-Od kiedy tyle słodzisz?- zapytała Magda.

-To z tych nerwów.


Marta nie wraca ranki, wieczory,
we łzach ją czekam i trwodze,
już pod oczami mam takie wory
i coraz więcej słodzę!

Marta wraca późnym popołudniem.

-Zaraz nie będzie ci do śmiechu.


-Strasznie jest zły?


-Bardzo, martwił się, denerwował, mogłaś zadzwonić.


-Straciłam poczucie czasu.


Przez dobę?! Raczej film jej się urwał.

Piotruś robi awanturę z posądzeniami o zdradę,
zasypiają obrażeni. Rano państwo Kupicha postanawiają jednak się pogodzić,
niestety okoliczności im wcale tego nie ułatwiają:

Bez namysłu ją pocałował, stęsknili się za swoimi ustami, pocałunek trwał w
najlepsze, ale te chwilę przerwało pukanie do drzwi.

-Tak?- Marta zapytała dziewczyny stojącej przed nią.

-Dzień dobry, pani jest żoną pana Piotr Kupichy?
-Tak.
-A pan Piotr jest w pokoju?
-Może.
-A mogłaby go pani poprosić.
-Teraz to nie bardzo możliwe.
-Dlaczego.
-Bo Piotr źle się czuję, ale dzisiaj jest koncert w Gdańsku.
-Wiem, ale ja chcę teraz z nim porozmawiać.
-Niestety to nie możliwe.- zamknęła drzwi.
Cóż, wychodzi na to, że Marta z jej pokornym
czekaniem w tłumie fanek rzeczywiście wyróżnia się na plus.

[Państwo Kupicha jednak się godzą]

Leżała na nim, starali się uspokoić przyśpieszone oddechy, żadne nie chciało
przerywać tej wspaniałej chwili.

-Nie jest ci za ciężko?
-Nie, jesteś słodkim ciężarem.
-Powiedziałeś właśnie że jestem gruba.
Załamany Kupicha zwiądł gwałtownie.
Splaskaciło go.
I zwiesiło na kwintę.



Wyszli trzymając się za ręce, jak tylko wyszli napotkali przed sobą tą samą
dziewczynę, która rano pukała do drzwi.
Skubana, tyle godzin tam czekała? (Pierwszy raz
napadła ich około 7 rano, z pokoju wyszli około 14)
Zwinęła się na wycieraczce i przedrzemała
ten czas.



-Mówiłaś że Piotr się źle czuje.
-Bo tak było.
-Jasne, a dźwięki “Piotruś jeszcze!”- to pewnie ja wydawałam.
-To nie twoja sprawa.- wtrącił się Piotr.
Właśnie. Rozumiem zazdrość jednej groupie o drugą,
szczęśliwszą, ale to małżeństwo, do cholery!
Ale jednak z jedną z fanek.

- A kim ty w ogóle jesteś?

-Fanką zespołu Feel, Patrycja.- wyciągnęła rękę w jego stronę.

[Piotruś spławia Patrycję]


-Piotr, ale ona słyszała, a teraz będzie tak za nami łazić.
I skamleć, żeby następnym razem dali popatrzeć.

-I co z tego że słyszała jak się kochamy? Może upewniło ją to w przekonaniu że
jest mi z tobą najlepiej.

-Nie chcę po prostu przeczytać w gazecie “Jak żona go zaspokaja”, czy coś w tym
rodzaju.
No, myślę, że gorzej byłoby przeczytać „Żona
go NIE zaspokaja”!


Jeszcze gorzej brzmiałoby „ON nie zaspokaja
żony!”

[Wkrótce potem wyjeżdżają do Olsztyna, rodzinnego
miasta Marty. Tam Marta wpada na swą mroczną tajemnicę z przeszłości...]

Przestraszyła się, zaciągnął ją siłą do łazienki,
zamknął drzwi i postawił przed sobą.

-Nie krzycz, tak będzie dla ciebie lepiej.


-Tomek czego ty do cholery ode mnie chcesz?


-Rozumiem że zamieniłaś mnie na tego swojego
Piotrusia, ale wiesz mi też należy się coś od życia. A teraz anielska dziewica
Marta sypia z każdym, no proszę swojemu ukochanemu idolowi nie odmówiłaś, bo
jak ty byś mogła. Mi nie pozwalałaś się dotknąć.


-To nie twoja sprawa, co i z kim robię.


-Owszem moja, bo ze mną jakoś nie chciałaś.


-Musiałam mieć powody.


-Ciekawe jakie?


-Nie ufałam ci, nie kochałam cię, coś jeszcze?


-A po co komu miłość do seksu?


-Wiesz niektórzy potrzebują miłości, a nie tylko parę
stęknięć i błysk.


Jaki znowu błysk?
Ten, no… „Świat wokół nich wybuchł
miliardem białych świateł i pogrążył się w otchłani ciemności”.


A, to.
Normalny początek dnia.

 

[Tajemniczy
Nieznajomy grozi, że opowie Piotrowi o przeszłości Marty - "Nie tylko on
widział cię, dotykał nagą! Niech wie, jaka z jego żony jest dziwka!" Marta
ucieka i zaszywa się Bór wie gdzie, wszyscy jej szukają, wreszcie w błysku
olśnienia Piotr jedzie do jej babci]

-Powiedział ci?- chlipała głośno.
-Kto i co miał mi powiedzieć?
-Tomek, powiedzieć wszystko o czym nie wiesz.
-Marta nikt mi nic nie powiedział, ale ty powinnaś,
bo żyję z taką niewiadomą.
-Ale nie nawrzeszczysz na mnie?
-Obiecuje, tylko opowiedz mi wszystko od początku do
końca, bez omijania faktów.
-Mogę inaczej usiąść?
-Czyli jak?
-Tak.- usidła mu pomiędzy nogami.
Jakby co, będzie jej łatwiej odwrócić jego uwagę.
Ja to się zastanawiam, NA CZYM usiadła :-)
Ja myślę, że właśnie na TYM. I-haaa!

Objął ją w pasie, jedna z najtrudniejszych rozmów w
ich życiu, kolejna z takich pogawędek,
Było ich już mnóstwo, ale każda kolejna wzbijała
się na nowy poziom trudności. Jak to w grze.

Szkoda tylko, że ich postaci coś expa nie dostają.

[Opowieść Marty jest długa i monotonna.
Streszczamy: znała Tomka od dzieciństwa, on był młodym, zdolnym muzykiem. Gdy
miała 15 lat, zaczęli ze sobą chodzić, niestety ten wciąż ją zdradzał - po
każdym koncercie inna panienka.]

Wytrzymałam tak rok, ale któregoś dnia po prostu nie
dałam już rady. Przyłapałam go z jakąś dziewczyną, zrobiłam awanturę. Ubrała
się i zniknęła, on mi wtedy wykrzyczał że nie daję mu się dotykać, a co dopiero
mówić o seksie, powiedział że tobie to bym się dała od razu, bez zastanowienia,
ale nie jemu.
No i w sumie nie pomylił się chłopak.
Nieno, zastanowiła się: dała po maturze.

Stwierdził że każdy facet ma swoje potrzeby, on
również. Nawyzywał mnie od dziwek, dziewic, aniołów, szmat.
Interesujący zestaw wyzwisk. Rozumiem, że
„dziewica” współcześnie też jest obelgą, ale anioł?!

Ty dziewico. Ty aniele.
Yeah, talk to me dirty!

Później zaszyłam się u babci, pisał smsy, nagrywał
się na pocztę, przepraszał, mówił że żałuje, błagał o wybaczenia. Na domiar
złego moi rodzice go uwielbiali. W końcu przyszedł, z kwiatami, różami których
nienawidzę, ale liczy się gest. Wybaczyłam mu, złamał mnie tym całkiem, ale
obiecałam sobie że nie dam mu się skrzywdzić. Cóż potem było dobrze, wspólne
chwile, nie wracaliśmy do tego co się stało, już nie sypiał z każdą dziewczyną.
Tylko ze starannie wybranymi.
Tymi, które lecą na róże i odbierają wiadomości z
poczty głosowej.

Ale któregoś dnia, wszystko się zepsuło. Zostałam
sama z Grześkiem w domu, rodzice pojechali na jakieś spotkanie klasowe na
mazury. Brat zasnął, wtedy przyszedł Tomek, miał to być zwykły wieczór przed
telewizorem z komedią romantyczną, jak teraz to mówię to wydaje się że to
trwało chwilę, ale wtedy miałam 17 lat, przez dobre dwa lata się tak dałam
nabierać.
Na wieczory z komedią romantyczną?
Wot, postęp. Za moich czasów czyniło się podryw na
taśmy magnetofonowe w kasecie.

Można powiedzieć że wieczór przed telewizorem nabrał
tempa, po filmie się całowaliśmy, w sumie to nie ma w tym nic złego.
- Jak to nie ma nic złego?! – ryknęła Szpro,
zdenerwowana. – Całowanie się w wieku siedemnastu lat powinno być surowo
karane! Przecież sami wiecie, do czego to jest wstęp! Całować się powinni
ludzie dojrzali i ze stabilną sytuacją finansową.

I co najmniej zaręczeni.

Tylko że Tomek nie bardzo trzymał ręce przy sobie, a
ja jednak za dużo mu pozwoliłam.
Tak, tak, obwiniaj się o to.

Z kanapy w salonie przenieśliśmy się do mnie do
pokoju. Ja nie chciałam mu pozwolić na cokolwiek więcej, bałam się, po prostu,
tym bardziej że jak zadawałam mu jakieś pytanie, na które nie znałam odpowiedzi
to mnie wyśmiewał.
- Tomek, a czy w filmie „Awantura o
Basię” tę kobietę naprawdę wepchnięto pod pociąg?

Cóż moje sprzeciwy nie dały nic. Rozebrał mnie, nie
miałam jak się bronić, był silniejszy. Rozebrał mnie do naga, dotykał, mimo
tego że się szarpałam. Chciał się ze mną przespać, ale się mu nie dałam, kiedy
chciał to kopnęłam go i kazałam się wynosić. Potem długo nie wiedziałam co ze
sobą zrobić, unikałam go, bałam się jak cholera. Koło osiemnastych urodzin
postanowiłam że uciekam do Katowic, ze nie chcę takiego życia. Przeprowadziłam
się do Kasi, którą poznałam na forum, babcia dała mi pieniądze na start. A
potem poznałam ciebie, miłość mojego życia.- spojrzała na niego zapłakanym
wzrokiem.
Piotrula gapił się niedowierzającym wzrokiem.
Stracił wątek już przy czwartym zdaniu tej logorei.

Piotruś ma atak jasnowidzenia:
Obudził się parę minut przed 9, popatrzył na swoja
ukochaną żonę, która nie specjalnie wyglądała tak jak by w ogóle chciała
wstawać.
(…)
Szedł bardzo szybkim krokiem, wiedział bardzo dobrze
gdzie jest apteka.
Niesamowity facet.

-Dzień dobry.
-Dzień dobry, co podać?
-Cztery testy ciążowe, najlepiej różnych firm.
-One bardzo różnią się ceną.- powiedziała kładąc na
blacie.
-Cena jest mało ważna.
Nie gra roli kwestia ceny,
Chodzi wszak o moje geny!

(…)
-Kiedy ty byłeś w aptece?
-Dzisiaj rano, spałaś.
-Kocham cię.- pocałowała go.
-Ja ciebie też, ale proszę cię idź zrób test bo ja
zaraz zwariuje.
(…)
Na raz wzięli oby dwa testy, można powiedzieć że
zatrzymanie oddechu.
Co oni, łykali te testy?

Pierw popatrzyli na wyniki, a potem popatrzyli sobie
głęboko w oczy.
Widzieli w nich wynik, [znaczy, w oczach pojawiły im się dwie różowe kreseczki?][ktoś tu się za dużo anime naoglądał...] bez słowa, porwał ją w ramiona i zaczął się z nią kręcić.
Całował ją bardzo namiętnie, co chwila szepcąc
“dziękuje”. Śmiała się w niebo głosy.
Piotruś najwyraźniej ma USG w oku, skoro ot tak,
spojrzawszy na śpiącą żonę, zorientował się, że należy lecieć po testy…

Jak co chwila szeptał „dziękuję”, to mu
chyba tak namiętnie te pocałunki nie wychodziły. Raczej cmokliwie.

Mrątał cmokliwie?

A teraz spójrzmy, jak aŁtoreczka robi wredną sucz z Iwony Węgrowskiej:

Święta, święta i po świętach… Cóż teraz sylwester,
pracowity, zostały już tylko cztery dni, jutro wieczorem ruszają w drogę do
Warszawy, bo dzień przed sylwestrem generalna próba, na wcześniejszych się nie
zjawili, bo nie mogli. Grali dla TVN, mieli być tam już dzisiaj, ale próba w
Katowicach i Marta ma jutro wizytę u lekarza. Była umówiona na 16, nie chciała
brać ze sobą Piotra, to byłoby dla niej zbyt krępujące.
Krępujące?! Dla niej? Już prędzej dla niego, choć i
to nadinterpretacja. Co w tym krępującego? Przecież to nie on będzie ją badał.

Właśnie usiadła z Piotrem w salonie, oglądali jakąś
komedię.
-Piotruś, a my nie daliśmy prezentu Iwonie.
*kwika jak opętana* W kontekście dalszych
wydarzeń wzmianka o prezencie jest… ale nie uprzedzajmy faktów!

[Piotr jedzie z prezentem do Iwony, Marta zostaje w
domu, bo się słabo czuje. ]

Postanowiła wziąć ciepłą kąpiel z pianką, taką
naprawdę relaksującą, bo teraz mogła, w końcu pozbyła się Piotrka.
Jak w thrillerze. Krew trza zmyć.

Piotr natomiast znalazł się w tym czasie w mieszkaniu
Iwony, która kogo jak kogo, ale jego się nie spodziewała.
(…)
-Opowiadaj co tam w wielkim Świecie?- usiadła naprzeciwko.
-Leci, bardzo szybko, dogadujemy się świetnie, w
sylwestra w Warszawie i będziemy mieli dziecko.- powiedział z uśmiechem.
Wśród tych kluczowych informacji ta o sylwestrze
jest ważna, jeśli nie najważniejsza. Fakt, że w pewnym wieku jest to kwestia
życia lub śmierci… towarzyskiej :)

-Trochę się boje, ale jestem mega szczęśliwy.
-Przejdzie ci jak weźmiesz tą kruszynkę na ręce, a
mogłabym z wami na sylwestra pojechać? Bo nie mam co ze sobą zrobić.
No to już pogadaliśmy o tobie, możemy przejść do ciekawszych
tematów?

-Oj Iwona, Iwona, dobrze że dajesz radę, no widzę że nie ma cię kto przytulić.
-Nie mam nawet na to czasu.
-Ja też niby nie i zobacz będę miał dziecko.
Nie wiem, co wyjdzie z dziecka robionego w
takim pośpiechu ;)

Z bardziej niedbale robionych wyrastają
wcale porządni ludzie!

-Piotruś?
-Tak?- zapytał kiedy usiadła obok niego.
-A nie tęsknisz choć trochę?
-Troszeczkę na pewno, w końcu czego my byśmy nie robili.
-Może to powtórzymy?
-Iwona ja mam żonę, po za tym nie powinienem jej zdradzać.
No wiesz, nie powinienem, ale może… ten jeden,
ostatni raz… a od jutra całkowita wierność!

No i namówiłaś!

-Przecież i tak się nie dowie.- rozpięła trzy górne
guziki swojej bluzki.
-A co jej powiem rano?
-Że pojechałeś pomyśleć.- pocałowała go.
Tym, czym faceci zwykle myślą.
Jeżeli Iwonka w domu ubiera się tak, jak to widać
na zdjęciach na Pudelku, to ja mu się nie dziwię.

Oddawał pocałunki, to wszystko działo się bardzo
szybko, poddał się, nawet sam nie wiedział kiedy…
-Nie powinienem był.- powiedział ubierając bokserki.
Cholera, z niego to faktycznie jakiś Struś
Pędziwiatr!

Kilka stęknięć i błysk.

-Nie dowie się, obiecuję.
-Pójdę już.
-Piotr jest trzecia w nocy, co ty jej teraz powiesz?
-Coś wymyślę po drodze, zanim dojadę będzie czwarta.-
ubrał się.
Powiem, że jej zegarek źle chodzi!
Albo dokukam do dwunastu i powiem, że dopiero
północ.

[Tymczasem Marta wydzwania do wszystkich znajomych
szukając Piotra]

Jednak kiedy chciała już dzwonić po szpitalach
zobaczyła światła Hondy na podjeździe.
Poszła na górę do sypialni, usiadła na łóżku, teraz
gotowała się w niej złość.
Wszedł cicho do domu, był pewien że śpi, nigdzie nie
paliło się światło. Rozebrał się z kurtki i butów, pocichł chciał przebrnąć do
sypialni. Otworzył drzwi, najciszej jak umiał, jednak jego żona siedziała na
łóżku.
-Gdzie byłeś?!- krzyknęła, ta złość która się
gotowała w niej przez ostatnie godziny wzięła górę.
-Pojechałem w swoje miejsce, pomyśleć.- zap.- zapalił
światło i otworzył szafę.
Zap – odgłos zapalanego światła.
Albo zapinanego rozporka. W ostatniej chwili
zorientował się, że coś go może zdemaskować.

-Mogłeś napisać chociaż smsa!
-Przepraszam.
-Teraz to “przepraszam”? Ja tu od zmysłów
odchodziłam, myślałam że ci się coś stało, a ty nic sobie z tego nie robisz!
-Rozumiem, ale cię już przeprosiłem!- trzasnął
drzwiami od łazienki.
-Niczego nie rozumiesz!!!
Położyła się na łóżku, łzy same poleciały po
policzkach.
-Czy tak ma wyglądać idealne małżeństwo?- zapytała
siebie w myślach.
Ojtam, że z idolem, to zaraz idealne?
Ojtam, raz nawalił i od razu kryzys?

On natomiast poszedł do pokoju gościnnego i usiadł na łóżku.
-Co ja najlepszego zrobiłem? Zdradziłem ją, okłamałem
i co dalej… Do tego się zdenerwowała, a nie powinna, przecież jak poroni to
będzie moja winna.
I tak powstał kolejny przebój Feel.

[Państwo Kupicha godzą się, występują razem
i snują plany. Piotruś delikatnie podpytuje Martę, co by zrobiła, gdyby ją
zdradził. Na hasło: wystawiłabym ci walizki na schody i nie pozwoliła widywać
się z dzieckiem, pędzi do Iwony i ostrzega ją, by nie puściła pary z gęby.
Tymczasem Marta stwierdza, że trzeba by się zobaczyć z Iwoną...]

-A nie przeszkadzam?
-Nie, co prawda nie spodziewałam się ciebie.
-Czemu?
-A sama nie wiem.
Tryb jasnowidzenia mi się jakoś wyłączył, zwykle
odgaduję, kto przyjdzie, zanim jeszcze skręci w moją ulicę.

-Co to?- zapytała widząc dwa opakowania na stole.
-Nic.- szybko wrzuciła je do szafki.
-Iwona! Tez jestem kobietą i robiłam parę takich, to
test ciążowy, prawda?
-Tak.- powiedziała cicho.
-I co? Gadaj mi tu szybko.- usiadły razem na kanapie.
A, przepraszam, co to Martę obchodzi…? Sprawa
ciąży wydaje mi się być dość intymną.

Oj no, przecież najlepsiejsze psiapsiółeczki muszą
wiedzieć wszystko o sobie nawzajem.

-Cóż no jestem w ciąży.
-To gratuluje.- uściskała bardzo dobrą koleżankę.
Najlepszą wręcz!
-Nie ma czego.
-Czemu? Gdzie jest ojciec dziecka?
-Oj nie ważne, mów co tam słychać u ciebie i u
Piotrka.
Opowiedz, jak wam dobrze razem, jaki jest
wspaniały… – założyła nogę na nogę i uśmiechnęła się szeroko.

-Szaleństwo na punkcie dziecka, dba o mnie. Staram
się odpoczywać, ale stał się ostatnio jakiś dziwny. Oczywiście mówi że wszystko
dobrze, że mi się wydaje. Ale ja wiem że cos jest nie tak.
-Nawet wiem dlaczego…- popatrzyła w podłogę.
-Iwona gadaj mi tu szybko.
-Marta ja po prostu nie mogę tego dłużej trzymać w
sobie, nie mogę patrzeć jak muszę cię okłamywać, jak Piotrek to robi.
-To znaczy?
-Piotr cię zdradził.
-Nie wierzę, nie prawda, żartujesz. Skąd ty to niby
możesz wiedzieć?!- popatrzyła na nią zaszklonym wzrokiem.
-Nie denerwuj się. Marta jak Piotrek wtedy wrócił
rano, to on był u mnie.
-Czy to znaczy że ty i on?
-Tak spaliśmy ze sobą.- popatrzyła na nią.
I to by było tyle, jeśli chodzi o „Nie dowie
się, obiecuję.”

Ja bo nie ogarniam. Jak już koniecznie musiała
przelecieć żonatego, po cholerę mówi o tym jego żonie…?

Bo to podła sucz jezd.

-Nienawidzę was, ciebie i Piotrka! On jest ojcem
dziecka?- zaczęła jeszcze bardziej płakać.
-Tak.- powiedziała tylko bardzo cicho, a Marta
trzasnęła drzwiami.
Tadammm! Specjalnie dla Was, drodzy Czytelnicy,
sprawdziłam – od wyskoku Piotra do tej rozmowy minął góra tydzień. Znów
błyskawiczne testy ciążowe z turbodoładowaniem!

A bo są rzeczy, które wymykają się fizyce, chemii i
biologii. Zaraz… Czy to nie szło raczej „nie ma rzeczy, które nie byłyby
podporządkowane fizyce, chemii i biologii”…?

-Będziesz miał dziecko z Iwoną! A nas zostaw w
spokoju!.- zaczęła zapinać walizkę.
-Daj mi chociaż wszystko wyjaśnić, nie wiesz
niczego…- prosił ją samym głosem.
Rękom i oczom dał wolne, rozporek również oddychał
z ulgą.

-Nie mam zamiaru cię słuchać.
-Gdzie ty idziesz?
-Nie twoja sprawa!- wyszła z sypialni trzaskając
drzwiami.
Usiadł na łóżku i zaczął płakać, on, twardziel.
*pokwikuje cichutko*
*zagryza wargi, by nie zacząć snuć rozważań
o twardości różnych peryferii Piotrusia*


[Marta wypłakuje się Michałowi i Ani]
-Wiedziałem…- powiedział Michał.
-Co?!- Marta na niego popatrzyła.
-No bo ostatnio jak gadaliśmy o waszym łóżku to Iwona
się dziwnie zachowywała, po za tym za nim Piter poznał to sypiali ze sobą
czasami. Wiadomo każdy człowiek od czasu do czasu potrzebuje zdrowego seksu. To
Piotrek nic ci nie powiedział?- zapytał widząc minę Marty.
-Nie powiedział, mówił że był sam, że do tego
potrzeba miłości.- patrzyła na swoja obrączkę.
Cóż, po prostu rozgryzł cię, słonko – wiedział, na
jaką gadkę polecisz.
I jaką głupią gęsią
jesteś, że wierzysz w takie kocopoły o celibacie, bo bez miłości :-P
A potem sobie skorygował, że bywa przydatna.
Zalewajkę bez majeranku też da się zjeść.

-Marta mogę ci to wszystko wytłumaczyć?- popatrzył
jej w oczy w których było widać żal, smutek, nieszczęście…
-Korzystaj, masz swoje pięć minut.
-Poniosło mnie, to przez Iwonę.
-Tak, oczywiście, a ty nie miałeś w tym żadnego
wkładu.
Ależ co jak co, ale wkład to miał.

-No bo siedzieliśmy i sobie gadaliśmy, a ona w pewnym
momencie zaczęła rozpinać bluzkę i się do mnie przesunęła, no a że kiedyś parę
razy byliśmy ze sobą to wzięło górę. Tamtego dnia miałem straszną ochotę na
seks.
Dostałby w tym momencie ode mnie w mordę aż by
zadzwoniło. No ale Martunia to smętna firana.
Następnym razem, jak będziesz chciał się
zabić, to powieś się w stajni na lejcach, a jak będziesz chciał podupczyć, a
żona ci nie da, to seks załatw z renią rączkowską. Nie mieszaj do tego innych.

Jak to mawiał barwnie mój kolega: „Swędzi cię
kita, to sobie pomachaj. Najlepsza baba to własna graba.”

-A nie przyszło ci do głowy żeby przyjść do mnie?-
popatrzyła na niego ze łzami w oczach.
-Przyszło, ale znowu byś powiedziała że jestem nie
wyżyty, albo po prostu nie.
Piotruś! Gdzie Twój urok, wdzięk, siła
przekonywania, naprawdę nie wiesz, jak to się robi?

-Wróć do domu…
-Po co?
-A jak się coś stanie, tobie, dziecku? Wiesz że was
kocham, wiem że jestem palantem, ale proszę cię pozwól mi być chociaż blisko
was. Po za tym trasa, przecież nie będziesz jeździć oddzielnym samochodem.
*kwiczy* on myśli, że ona w tej sytuacji będzie
dalej z nimi jeździć?!
No przecież o to głównie mu chodzi. Biznes
is biznes, piosenki się same nie zaśpiewają!

Nie powiedziałeś mi że byłeś z Iwoną za nim ja się
pojawiłam, do tego kiedy byłeś ze mną, mówiłeś że kochasz, że nie zdradzisz,
zrobiłeś to, oczywiście z nią i to bez jakiegokolwiek zabezpieczenia.
-Nie sądziłem że będzie istotne to że czasem z nią
szedłem do łóżka, a teraz z igły widły. Powiedziała że nie zajdzie w ciąże.
A tyś jej uwierzył na słowo?
Chłop wpada na one-night-standa i nie ma z
sobą gumki? Uuuu, mocno gimnazjalnie. Mocno.

-Piotr to nie byłoby istotne gdybyś nie mówił
że nikogo nie miałeś, a w rzeczywistości miałeś… A skąd wywnioskowała że nie
zajdzie w ciąże?
-Bo nie miała dni płodnych.
Zaaaaaraz… a cała ta akcja to nie było jedno
szybkie bzyk! i po sprawie? Gdzie tu miejsce na rozmowę o dniach płodnych? Nie
mówiąc, że większość facetów ma o tym takie pojęcie, jak ja o budowie silników
wysokoprężnych.
Piotruś prowadzi kalendarzyk dotyczący
cyklów miesięcznych wszystkich kobiet, z którymi kiedykolwiek się przespał. A
nuż się przyda ;)

No co Wy, on na pewno spał tylko z nimi dwiema. Na
pewno.

[Kochają
się i wydaje się, że wszystko zostało wybaczone - lecz nie, Marta z rana
odchodzi, Piotr znajduje jej list wraz z pierścionkiem zaręczynowym]

“Pewnie już znalazłeś swojej dowody miłości do mnie.
Ma na myśli ślady na prześcieradle?
Jaka ładna inwersja, prawie jak w barokowym
wierszu!

Ta noc była na pożegnanie, chyba nie myślałeś że tak
po prostu jestem w stanie ci to wszystko wybaczyć. Z tym że cię kocham
nie kłamałam bo tak jest, nie jestem w stanie od tak po prostu to skreślić. Tym
bardziej że noszę w sobie ten nasz owoc…”
Połknęła granat i dlatego chodzi z nadętą miną,
muhihihi.

O wysokości alimentów porozmawiaj z moim
prawnikiem.

[Piotruś jednak błaga o przebaczenie]

Płakał żywymi łzami, nie wyglądał najfajniej,
posadziła go na kanapie i usiadła obok niego.
-Piotruś co się stało?- dotknęła jego policzka.
-Ja w końcu zrozumiałem co ci zrobiłem, może nie wiem
jak cię boli to że z nią spałem że jest w ciąży. Ale wiem że przez to masz ten
kolec w sercu, wiem że tego nie da się zapomnieć. Tylko proszę cię wybacz mi,
wróć do domu. Obiecuje że nigdy nawet nie spojrzę na inną kobietę.
Będzie problem, jak przyjdzie dozorczyni.
A występować będzie w opasce na oczach – te
wszystkie fanki!
Albo jak Jim Morrison na początku kariery,
tyłem do publiczności.

Zrozumiałem jak bardzo cię kocham, jak bardzo mi na
tobie zależy, jak nie umiem bez ciebie żyć, jak chciałem cię chronić przed tym
co złe, a sam cię skrzywdziłem. Bardzo, bardzo, bardzo cię przepraszam.- cały
czas klękał przed nią, a po jego twarzy spływały przezroczyste łzy.
A jakie miały być, zgniłozielone?!
Przezroczyste łzy świadczą o czystych intencjach i
kryształowym charakterze, rozumiesz.


Wytarła je ręką, na policzku wciąż miał odciśniętą
jej dłoń.

Pocałowała go delikatnie w policzek i zarzuciła ręce
na szyję. Poczuła że on faktycznie zrozumiał.
No, raz dać w mordę i zaraz zaczyna rozumieć!

Jednak Piotrek stracił równowagę i upadli razem na
podłogę, namiętnie się całując.
W głowie mu się zakręciło z tej radości, czy
Martusia tak się na nim uwiesiła?

[Piotr odwiedza Iwonę i usiłuje dociec „jak to
się stało”.
Właśnie dni minęło kilka,
kiedy biorąc mnie na bok,
mama coś mi o motylkach,
a ja mamę w rękę cmok!]

-Przecież mówiłaś że łykasz tabletki, po za tym przerwałem.
-Wtedy nie brałam, ale sądziłam że jeżeli przerwiesz to nic z tego nie będzie.
*nuci z niewinną miną* Załóż gumę na instrument

-Iwona! Proszę cię, boże ja wiem że jestem idiotą, głupkiem, ale było trzeba mi
powiedzieć, a nie.
-Piotr, ale ja miałam powód.
-Jaki co cholery?- wstał i zaczął krążyć po pokoju.
-Bo ja cię kocham, uświadomiłam to sobie dopiero wtedy kiedy na twojej drodze
pojawiła się Marta, a ty całkowicie straciłeś dla niej głowę.(…) Jak
przyszedłeś do mnie i powiedziałeś że jest w ciąży to już całkiem straciłam
nadzieje, ale postanowiłam zaciągnąć cię do łóżka. A jak zapytałeś czy biorę
tabletki to bez namysłu powiedziałam że tak, bo stwierdziłam że jak będę w
ciąży to ją zostawisz.
Ot chitra, pułapkę biologiczną zastawiła!

Wątek pułapki biologicznej kończy się jednak szybko
i ostatecznie: Iwona wyznaje, że usunęła ciążę, a Piotr odchodzi z dramatycznym
„Żegnaj!” i trzaśnięciem drzwiami. Jeśli jednak sądzicie, że w życiu
państwa Kupichów od tej pory będzie już panował spokój i sielanka – nic
bardziej błędnego! W dalszym ciągu opka mamy tragedię na tragedii, przeplataną
prawdziwie obsesyjnym motywem starania się o dziecko. W skrócie: rodzice i
bracia bohaterki giną w wypadku samochodowym. Gdy ta przyjeżdża do rodzinnego
miasta na pogrzeb, zostaje zgwałcona przez dawnego chłopaka, w wyniku czego
roni. Załamana, próbuje popełnić samobójstwo, zapada w śpiączkę. Na szczęście
po licznych perypetiach wszystko kończy się dobrze, a państwo Kupicha doczekują
się upragnionego potomka.

I prawda, że jesteście nam wdzięczni, że wam tego
wszystkiego miłosiernie oszczędziłyśmy?

Z Urzędu Stanu Cywilnego w Katowicach pozdrawiają:
Dzidka z silnikiem między nogami, Kura zastawiająca pułapkę biologiczną,
Szprota na rozstaju dróg jako młoda bogini,
oraz Maskotek podający testy ciążowe na złotej tacce.

I
jak się rozpędziliśmy w Sylwestra, tak polecieliśmy razem po tym opku,
jak nie przymierzając – Kubica na zakrętach. W najtrudniejszych momentach,
romantyzm mickiewiczowski był dla nas latarnią w mrokach.

Analizują połączone ekipy PLUS i SuS:
Pigmejka
Kalevatar
Jasza
Kura
Szprota


http://bevor-du-abgehst.blog.onet.pl


Blogaska na jaw wychodzi głupota
Dobitniej, gdy analizę z innymi dzielę:
Niech zatem ruszą razem polszczyzny mściciele
A ostrza komentarzy nić powiąże złota.
Razem, młodzi przyjaciele!


W oknach zawieście całuny.
Niech księżyca jasność blada
Szczelinami tu nie wpada.
Tylko żwawo, tylko śmiało.


Siądźcie tedy panny, smyki
Wielbiciele cnej logiki
I nadstawcie dobrze uszy!
Choć na dworze śnieżek prószy
U nas ciepło i wygodnie!
By powitać rok ów godnie
Dzieło wspólne dla Was mamy!
Sza! Uwaga! Zaczynamy…


O wyczołgiwaniu się z łóżka…
…w poniedziałek rano, z perspektywą kolejnego
pieprzonego tygodnia przed sobą…


… Zapieram się sobą, stała, niezmienna i
zawstydzona; karmazynowe rumieńce wstępują na moje oblicze i odtąd już wiem, że
nic nie będzie takie samo
(bo rumieńce to objaw gorączki), gdyż czuję złocisty piasek pod przymkniętymi deszczem
powiekami (i już wiem, że znów dorwało mnie
zapalenie spojówek)
, a ręce moje szukają w
gęstwinie powietrza punktów wspólnych z wiecznością pachnącą intensywnie
niejaką polną macierzanką (oraz mam
nieprzeciętne halucynacje od podwyższonej temperatury)
.

Więc staję na granicy siebie, uchyliwszy wpierw niechciane pięty
A wywal je w cholerę!
Znów te pięty? ona naprawdę ma jakiś fetysz…
Skoro panna uchyla pięty, tak jak uchyla się okno lub
drzwi, to znaczy, że co – rozkłada nogi?

Sze-ro-ko…

i za zamkniętymi oczami wypatruję tego, co może przynieść nowy dzień skąpany
w cierniste blaski

Ciernisty blask to jakieś urządzenie do czochrania
się po plecach?

Hm, chyba ją światło kłuje w zapuchnięte oczka.

o zapachu wonności i rumianku.
A jasne, nie dość, że blask jest z zadziorami, to
jeszcze wonieje. A kolory szepczą. Psychiatrzy powinni zastanowić się nad
dalszą, skuteczniejszą kuracją.

Ale zauważ, że zapach wonności to jest jakoś zapach
do kwadratu! Nic dziwnego, że się boCHaterce rzeczywistość zwichrowała.
Za dużo środków wziewnych, stanowczo.

Kolorowe smugi światła kuszą niepoprawnie i roztapiają mój organiczny lęk,
który eksploatowałam potulnie przez milczące lata parady swego smutku;

Terapię światłem wobec niej zastosowali? W sumie
niegłupie, tylko czemu tak późno?

A cóż to za terapia? 100 watów prosto w oczy,
wsparte krzyżowym ogniem pytań?
Nie no, to coś w rodzaju „światła,
które leczy”. Ale Twoja wersja bardziej mi się podoba.


chcę podążyć za migotliwą światłością (Tak,
idź w stronę światła, TAK!!!)
, poczuć jej zapach i smak każdą
mikrokomórką krwistego, pełnego języka, który wierci się i szamoce w ustach.
Łomatko, język jej ożył, czy ma atak padaczki?
O.o

Ona chce językiem zapachy poznawać?
Już zaczęła, dlatego jest krwisty. Teraz
będzie pamiętać, że zapach lodu jednak lepiej badać w sposób tradycyjny.

Ciemność, zaległa czekaniem pośród kątów i załamów onomatopeicznych mrugnięć
okiem,

*JEBS!, zamrugały powieki Kalevatar*

staje się migawką chwili; powoli, bez pośpiechu i równie ostrożnie, co z
drżeniem uchylam rąbka aksamitnej powieki opuszczonej płasko ( Welurowa powieka Pigmejki uniosła się krzywo, a brew
podskoczyła niczym zając.)
i bezwiednie na światłoczułą gałkę oka; teraz
patrzę na horyzont szarawą linią spłowiałych rzęs,

Matko droga, te jej nazistowskie rzęsy mają nawet
wizjer!!! Ratujta się, kto może!

Pfff. Ja jestem ludzie, które podnoszą most
zwodzony ruchem brwi, co mi tam nazistowskie rzęsy.

które kręcą się niewygodnie balansując na powierzchni i szepczą w
umilknięciu wspomnień.

…na dodatek są samobieżne i potrafią mówić.
Jak myślicie, ile trzeba wypić, aby to ogarnąć? Bo
nie wiem, czy mi alkoholu starczy.

Nie wiem, mnie się kończą fajki i środki
przeciwbólowe.

Kręcę nierozsądnie głową, czując jak myśli uciekają radosnym truchcikiem jedna
po drugiej, popychając się i łącząc w biegu, niczym niesforne dzieci
przedwcześnie wypuszczone z objęć.

Wypadają przez uszy z łoskotem?
Jak rozsypane klocki.

Malavi jest trochę bledsza,
trochę śpiąca,
niestety, nie jest ani trochę bardziej milcząca…


Skórę mam, taką jakby bledszą, papierowa smuga kładzie się milczeniem na
zarysie ciała i przylega twardo, stając się wdzięcznie zespoloną i
nierozerwalną.

Papierem się owinęła? Mam nadzieję, że nie
toaletowym.

Jako ta mumia w papier owinięta, leżała i myślała o
wieczności.

Mój boru, a ja myślałam, że to ja mam ciężkie
migreny okołomenstruacyjne.

Dopiero teraz rozumiem istotę ciszy; ona podchodzi stęskniona
z wahaniem i współobjęta ze spokojem, który przysiada również na skórze,
głaszcze cicho i łagodnie…’

„Cisza – niekiedy tylko pająk siatką wzruszy,
Lub przed oknem topolę wietrzyk pomuskuje;
Och! jak lekko oddychać, słodko marzyć duszy –
Tu mi gwar, tu mi uśmiech myśli nie krępuje.”

Rankiem ludzie rozumieją dużo więcej, niż nocą. Poranki
są pożywką dla spragnionych mistyczności dusz, uwięzionych między warstwą
światłoczułą doczesnego świata, a niebiańską konstelacją migotliwych gwiazd,
które kuszą.

Taaa, powiedz to ludziom zrywającym się
przed piątą do pracy (albo studentom dojeżdżającym z daleka na uczelnię),
którzy, kiwając się sennie, myją zęby z zamkniętymi oczami i próbują nie zasnąć
w tramwaju, a pierwsza kawa jest dla nich niczym czarny, smolisty eliksir
życia.
…oszlag, udzieliło mi się! Pomocy!

Uważaj, Jaskier, wpadasz w żargon, to
zaraźliwa maniera.

No, ja o wpół do siódmej odkrywam w
pociągach nieprzebrane pokłady mistycyzmu i światłoczułości doczesnego świata.
Czasem nawet obcuję z pulsującą feerią bogactwa ulotnych, mięsistych zapachów
życia, gdy siądzie koło mnie jakiś żul.

Skoro już się tak zwierzamy, mnie się zdarza
doznawać roztańczonych baniek eksplodującej entuzjazmem młodości, gdy trafiam w
autobusie na dzicz gimnazjalną.

Obmywała twarz powoli i starannie zimną wodą, która mroziła obficie i
czule labilne [czyli kiwające się na boki],
rozhukane komórki [ganiające się z wrzaskiem w te i
nazad]
jej zaróżowionych policzków, zmarszczonego zawadiacko, ‘po
psiemu’ nosa [wzorem pekińczyka? takiego czarnego i wilgotnego?] i posklejanych
drobnymi diamencikami nocy rzęs [po prostu miała
zaschnięte ropne "śpiochy"]
, spod których wysypywał się
jeszcze jaskrawy blask
Laser w oczach z rana, lepszy niż śmietana!
rzucający arytmetyczne cienie
czyli jakie? Dodane, odjęte, pomnożone i
podzielone?

na wzburzoną taflę wody.
Aha. W umywalce.
Albo w sedesie.

Przetarła dłońmi wzdłuż linii kości policzkowych, delikatnie szczypiąc się w
skórę, by sprawić, że małe, niebieściutkie żyłki zaiskrzą się
Ona SPARKLI? To Cullenówna?!

a soczysta krew rozpulchni wzorzyście ich koryto udrażniając tym samym jej
ambiwalencję uczuć.
Cytując Adasia Miauczyńskiego… Dżizus, kurwa, ja
pierdolę!
Przekładając na polski: panna szczypie się w
policzki, żeby uwidocznić pękające naczynka.

Dwie, duże krople zatrzymały się ostrzegawczo tuż przed linią horyzontu powiek.
Ej, moje powieki chyba nie mają linii horyzontu. :(
No i kolejne kompleksy do kolekcji, ech…

To był horyzont zdarzeń, a za nim czarna dziura
źrenic, wsysająca wszystko w promieniu parseka!

Osobliwość. To jest to słowo, które przychodzi mi
na myśl podczas czytania tego opka.

Po omacku sięgnęła po wiszący milcząco na ścianie ręcznik
Wisiał milcząco, bo zatkało go z wrażenia.

i w chwilę później poczuła jego niepoprawną jedwabistość
A tyle razy nakazywała mu nieugiętą szorstkość
papieru ściernego…

pocierając nim rozwiąźle [i wszetecznie] całą
twarz.
Oby tylko z nim w ciążę z tej rozwiązłości nie
zaszła, wzorem czytelniczek BRAVO.

Nie wiem, czemu mam wizję boChaterki w formie
pieska z rozhuśtanym kuprem, gwałcącego ręcznik.

Nie miała tu lustra, więc nie przyjrzała się sobie i nie spostrzegła, jak
kunsztownie wyglądała dzisiejszego poranka z (Korynckimi
kolumnami jej loków, renesansową białością cery i barokową sylwetką, zapewne)

włosami spuszczonymi (ze smyczy) luźno
wzdłuż zgięć ramion.
Wprawdzie nie mam zgięć ramion, ale też mam włosy
najczęściej „spuszczone luźno”. Czy to znaczy, że jestem
kunsztowna?^^

Tylko czasami. Bez zgięć ramion to nie to samo.

Przywdziała drżące ciało (O, był taki film!)
w zieloną sukienkę do kolan
Sukienka ubrana w drżące ciało z aprobatą skinęła
kołnierzykiem i potruchtała korytarzem w dal.

i oparłszy się potylicą o gęsto zabudowane [czyli
zamurowane]
okno utkwiła wzrok w naiwnej imitacji świata
Na zamurowanej powierzchni namalowali widoczek? To
miłe.

Wiesz, są takie optymistyczne fototapety z palmami
nad brzegiem oceanu, może o to chodzi?

którego obawiała się już nigdy więcej prawdziwie nie poznać i nie pokochać.
No i dobrze, raz – i wystarczy. Sami widzimy, że
skutki są fatalne.

(-Fragment erotyczny-)
Nie, nie dajemy czerwonego kwadracika, bo mimo
wysiłków aŁtorki, nikogo ten opis nie podnieci.

Tom kocha się z Leni, której nie darzy zbyt wielkim
uczuciem, ale jednak coś go do niej ciągnie.

Zachłannie i spazmatycznie przejechał zwilżonymi wilgotnym powietrzem (Są w saunie, czy stoją na deszczu?) ustami po
delikatnej fakturze jej szyi, a następnie dekoltu, równocześnie obejmując
dłońmi dwie, jędrne piersi kołyszące się cicho w zmysłowym tańcu, których
zarumienione brodawki niczym dwie siostry jaśniały na mapie jej ciała.
O fu, ma świecące pryszcze na cyckach?
Fosforyzujące, żeby w ciemności było widać gdzie ma
przód, a gdzie tył.

Bo to Leni Krasnosutowa, krasnoarmiejka z
Krasnojarska!

Czuł na sobie jej przyspieszony oddech, kiedy przebierała subtelnie uchylonymi
różanymi ustami w poszukiwaniu powietrza w dusznym pokoju.
Jej usta dreptały nerwowo w miejscu, rozglądając
się za źródłem tlenu.

O matko! Kłapała, jak karp w wannie?!

Kątem oka dostrzegł koniuszek języka pomiędzy rozpostartymi ramionami dwóch
pełnych, rumianych warg,
Wargi mające ramiona. O matulu, ja ginę.
I proszę, NIE chcę wiedzieć, o które wargi chodzi.

A słowo „ginę” z niczym się w kontekście
warg nie rymuje :P

To była Madame Cthulhu, z mackami w
okolicach paszczy, ot i wsio!


z których tak lubił spijać nektar wspólnej przygody pachnącej poranną kawą i
upojnymi nocami.
Tu z kolei ja nie chcę wiedzieć, jakie pozostałości
po upojnych nocach spijał z jej z warg.

Jego uważne, staranne dłonie badały każdy milimetr
jej rozgrzanego, drżącego ciała. W całym swoim przekonaniu o swojej prawie, że
boskiej wielkości, z każdą mijającą sekundą czuł jak na nowo rozsypuje jej
kruchutkie życie, przebrnąwszy przez skroploną boskość skóry,
Boru, to brzmi, jakby on ją kroił, czy coś.
No pięknie – upojna scenka, aż tu WTEM: Piła V.

Rżnięcie jest rżnięcie – zauważyła filozoficznie
Szpro, kątem oka rejestrując dwie boskości w jednym zdaniu.

Mnie jednak zastanawia ta „boska
wielkość” Toma. Mam dziwne wrażenie, że nie chodzi tu o jego status
gwiazdy.
Godsize: kingsize upgraded.

przeorawszy spójną ochotą wszystkie podskórne tkanki
i przyspieszając bicie jej serca, które tańczyło na krawędzi obłędu ukryte
gdzieś pod alabastrową powłoką, którą tak doskonale znał.
ALABASTROWĄ powłoką?! To ona serio jest z rodziny
Cullenów! W końcu Edzio też był jako ten marmurowy posąg.

Pamiętacie alabastrowy baldachim? Runął w środku
nocy i teraz tak ma…

Co to jest spójna ochota, którą można orać podskórne
tkanki. To chciałabym wiedzieć.

Pewnikiem jakiś nowy, japoński wynalazek.
Obawiam się, że on jej tę swoją boską
wielkość aplikuje nie tam, gdzie zaplanowała to Matka Natura.
Ciemno jest, trafić nie może ;)

Zamknął jej podatne na jego wyuczone pieszczoty ciało w silnym uścisku swoich
umięśnionych ramion i przysunął ją do siebie bliżej, przylgnąwszy do niej
ciałem, które zmieniało już swoją naturalną kształtność i kąt załamania.
Mówiąc inaczej – było już tylko bezkształtną masą
mięsa.

No i przemielił ją na krwawy dżemik, podły sadysta. A taka pocieszna Marysójka
z niej była.

Mnie się zdaje, że to raczej Tom doznaje erekcji
całym sobą… innymi słowy: staje mu, co tylko może.
Tja. Oczy w słup. I zegarek.

Nieudolnie sapnął jej do ucha nie kontrolując się i wodząc niespokojnymi dłońmi
po gładkim udzie blondynki.
Po czym wziął się w garść i wydał z siebie serię
profesjonalnych, w pełni kontrolowanych sapnięć.

-Khem, khem, jak to było…? Aha: tak, tak! Chcę
pływać w Twoim jeziorku!

Będąc z nią w tej ich wspólnej rozkoszy, która oplatała ich niczym
najszczelniejszy kokon, czuł zawsze, że nie obejmuje ziemi, której zapach i
smak pozostaje jedynie ulotnym złudzeniem,
Nie polecam smakowania ziemi. Może zawierać zakopane
przez pieski odchody, ropuchy, dżdżownice i inne takie.

- Cio jeś? – Mięśko. – A śkąd maś? – Psipełzło.

że nie obejmuje kości złożonych niczym w ofierze pod utkaną z surrealności
skórą;
Było jej nie przerabiać na mielone – co się teraz dziwisz, że ni kosteczka się
nie ostała?

Taki surrealistyczny tatar? Ani to zjeść, ani oczu
czym nacieszyć.

Połączeni w agonii i oderwaniu od wszelakiej
rzeczywistości, która w istocie przecież wciąż gdzieś była; za ścianą, za
następną ulicą, w innym mieście, na innej półkuli, spletli ręce oparłszy je o
zimną, nieczułą na ich pieszczoty ścianę.
Zła ściana, podła ściana! Jak można być tak
nieczułą! Proszę natychmiast zmięknąć, ocieplić się i przyłączyć do imprezy!

Krew pulsowała siarczyście w obrębie ich
złączonych ciał,
Tętnice wycinały rześkie hołubce,
pokrzykując „hu-ha!!!”.

I dalej w ten deseń. Mówiąc innymi
słowami: Tom w nią weszedł i razem jęczeli do rana.


Gdy było już po wszystkim, zwinną dłonią sięgnął do kieszeni spodni po nową,
nie odpakowaną jeszcze paczkę papierosów.
Jakie to banalne… Ałtoreczka powinna napisać, że
wydobył z czeluści swego odzienia obietnicę wonnego dymu i relaksu po
frenetycznej chwili rozkoszy.

A mnie się nasuwa taki obrazek [uwaga, czerwony kwadracik!]

Leni wyciągnęła wyczekująco uchyloną dłoń i podał jej zgrabnie opakowany filtr
Sam filtr, bez papierosa?
A co! Jeszcze się dziewczynie we łbie
poprzewraca od dobrobytu!

Uchyliła zmysłowo usta i umieściła go zadziornie pomiędzy czerwonymi wargami w
oczekiwaniu na ogień.
A Prometeusz jak nie nadchodził, tak nie
nadchodził…

Bo on zawsze wpada jak po ogień.

Tom uśmiechnął się szeroko, myśląc, że w każdym swoim
ruchu jest tak niesamowicie seksowna. Leżeli chwilę w całkowitej ciszy, obok
siebie, przypadkowo dotykając się jedynie łokciami, podczas gdy w całym
hotelowym pokoju wciąż pachniało jeszcze ogniem, który sami rozniecili
…ej, weźcie otwórzcie okna. Serio.

i rozbrzmiewała muzyka ich dwóch połączonych, zespolonych z sobą w dzikim,
odwiecznym tańcu ciał.
Takie wilgotne „ciamk, ciamk”?
To plemniki popiskiwały wściekle, kłębiąc się w
porzuconej prezerwatywie. A echo ich krzyków niosło się w dal…

Potem będą tłoczyć się przy bramie niebieskiej, z
niemym wyrzutem w opuszczonych ogonkach.

To był śpiew poczętych Schrodingera.

Ułożył dłonie na szczupłej talii dziewczyny, jej
jasne włosy koloru dojrzewającego słonecznika
Czarno-żółte?
Z zielonymi końcówkami.

ponownie oplotły go niczym macki i połaskotały po
nagiej klatce piersiowej.
Yay, tentacles! :D
Weźcie ostrzegajcie, obiecywałam sobie już nie
oglądać pornosów z mackami.

Przecież mówiłam, że to Madame Cthulhu!

Bill wkroczył do kuchni pewnym krokiem, zdjął
piszczący akurat czajnik z gazu i wyłączył buzujący pod nim rudawy jęzor ognia.
Jego ruchy były zwinne, wyuczone;
Hurra, potrafi zagotować wodę. Gratulujemy.
Swoją drogą, czego im tam dosypują do gazu,
że płomień jest rudawy, a nie niebieski? Soli wapnia?

Doceńmy to, że ma w domu czajnik na kuchnię
gazową, a nie jakiś burżujski, elektryczny. Bycie bogatym zobowiązuje,
nieprawdaż.

otworzył górną szafkę, wyjął z niej szklankę z
grubego szkła i zalał w niej wywar z rumianku,który był jego słodką tajemnicą
sukcesu; magicznym eliksirem, pożywką dla jego cennego głosu.
Łaaaał! Ałtorka zdradza nam najpilniej
strzeżoną tajemnicę Billa, podziwiajmy, doceniajmy!

Kurde, tyle lat pijam rumianek i żadna
wytwórnia się o mnie nie zabija :(

Bill uniósł ręce w tajemniczym geście
Różdżka z chochli owiniętej sreberkiem i spiczasta tiara
z napisem „Maggus” wyszywana cekinami jakoś nie dodawały mu powagi.

i objął brata spojrzeniem, w którym nie było
pojedynczej nutki zniecierpliwienia, czy zdenerwowania. Ambiwalencja kładła się
wzdłuż linii ciemnych rzęs, szemrząc cicho i niecierpliwie cenne wskazówki.
A po ludzku: rzucił mu dwuznaczne spojrzenie.
Trochę go zachęcał do zupy pomidorowej, a
trochę kazał mu spospierdzielać.

Oj tam, ja tu sobie wizualizuję gadającą
ambiwalencję na jego rzęsach, a Wy tak prozaicznie!


[I znów rzut oka na Malavi w szpitalu]

Zwinnymi ruchami rąk, niczym dwojgiem perłowoskrzydlatych motyli upięła włosy
ciasno w kok i przewiązała go atłasową wstążką.
Tak jej się te ręce trzepotały? To się chyba delirium
tremens
nazywa.

Albo się nasłuchała nieodpowiednich rzeczy.

Trwał z tyłu jej małej, kształtnej głowy, gruby, ciasno pleciony, niby tajemny
towarzysz niedoli przybyły, by dzielić z nią to, czego nie mogła sama obdzielić
drżącymi dłońmi skrawek po skrawku, okłamując zgubną codzienność.
Tak, włosy jako towarzysze niedoli. Szczęściarzy
poznaje się po tym, że łysi są jak kolano.
*patrzy na wzburzoną falę włosów, spływającą
wzdłuż jej ciała niczym złocista rzeka* Moi Przyjaciele! Nie wiedziałam, że mam
Was aż tylu!

WTEM! Pigmejka odkryła, do czego służy
grzebień i teraz już wie, ilu ma przyjaciół :P

Ha! Zdradzieckich przyjaciół, którzy
opuszczają mnie w potrzebie, zwijam w kłębek i spłukuję w kiblu.

Soczyste barwy świtu i poranek skrzącego blasku.
Cały świat zmienił się w Edwarda?
Oby nie. Sparklenie jakoś zniesę, ale ta ciągła
mina pełna niesmaku…

Skończywszy, przesunęła wpartymi o grzebień palcami, by za pomocą jedwabnych
opuszek dokonać oględzin swego kruchego dzieła.
Ano, też często sprawdzam, czy mi włosy nie
sterczą.

Szczęśliwe te, którym nie sterczą!

Przerzucała zdezorientowany, znudzony wzrok po przedmiotach spoczywających w
sztucznym ładzie Identycznym z naturalnym.
Zawierającym śladową ilość orzechów arachidowych.

naprzeciw niej na stoliku. Jej atłasowe spojrzenie natrafiło w końcu na
niewielki kubeczek z lekami; cztery różnokształtne i odmiennobarwne kapsułki
przytulały się w środku do siebie ciasno
Kwiliły przy tym cichutko – w opakowaniu było im
ciasno i ich kapsułeczkowe nóżki im zdrętwiały.

Zawahała się chwilę, nim wyciągnęła ku nim dłoń.
Uciekły z wrzaskiem na przeciwległy koniec kubka.

Wysypała je na otwartą ufnie poduszkę dłoni; ukazały się ich ciekawskie łepki
Po czym pigułki spojrzały na nią zachęcająco swoimi
malutkimi oczkami.

połyskujące tajemniczo w niebieskiej mgle sufitu,
Jeszcze nie wzięła prochów, a już jej się
rzeczywistość mgłą zasnuwa? Oj, niedobrze…

po której spacerował leniwie złoty snop światła czule obejmując twarz skulonej
na krześle postaci
i łaskocząc ją za uchem ze złośliwym chichotem. A
później zabrał ją w podróż po kolorowej Krainie Kucyponków.

Zamarła w owocnym oczekiwaniu z burzą myśli w głębi czaszki.
Kiedy wreszcie porządnie zadziała ten stuff i
totalnie odlecę? Dealer obiecywał cuda, a tu tylko gadające pigułki i
samobieżne snopy światła – foch!

Szarpnęła się jak zwierzątko w klatce i szybkim ruchem ręki wsypała sobie
wszystkie lekarstwa do rozchylonych, karminowych warg, na których osiadł drobny
pyłek i strużka hybrydowego szlaku światła.
Z czego składało się to światło, że jego strumień
był jakąś sklejką?

Było lepkie i leniwie, jak w Świecie Dysku.

Jednym ruchem zmusiła swój anarchiczny przełyk, by przesunął tabletki dalej w
głąb jej wiotkiego ciała
Na szczęście, żołądek okazał się całkowitym
konformistą i przyjął dar bez protestu.

Na szczęście, obyło się bez dopychania palcem.
Przełyk jednak nie zamierzał kapitulować. Po
chwili z jej ust wysunęła się lista postulatów i koktajl Mołotowa.

i świsnęła długim, ciężkim oddechem, który zabrzmiał kruchym echem pośród
obezwładniającej bieli ścian.
Świiiiiiiiirrr!!!
Ściany skuliły się w popłochu. – Piszczy, że aż się
dupa marszczy – mruknęła z niechęcią jedna ściana do drugiej.

Niewidzącymi oczyma zasępionymi nieprzejednaną mgłą
rozglądała się wokół, chłonąc jednostajność kątów i kształtów niewielkiego
pomieszczenia, ciągłość barw i fałszywą niezmienność stanu rzeczy. Nie
wiedziała, co teraz ze sobą począć.
Tu masz wałek, wiadro z farbą i do roboty!
Meble też możesz poprzestawiać, a co.

Właśnie, zlew mam do przetkania.

Każdego poranka, budząc szeptem lukrowane wargi,

Na cholerę ona je cukrem smaruje?

które z kolei wzniecały cynobrowy oddech
Wydychała chmurę w TAKIM kolorze? Sugerowałabym wizytę u dentysty…
Koniecznie, bo od takiego oddechu matowieją
szklanki w kredensie.

ukryty w krystalicznych kroplach ambrozji (Hmm… pluła śliną?),
poddawała się w głębi swojej udręczonej duszyczki tej mozaice cieni i kruchości
współrzędnych tego zwariowanego świata, w którym przyszło jej żyć.
Nie, nie. To nie świat w tym opku jest
zwariowany.

Z biegiem dni wypełnionych lirycznym
oczekiwaniem na nieokreślony w swej jedwabnej naturze cud,
Japierdolę, ona naprawdę losuje słowa z
kapelusza…

Pozwolicie, że sobie lirycznie zaryczę jakąś
mahakamską pieśń bojową?

czuła jak z każdą mijającą nieubłaganie
godziną jej życie i jej świat wymykają jej się z rąk.
Świat, który znała i którego nienawidziła upadał rozjuszony brzaskiem na
karmelową podłogę,
Karmelki? Mniam. A może to domek z piernika?
Za to świat rozjuszony (czyli bardzo, ale to
naprawdę bardzo wkuropatwiony) brzaskiem to miód, słód i karmelki. Padł na
podłogę, czyli jak mniemamy – u jej stóp.

Nie mówię, że nigdy nie jestem rozjuszona
brzaskiem, ale u moich stóp raczej się wtedy ścielą głodne koty niż cały świat.

Jeszcze kilka takich metafor i u moich stóp
zaczną ścielić się czyjeś zwłoki.

nieomal w każdej sekundzie swojej egzystencji
czuła jak łakome jęzory przeszłości ścigają ją i kradną jej skórę, zamiast tego
zostawiając jedynie lęk pod porcelanową powierzchnią.
Na złuszczający się naskórek polecam peeling i
tłusty krem dobrej firmy.

Ale ona woli dać się wylizać łakomym jęzorom.
Na pewno jest to przyjemniejsze, ale o
skuteczności chyba nie ma co mówić.

Zatem przeszłość ma taki po kociemu szorstki
języczek? Słodko.
Hmmmm…. mrrr… chyba mam atak
nostalgii…


Nieokreślone uczucie stabilności i oderwania zstępowało na nią, gdy pojawiał
się On. Maluczki, mając się za wielkiego, uwielbiony przez świat, którego ona
nienawidziła i którego się bała. Za każdym razem, gdy się tu zjawiał i
rozmawiał z nią, spoglądał w jej przestraszone oczy, ukradkiem muskał jej skórę
spojrzeniem ledwie wyłuskanym z zalotności, eufemicznym oddechem bliskości
zamrażał jej lęk i niepewność.
Skoro „oddech” był eufemiczny, to znaczy,
że… on jej dyszał lubieżnie prosto w twarz, opluwając ją śliną i resztkami
śniadania (które utkwiły mu między zębami), czy co?

Ział z pyska lodem. Eufemicznie zaś wydychał
bliskość.

Słodka hibernacja potęgi uczuć, które spędzają sen z powiek i zatrważają popiół
na wargach,
Tak się kończy palenie filtrów zamiast papierosów -
tylko się popiołem usyfisz.

gdy deszcz sypie się stromymi zboczami z Olimpu pragnień i tęsknot zapisanych w
pamiętniku.
*brak konstruktywnego komentarza*
Ja to sobie rozrysowałam: zapisuje pragnienia i
tęsknoty w pamiętnikach w takich ilościach, że dałoby się z kolejnych zeszytów
usypać Olimp. To wyjaśnia, czemu deszcze się sypie, a nie leje bądź spływa.

On nie był takim. Bill Kaulitz nie był takim, jakim chciała, by był. Z rozjuszonych,
niczym dzikie bestie powodów nieznanych nawet samej rozochoconej sobie, chciała
by był słabeuszem, pozbawionym aspiracji i wyciśniętym z emocji, którymi mógł
ją obdzielić i robił to, tak jak wyciska się soki z dorodnej cytryny.
Znaczy: rozochocona bohaterka wściekle
pragnęła, by jej trólawer był zwiędłym flaczkiem? No nie ogarniam, w żaden
sposób nie ogarniam.

Typowo marysiosójczana chęć posiadania
podnóżka.


Nie znosiła, gdy panoszył się ze swoim rozmarzonym, świszczącym oddechem
zabierając jej powietrze,
To po co brała sobie za kochanka astmatyka?
Bo ci z romantycznymi chorobami krążenia się
skończyli.

Wyczuwała instynktownie jego obecność i
niezmiennie zalewała się winnymi sokami sprzecznych emocji,
Boru… przez chwilę sądziłam, że aŁtorka
inne „soki” ma na myśli…

Pigmejka i jej chore kolibry skojarzeń. A
tymczasem panna dygotała na dźwięk jego kroków i ustawicznie oblewała się
napojami.

z których najistotniej i najprecyzyjniej
potrafiła wyodrębnić podobne sobie antonimy
Platońska idea antonimu: antonim antonimu to
synonim.

Zabierzcie jej ten słownik wyrazów
bliskoznacznych. Oraz wyrazów obcych. Zabierzcie i spalcie.

Tylko razem z nią.

jak radość, niepokój, ciekawość, melancholia.
Ciekawe, które z tych pojęć (według aŁtorki,
rzecz jasna) są antonimami?

Wolę nie dociekać. Mam wrażenie, że
aŁtoreczka używa jakiejś frazy na zasadzie „to ładne słowo i na pewno coś
znaczy”.

- Stefek, ty się uczysz francuskiego,
powiedz mi, co znaczy „rien”? – Nic. – Niemożliwe, coś musi znaczyć…

Nigdy nie tęskniła. Zawsze kazała mu długo na
siebie czekać, bezwiednie starając się ubrać w kruchutkie słówka emocje, które
szargały nią w spazmach bezsilności i jakiegoś okrutnego konszachtu z diabłem „Spazmy okrutnego konszachtu”. Kto mógł przypuszczać,
że to aż tak komiczne będzie?

Swoją drogą dobra nazwa na kapelę.

który ktoś zawarł o jej duszę. Jednak te
dni, kiedy ją nawiedzał
Diabeł? To nie tylko duszę zaprzedała, ale i
ciało!

Inkub, inkub!

jej skórę skropioną wonną emocją
O fu, spocona szła na spotkania z nim?

owiewał jego przyjemny zapach emfazy i
ulotności;
Tu na odmianę unosi się odór egzaltacji.

te dni zawsze wyznaczały jakiś początek i
podobny mu koniec. Wyczekiwała ich, jak wyczekuje się pierwszego pocałunku,
blichtru miłości.
Naprawdę, nie było ostatnio jakiegoś
konkursu na Mistrza Doboru Najidiotyczniejszego Synonimu?

Sapiąc cichutko, udała się do sali, w której, jak
zawsze, już na nią czekał.
Albo też ma problemy z układem oddechowym,
albo jest rozmiarów niewielkiej orki. Rzeczywiście, sam seks i subtelność.

Zatrzepotała bezwiednie rzęsami, spod których
posypał się posrebrzany blask
Było kłaść tyle brokatu na powieki? Teraz Ci
się cała twarz będzie świecić jak psu j… język.

Nie, to te lasery przesączały się przez
nazistowskie rzęsy.
Ale swoją drogą faktycznie rzężą jak dwa
Lordy Vadery.


Na jego zmęczonej twarzy wymalował się
trzepotliwy uśmiech [ach, ten łopot
spragnionych ust!]
, a na policzkach już
wcześniej, zanim tu przyszła, wykwitły dwa, dorodne rumieńce, zapewne od
szybkiego kroku; rumieńce, które dodały mu czegoś dziecięcego i frywolnego.
Temu kroku nadały.

- Masz papierosa? – wychrypiała, mrużąc uwiędłe spojrzenie.
Odsunął się od niej lekko.
Na widok uwiędłego spojrzenia każdy by się odsunął
na bezpieczną odległość.
Na takie zagajenie, wyartykułowane ochrypłym
głosem również.
Gorsze jest tylko usłyszane nocą: „kup
pan cegłę”.

- Nie wolno mi tego robić, Malavi. Wiesz o tym.
Prychnęła cichutko.
- I nie kusi cię czasem, by złamać zasady?
Uśmiechnął się.
- Robiłem tak, kiedy byłem młodszy.
- Coś tam słyszałam. Schładzane piwo, narkotyki i nagie tancerki?
*Idzie do lodówki po piwo i z nadzieją czeka
na dalszy rozwój wypadków*

- Po części.
- Więc nie zaprzeczasz?
- Dlaczego miałbym to robić? – żachnął się rozwiąźle. I lubieżnie.

Jej dziewczęcą twarz przeciął zwalisty uśmiech.
Po czym uwalił się ciężko w okolicach jej kolan,
zostawiając jej na policzku solidnego siniaka.

Zwalisty jak Pudzian.
Wzniosły jak góra lodowa.
A przeciął kataną, ofkoz.

Cisza przysiadła na brzeżku nagiego stołu i
wlała im się do ust, do serc i do umysłów.
A zwłaszcza do umysłów.
ZIUUUUU. A tymczasem dragów i gołych bab jak
nie było, tak nie ma!

Ale piwo nieźle się schłodziło.
Akurat jedyna rzecz z tej trójki, która mnie
nie interesuje, pfff.

Przez okno zamknięte wśród bezlitosnych krat zaglądało tu wiosenne słońce
kładąc swój blask na ich roztopionych echem przebrzmiałych słów twarzach.
Roztopione mięśnie i skóra skapywały powoli
na podłogę, tworząc u ich stóp woniejącą intensywnie kałużę padliny.

- Kiedy byłem ostatni raz w Paryżu, usłyszałem
tam pewną opowieść. – zawahał się, rozjątrzając słodką ciszę, które pieściła
płatki jej uszu.
Rozjątrzona do granic wytrzymałości cisza
jak ich nie pizgła w łeb!

Bill opowiada bajkę, tak nieprawdopodobnie
poetycką, że zupełnie nie wiadomo o co w niej chodzi, ale za to strasznie
ucieszną:


- Pewnego dnia w nadmorskim mieście pojawił
się nieznany nikomu kupiec. Kupiec ten był już starym człowiekiem, miał dłonie
poorane ciężką pracą i ciemne plamy wykwitłe na skórze, niczym najpiękniejsze
kwiaty.
Po pierwsze – kupcy nie mieli rąk jak oracze
i gnoju rozrzucacze, po drugie – starcze plamy na rękach trudno jest porównać
do najpiękniejszych kwiatów. Chyba, że miał jakąś zgorzel wielobarwną…

Cicho, aŁtorka pochyla się nad bożymi
prostaczkami. Idzie jej uroczo nieporadnie.

Ach, te kwiaty o wątrobianych płatkach…

Przybył do miasta rankiem, nadciągnął nagle i
niespodziewanie (z siłą wodospadu), gdy ono budziło się dopiero do życia. Swoim tkliwym
nawoływaniem zawstydził mieszkańców,
U nas też taki bywał. Wysiadał z ciężarówki,
stawał pod oknami kamienicy i darł się na całą ulicę:
- Kaaaartoooofleeeeeee!!!

U nas z kolei tkliwie nadmieniali: – Noże
ostrzę.

No patrz, a u nas tylko „Co tą mordę
drzesz, kurwa?!”. Też tkliwie, rzecz jasna.
…ale dlaczego zawstydził? Czym on
handlował, na Bora, wdziękami przydrożnych grzybiarek?!

Oni nie umieli tak głośno (i tkliwie).

choć także i poruszył ich serca spragnione
niezwykłości i tajemniczego powiewu nowości, który wtargnąłby w ich niemrawe
życie, niczym świeża, morska bryza i je odmienił.
Nom, takie purée z młodych ziemniaków to
całkiem fajna sprawa.

Gdy ludzie zaszli do niego, natychmiast
spostrzegli bogato wyposażony straganik, na którym błyszczało od różnorodności
ze wszystkich stron świata, z najdalszych nawet zakątków; były tam więc
grzebienie z kości słoniowej, które kupiec przywiózł ze sobą z dostojnych Chin,
wyszywane złotymi i srebrnymi nićmi, parchate dywany z Peru,
Parchate dywany były wyłysiałe, z egzemą,
liszajem i ropnymi wykwitami. Ludzie po prostu walczyli na noże, aby kupić
sparszywiały i owrzodzony dywan z Peru. Persowie w tym czasie gryźli pazury z
wściekłości, bo ich kobierce, jak na złość, były piękne, miękkie i puszyste.

*Kura tarza się po podłodze, wyjąc z
uciechy* No tak, kurde, perskie bo z Peru, ale parchate…? Może robił
je Kubuś Parchatek?
Może ałtoreczce skojarzyło się z purchawką?
Że takie puchate pff pff robią, jak się je depce?

Tak czy inaczej – grzybnia.

różnokolorowe Sari z Indii
Te to miały szczególne wzięcie u okolicznego
chłopstwa, bo jak wiadomo, rozśmieszona krowa daje dwakroć więcej mleka niż
smutna.

wiele innych egzotycznych wspaniałości. Ludzie
z błyskiem w oczach wykupywali wszystko za pełne garście pieniędzy,
- Panie, po ile to sari? – Dwie garście
miedziaków! – A tamto z lewej? – A to tylko pół garści (i gardło sobie
podrzynam!)


aż w końcu na stole została jedna, jedyna
muszla. Była duża, perliście pełna,
Muszla pełna czego? Bo przecież nie o muszli
klozetowej tu mowa…

No, pełna tego glutowatego, śmierdzącego
ślimaczka w środku.

utkana z blasku, lecz całkiem zwyczajna. Ot,
muszla,jakich pełno.
Fakt, te obrośnięte farfoclami małże omułka,
które znajduję nad Bałtykiem, jak jedna są utkane z blasku i perliście pełne
jakiegoś syfu.

Ale muszla ta była w istocie niezwykła; gdy
przyłożyło ją się do ucha, nie słychać było szumu morza, ale (wyniki totolotka na przyszły tydzień) pieśń. Dla każdego inną, lecz podobnie nostalgiczną i
melancholijną, gdyż każdy kto przykładał muszlę do ucha słyszał ni mniej, ni
więcej, tylko zawodzoną cicho pieść utkaną z własnych wspomnień,
Pięść utkana z własnych wspomnień. To ja
sobie wetkam pięść w oko i opiszę Wam wspomnienia, dobra?

a ich ramiona owiewał powiew przeszłości, która minęła i nie mogła już dłużej
trwać.
W przeciwieństwie do innych przeszłości, które wprawdzie mogły minąć, ale
trwały.

Jedni rozpoznawali w pieśni swoje wspomnienia i odchodzili ze spuszczonymi
głowami, inni, przyzwyczajeni do schematyczności i nieczuli na niezwykły kunszt
pieśni, oburzali się, pytając kupca jak to możliwe. Kupiec zasmucił się, gdyż
wiedział, że oni tego nie zrozumieją. Odparł tylko; nie w każdej muszli
słychać morze.
I tak oto dobrnęliśmy do końca opowieści, a
sensu jak nie było, tak nie ma.

To ja zaczekam, aż to minie, skoro nie można
mieć nadziei, że nabierze sensu.

A jak to okaże się tym rodzajem przeszłości,
który nie mija i trwa dalej? *robi minę jak postać z Krzyku Muncha*

Przysiągłby, że w kącikach oczu zalśniły jej dwie, perliste łzy, zapowiadające
nowe czasy.
Nowe, wspaniałe czasy, w których łzy już nigdy nie
będą samotne!

Owszem: nie są diamentowe, lecz perliste, do
kompletu z zawartością muszli.


[Bill pogrąża się w rozmyślaniach]
[podoba mu się, więc pogrąża się jeszcze raz]

Rozglądał się po pokoju zanurzonym w gęstej, nitkowatej ciemności i osnutym
cichą, jednostajną melodią dźwięków mebli wypełniających pustkę i pracujących w
oddali przyrządów elektronicznych, które sprawiały, że życie było łatwiejsze i
nieco bardziej znośne.
Nie można było napisać, że łóżko jednostajnie
skrzypiało, a w kuchni szumiała lodówka?
Wtedy nie zostalibyśmy porażeni wizją
nitkowatej ciemności, mrocznej jak odchody bardzo chorego zwierzęcia.

Oj no, po prostu w pokoju dawno nikt nie sprzątał i
zarosło pajęczyną.

Westchnął cichutko, zanurzając mgliste spojrzenie w katatonii i pięciolinii
barw oraz załamów powierzchni, które przesyłał mu jego mózg i gdzieś pod kopułą
czarnych, naelektryzowanych ujemnie włosów tworzył obraz, który jawił się jego
zmęczonym oczom otulony jednolitą ciemnią.
Po takiej dawce prozy poetyckiej, ja wpadam w
katatonię i stupor.

*leci do Jaszy z solami trzeźwiącymi i kieliszkiem
brandy na wzmocnienie*

*wyrywa Pigmejce te burżujskie artefakty i sama
biegnie ze stakanem Rasputina i ogórem*

*podstępnie zza winkla atakuje szlauchem z zimną
wodą*

*źli się na Kurę* – wiesz, jak jest zimno? Mam się
przeziębić?

Asceza, moi drodzy, asceza! Medytujemy w strugach
lejącej się z nieba czekolady, raz – raz!

Ich bin Humanoid.
Ich bin Volkswagen.
Io sono Romeo. Alfa Romeo.
Chevrolet
non olet.

Nieprzejednany i nieogarnięty w swojej kuwecie
różnorodności, zachłannie bogaty w zdumiewające osobliwości, czarująco
nieokrzesany w swojej autentyczności, która od zawsze mu się wymykała [ku smętnej samotności] i którą na nowo łapał w
rozwiane dłonie szamocząc się w sidłach [namiętności]
rzadkiego, ziarnistego strachu i zwątpienia [rozwolnienia
oraz mdłości]
, bo przecież jak każdy był i jest tylko
człowiekiem
. [przedstawicielem ludzkości]

Bill w czasie wizyt w szpitalu wykradał z pokoju
pielęgniarek różne kolorowe cukierki, które wyjadał na wyścigi z Malavi. Czuje
się po nich wspaniale, wszystko go cieszy i śmieszy.

Tak jak śmieje się wciąż w nim jego jedenastoletnia, ufna jaźń, jego
czternastoletnia, rozmarzona dusza trzymająca w ręce ukochaną dłoń, jego
szesnastoletnie ‘ja’ ogarnięte buntem i wkraczaniem w stępioną dorosłość, – tak
jego dwudziestoletnia, ułagodzona jaźń pozostawała w zgodzie z dawną harmonią
dźwięków, które składały się na melodię jego chłopięcego, jasnego uśmiechu,
który raźnym krokiem wstępował na twarz.
Uśmiech wstępował raźnym krokiem, stukając piętami
o zęby.

Dajcie mi znać, gdy mój uśmiech zacznie emitować
jakieś melodyjki, bo otoczenie może tego nie znieść.
Nie, czekajcie, powoli, bo mi wyszło, że on
ma jaźń z rozdwojeniem osobowości, duszę i jeszcze jakieś zbuntowane
„ja”. Dobrze, że ałtoreczka nie dorzuciła do tego zdystansowanego ego,
rozjątrzonego id i zaborczego superego: wtedy by chyba biedaka rozerwało od
środka.

Nagle krzyknął „hej – rrrup!” i…
Wstał, unosząc podatne ciało jednym szarpnięciem i opuścił zadymiony pokój.

‘O milczeniu w gramie chwili…
…i o trzech tonach bredzenia na godzinę.

W szpitalu wzięto bohaterkę w obroty i
zaordynowano jej nowe, o wiele silniejsze piguły. Efekty widać natychmiast:


…Ziarenka mego żywota cicho, cichutko postukujące o dno szklanego
słoika, w którym od zamierzchłych czasów dzieciństwa trzymam zamknięte pod
kluczem marzenia;

Jeszcze jedna poetessa, która w magicznym słoiku
coś kisi, ale nie wiadomo co.

Smętne szczątki korniszona.
Ziarenka jej żywota? Może to wstępny etap rozwoju
„owocu żywota twego”? I tak je bezbożnie trzyma w szkle – czyli in
vitro?

Jeśli ona ma ziarenka w żywocie, to podejrzewam
kamicę nerkową.Tylko czemu je trzyma w klepsydrze?

Wielkomilud, olbrzym z powieści Roalda
Dahla, trzymał w słoikach złapane sny. Może ona jest olbrzymką?

nie wypuszczę ich [tych ziarenek żywota,
jakby ktoś zagapił się i nie wiedział o co chodzi]
, tak by wysunęły się
pośpiesznie z mych różanych objęć [tyle ma
samokontroli, że może bez końca opisywać swoje wdzięki]
i rozpierzchły
wraz z mrugnięciem okiem, które staje się równaniem codzienności.

Tabletki na nią patrzą, ziarenka żywota przed
nią uciekają… Nie ma co, wesoło jest.

Wyobrażacie sobie takie oko, które jest równaniem?
Gdyby było tylko od święta, to byłoby wystarczająco strasznie, a tu -
codzienność…

Znaczy co: patrzę w gorejące oko Saurona i myślę:
„dzień jak co dzień”?
No. Znów trzeba zapierdzielać z tymi fantami
na tę górę.
Na dodatek jednocześnie rozwiązując
równania.


One są [różane objęcia, oczy, równania, czy
może słoiki???]
zbyt kruche [aha, w takim
razie słoiki...]
, zbyt słabe, bym mogła odmierzać w nich [nimi! słoikami!] swoje godziny wspomnień,
zanurzonych w migotliwej wieczności, która kładzie się czekaniem i nie potrąca
przyczajonej na granicy pragnień chwili.

Kładzie się czekaniem i nie potrąca. Jeśli leży w
ustronnym miejscu, to niech sobie leży i nie przeszkadza.

Może nawet ma pluszowe posłanie z wyhaftowanym
napisem „Sparkling Eternity”.

Kładzie się czekaniem to kotka w rui przed kocurem.


Drżącym palcem wskazującym ocieram warstwę kurzu z myśli, które plączą
się po języku; a w uchylonych błagalnie ustach czuję jeszcze smak malin.

Jedna, co wprost przyznała, że myśli językiem.
Znaczy – bredzi, co jej ślina na język przyniesie. A że jako matołek nigdy nie
domyka paszczy, to ma tam grubą warstwę kurzu.

Ma permanentny zwis szczęki jak filmowa Bella
Swan? U, współczujemy, to strasznie nieestetyczne jest.

[Rzut oka na Toma]

Ziewnął przeciągle, ukazując na ułamki milisekund różane podniebienie
wyścielone miękkim aksamitem i potarł niespokojnie nasadę nosa, który
zmarszczył się dowcipnie pod wpływem jego nagłego dotyku.
Kurde, jakbym o kocie czytała…
(…na ułamki tysięcznych części sekundy? Nie
sądzę, by ludzkie ciało było zdolne do tak szybkiego ruchu, a oko do jego
zarejestrowania.)

A tymczasem zarejestrowało. Gdyby ziewał dłużej,
moglibyśmy rzucić okiem na jego okrężnicę.

Próbowałam wygooglać dowcipny nos i wyskoczyło mi
coś takiego
W sumie, jak nie patrzeć, ten nos na pewno jest
DOWCIPNY.

Powietrze wokół nich wypełniła cicha symfonia smoły,
Wraz z suitą siarkowodoru.
…by na koniec przemienić się w pośpieszne
staccato gazów jelitowych.


rozrzedzając i użyźniając pękate powietrze, które ciepłem tworzyło zakola wokół
jego jasnej twarzy.
Yyyy… pękate powietrze? Coś w rodzaju
superkawitacji? Pędzi pod wodą?

O takim drobiazgu jak wykluczające się pojęcia
rozrzedzania i użyźniania łaskawie nie wspomnę.

Uhm, może najpierw użyźnił powietrze tym no…
cichaczem, a potem rozrzedzał aurę, machając rękami?
To ci musiał solidnie machać, skoro miał ją
wokół twarzy.


Tom i Gustav rozmawiają
- O czym myślisz?
- O wszystkim i o niczym. Myślę o życiu, mój przyjacielu.
Perkusista skinął głową, jak gdyby na znak, że nie chce wdawać się w
jego wyidealizowane szczegóły i splótł krótkie, mleczne dłonie na podbrzuszu,
sumiennie przebierając palcami w gęstym od dymu i spalin powietrzu.
Jak to perkusista. Kładzie dłonie na rozporku i
przebiera palcami…

Sumiennie. Obowiązek obowiązkiem jest!
Wszystko się zgadza. Dłonie były mleczne, a
przecież wiadomo, że z mleka jest… śmietanka. :>



Podziwiał go za precyzję, z jaką przytyka do
rumianych warg papieros[a] i jak zachowuje niezmącony niczym spokój, gdy srebrnoszare
drobinki zwiotczałego tytoni[u] wplątują się w króciutkie rzęsy, obejmując je swymi
zdradliwymi łapkami.
Palę od studiów, ale jednak nie wtykam sobie
papierosa w oko.
I nie strzepujesz popiołu na rzęsy, prawda?
Nie, nigdy. Może dlatego, że do tego trzeba albo palić stojąc na rękach (sądzę,
że niewykonalne), albo zaryć twarzą w popielniczce – wykonalne, lecz
traumatyczne.

Albo palić pod duży wiatr. Wykonalne, ale
fajka zagasa.

I szczypie w oczy.

Myśli kłębiły się pod kopułą miękkiej czaszki
Boru, dwadzieścia lat, a jeszcze mu się ciemiączko nie zrosło?!
Wieczny osesek.
a migawki minionych chwil i słodkie,
frustrujące
O, słodka frustracjo przeszłości!
O, chwalebne zażenowanie!
obrazy przeszłości sprawiały, że czekoladowy
wzrok raz po raz zachodził dziwną,nierozeznaną mgłą.
Gucio tymczasem nadal sumiennie przebierał palcami,
a wzrok miał też cokolwiek zamglony.
Mleczne dłonie, czekoladowy wzrok…
Normalnie ludek z piernika. Bracia Grimm byliby zachwyceni.

Milczenie wypełnione poczuciem partnerstwa i
zrozumienia, przysiadło na granicy hebanowego stołu
i mahoniowego zdrowego rozsądku

i przyglądało im się z zadowoleniem, lustrując ich zwarte, skupione twarze.
Takie zwarte zacięte twarze nie wróżą nic
dobrego… *kuli się w oczekiwaniu eksplozji instynktu prokreacji lub
śmierci, lub obu*

Każdy z nich był przystojny na swój sposób; milczenie potarło z zadowoleniem
łapki i odleciało, wprawiając znużone powietrze w aksamitny ruch drgający.
Dobra robota – pomyślało z satysfakcją, odlatując.
Sympatyczny, niezobowiązujący slaszyk już wisiał w powietrzu.
*pędzi po papierową torbę celem nasadzenia
sobie na głowę*

Jeżu, jeśli ja kiedyś zobaczę własne
milczenie siedzące na krawędzi stołu, odstawię wszystkie używki, nawet slasze.

Na taki widok można zostać eremitą, żreć robaki i
do końca życia trzepać już tylko pacierze.

Satynowe kąciki ust Toma uniosły się delikatnie w
górę [a jak miały się unosić, w bok?!], marszcząc tym samym pełny podbródek i rozgrzane od słońca
policzki.
Czy Ty, słonko, kiedykolwiek oglądałaś
własny uśmiech w lustrze? Czy marszczył Ci się od niego podbródek? Albo
policzki, w wieku lat dwudziestu?

Bawełniane kąciki ust Szpro uniosły się we
wrednym uśmiechu, marszcząc tym samym strukturę wszechświata.

Odchrząknął, sygnalizując tym samym koniec rozmowy na ten temat, a Gustav
kiwnął głową, odrobinę nieporadnie i ociężale, jak gdyby ciążyła mu ona
niemiłosiernie, niczym kula u nogi.
*Wyobraża sobie upiornego Gucia z uciętym łbem,
przyczepionym łańcuchem do nogi*
Zważywszy żywość powyższego dialogu, wizja
jak najbardziej uzsadniona.

Aż się musiałam cofnąć, bo przez te
wszystkie epitety zapomniałam, że tam jakaś rozmowa była…


[Tom widzi przechodzące ulicą dziewczyny]
Obserwując ich poruszające się zalotnie pod
materiałem spodki pośladki, [pośladki
płaskie jak spodki? Fe.]
[nie chcę wiedzieć,
jak tłuste tyłki miały te panny, skoro same pośladki im się
"poruszały" podczas marszu]
poczuł
lekkie drętwienie w kroczu i żywą euforię rozlewającą się po podbrzuszu. Poruszył
się niespokojnie na swoim wiklinowym krześle, dotykając nieświadomie malinowym
koniuszkiem języka zimny metal wpleciony w przestrzeń warg.
Żuł metalową nogę stolika?
Nie, oblizywał łakomie kolczyk w wardze.
Banał.

- Wiesz co Gustav, będę się zbierał. – rzucił niespodziewanie, wstając i
uśmiechając się dobrotliwie widząc zdumioną minę swojego towarzysza.
Biedny Gustav. Znowu nici z randki, a tak
już dobrze szło.

Uff! *zdziera torbę*

– Mam jedną sprawę do załatwienia na mieście. Widzimy się wieczorem.
Perkusista tylko skinął głową, dając tym samym upust temu, iż akceptuje
wszystkie, nawet te najniezwyklejsze dziwactwa starszego Kaulitza,
upowszechniane przez niego przez całe lata i pożegnał jego oddalającą się
sylwetkę krótkim ruchem ręki.
Nie miał wyjścia. Musiał zaakceptować to
jego całe heterodziwactwo.

Doktor Bauer szuka kogoś, komu mógłby
opchnąć pacjentkę. Wybór pada na Billa K.

Myślę, że gdyby Malavi mogła na jakiś czas zamieszkać z kimś, kto dawałby jej
oparcie, wsparcie w kuracji i przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, a
ponadto mógł często z nią przebywać, jej stan uległby znacznej poprawie.
Będziesz siedział chłopcze w domu i na krok się nie
ruszał, bo wiesz – ona nie może być sama.
Ale bez presji.

- Chwileczkę. – żachnął się czarnowłosy, czując jak na blade policzki wstępują
wypieki.

- Czy dobrze rozumiem? Miałbym… Chodzi panu o to, że mógłbym… zabrać
Malavi… do siebie?
Bauer skinął głową.
- Hurrraaa! I już przez cały czas będziemy razem!

- Tylko jeśli zdoła pan zapewnić jej spokój i dużo przestrzeni.
– Nie należy jej trzymać przy budzie na
łańcuchu, niech raczej biega po ogrodzie. Płot pan ma, prawda? Wysoki?

- I często szczotkować. Sam pan widzi, jak
wygląda…

- Tak, rzeczywiście jest trochę parchata.
- I proszę pamiętać o obroży
przeciwpchelnej.


No i oczywiście, jeśli pan tego chce.
Niech pan pomyśli, będzie wam naprawdę fajnie
razem.
Dodajemy roczny zapas pigułek gratis!
I kaftan, za naprawdę symboliczną dopłatą.
Pańska żywa euforia rozlewająca się po podbrzuszu
będzie panu wdzięczna!


- Chwila. – szarpnął się, jak zwierzę w agonalnej
walce. – Miałbym zabrać ją do siebie i po prostu…?
- Nie, nie tak od razu. Przez jakiś czas
powinna mieć swoje własne posłanie.

Nie. Chyba nie bardzo to pojmuję.
Wie pan, nie mam zbyt wiele doświadczenia z
kobietami.

A gdyby chciał się nimi kierować, musiałby
się przebrać za hydraulika i udawać, że chodzi o cieknącą rurę.

Lekarz westchnął przeciągle, nie okazując jednak zniecierpliwienia. Jego płytki
oddech przetoczył się po pomieszczeniu zanurzonym w katatonii dźwięków ciszy.
Oddech przetoczył się z łoskotem, zmiatając
meble i zdzierając tapetę ze ścian.

Lekarz zaczynał się niecierpliwić. – A to
gówniarz! Udaje, że nic nie rozumie.

Panie Kaulitz, oboje dobrze wiemy, że Malavi Lovey jest chora i potrzebuje
pomocy.
Dlatego nie chcemy jej mieć dłużej w tym szpitalu.
Zaniża nam statystyki.
Bo my jesteśmy końmi i nie możemy jej pomóc.

Dlatego razem z moimi kolegami po fachu, rozważyliśmy wszystkie za i przeciw tej
ryzykownej, można by rzec, operacji i postanowiliśmy złożyć na pana barki
takową odpowiedzialność, o ile okaże pan przychylny stosunek do tego pomysłu.
Kałlic okazał przychylny stosunek…
Wielokrotnie i dogłębnie.

Nie naciskam jednak – taki rodzaj terapii ma sens
tylko wtedy, jeśli druga strona czuje głęboką potrzebę pomocy choremu i jest w
stanie poświęcić mu wiele własnego, cennego czasu. Nie wiem, jak to jest z
panem, dlatego nie nalegam, a jedynie przedstawiam takową prośbę. Ostateczna decyzja
należy oczywiście do Malavi. Czy zgadza się pan? Czy jest pan na to gotowy?
Podsumowując: mam taką niezobowiązującą
prośbę, by rzucił pan wszystkie swoje zajęcia, by zajmować się chorą
psychicznie nastolatką; pod warunkiem oczywiście, że to ona będzie tego
chciała. I nic nie przeszkadza, że jest pan dla niej obcą osobą, w
dodatku niewiele od niej starszą i bez najmniejszego doświadczenia w opiece nad
kimkolwiek. Nie szkodzi też, że jest pan muzykiem, wciąż w trasie lub studiu
nagraniowym, ani że na każdym kroku ścigają pana paparazzi. Będzie pan idealnym
opiekunem, słowo.

Tylko NIECH JĄ KTOŚ STĄD ZABIERZE.

- Chodźmy ją zatem spytać. – odparł, a jego tubalny głos rozbudził
przygaszone cząsteczki atomów słońca wieczności.
E? Znaczy, jego głos zapoczątkował w powietrzu
reakcję łańcuchową i wszystko pizgło w cholerę?

W sumie, wcale się nie dziwię. Stężenie bzdur w tym
opku już dawno przekroczyło wartość krytyczną.

Tak, sens wpadł w supermasywną czarną dziurę.
Na nic kalendarz Majów, na nic przepowiednie Baby
Wangi: to głos Kaulitza zapoczątkował Apokalipsę.
W sumie to się nie dziwię, Najwyższy też może mieć z czasem dosyć…

***
To, co czuła w ostatnich dniach było tajemniczym splotem uczuć, które nijak ze
sobą nie współgrały.
W kontekście tego opka nie jest to niczym
zaskakującym.

Stadko wątpliwości przebiegało raz po raz kapryśnym rządkiem po jej pooranej
bliznami niechęci i skrytości skórze oraz wzdłuż kręgosłupa, budząc uczucie
przyjemnego drżenia i zapomnienia, w przerzedzonych ciężkim światłem minutach
drobnoziarnistej ciszy.
Obrazek nieco jak z filmu o Afryce. „Stadko
antylop przebiegało raz po raz po sawannie od akacji do baobabu”…

Matko śfinto, skąd znowu te blizny? Toż ona
skakała, a nie cięła się!
No ale nieskutecznie. Zamiast się załatwić
odmownie, wpadała z wdziękiem w krzaki jałowca.

Albo tak długo się po tej drobnoziarnistej
ciszy tarzała, póki się nie nabawiła zadrapań.


podniosła się tylko z pozycji na pół leżącej i wypięła, niczym struna, wbijając
w niego swoje ciemne, świdrujące spojrzenie skrzywdzonych tęczówek
nieszczęśliwego człowieka.
Bratny mi się przypomniał i jego wiekopomne zdanie:
„Patrzy na mnie, osłupiałego, ślepe oko odbytnicy”.

I coś takiego Bill chce wziąć ze sobą do domu…
No wiesz, może on lubi, jak ktoś się na
niego wypina…

Kto wypina, tego wina! Dlatego jest
nieszczęśliwa!

[Bill kontempluje własną urodę]

Lepkim spojrzeniem od nieprzeżytych jeszcze wzruszeń i nieodgadniętych zachodów
myśli koloru pomarańczy [w szklance, snadź Kupicha
był tu czynny]
, wędrował po fałdach i wgnieceniach sztywnego materiału
spodni,
Ta lepkość z oczu mu się na spodnie przesączyła?
Eee… ale na łzawienie oczu to krople są, serio. I nawet działają.

opinających się tu i ówdzie na szkieletach narządów i sflaczałych poduszkach
mięśni, majacząc dziwacznymi kształtami, co do których nie przywykł był zwracać
uwagi.
Cuda opkowej anatomii nie przestają mnie zadziwiać.
Choć w sumie, gdyby niektóre narządy istotnie miały szkielet, ile spraw by to
uprościło!

Nawet przy pewnym sflaczeniu mięśni, wszystko
działałoby bez zarzutu. Taki szkielet trzustki lub kościec żołądka
trzymałby wszystko w kupie.
Hehehe, a
coście sobie myśleli, zbereźniki?!

Chociaż bydło (ale takie wielkie, rogate) ma w sercu kość.
A psy mają tam, gdzieście myśleli,
zbereźniki. ;)

O psiakostka.


Pole jego optycznej wędrówki nie ograniczało się jednak tylko do brudnego
błękitu jeansów;
To one były sztywne z brudu? I może jeszcze od tego
lepkiego czegoś, co jej spływało ze ślepi?
O Boru Szumiący…

z chęcią sadzał również swe efemeryczne motyle wzroku na nie odkurzonym dywanie
(Oporne przypinał szpilkami. Trzepotały się co
prawda strasznie, ale za to dywan wyglądał nieco ładniej.)
, na którym
roiło się od małych i większych śmieci, na dawno już zużytych [kondomach?] lub od dawna nie używanych przezeń
sprzętów
Zarówno tych elektrycznych, na bateryjki, jak i na
korbkę…

Szpro usadowiła frenetyczną biedronkę swojego
umęczonego wejrzenia na powyższym zdaniu i zawyła przeciągle.

obrazach Gaugina i Van Gogha milczących w zasępieniu na ścianie, którymi
onegdaj cieszył oczy zasnute mgławicą utkaną z surrealności snu, która zstąpiła
mleczną poświatą na całą jego rzeczywistość, czyniąc wszystko jawnym i nowym.
-…aha! – odezwała się Szpro po długiej pauzie
skruchy i cierpienia. – I teraz mu się w dupie poprzewracało i już nie cieszy
się tymi obrazami?

Może mi oddać, chętnie wezmę, jeśli mu się
znudziły.
Tak mi się skojarzyło:
- Po co ci to?

- No wiesz, Leonardo na ścianie… Czad.
- To se powieś Di Caprio!

Różowawe, wydelikacone jak kwiaty jaśminu dwie, dorodne dłonie
Dorodne jak jaśminowe kwiecie, różane dłonie
drwala.

Oraz błękitne, szczere zęby.

zacieśnił na grubym szkle barowej szklanki, którą uprzednio zapełnił do połowy
treścią jakiegoś lekkiego trunku i swej żałosności;
Tu mi się kojarzy fragment jakiegoś wiersza, ale
nie pamiętam co to było…
Nie żartuj, nie ma aż tak złych wierszy!
Znaczy, siorbnął i zwrócił? Też tak mam, jak mi kto
podsunie bawarkę.

dziś nic już nie zdawało się być takie, jakim jeszcze wczoraj postrzegał jutro
– nieogarnięte, świetliste coś, co miało raz na zawsze zmienić rzeczywistość.
Tak, spotkanie z UFO potrafi wiele zmienić.
Ej, ale UFO zazwyczaj jest ogarnięte. Zawsze
trzyma się zasad: najpierw świecimy i migoczemy, potem robimy widowiskowe
pizgnięcie o ziemię w losowo wybranym lesie, potem zjadamy krowy miejscowego
gospodarza, a na koniec bierzemy się za eksterminację ludności. Pełna kontrola,
sama widzisz.


Problemy tłuste
Po siedmiu problemach chudych nadeszło siedem
problemów tłustych!

Nie mógł po ludzku napisać, że o kalorie chodzi?


i nie do ogarnięcia jak malutkie, czarne żuczki rozpierzchające się po
jego naświetlonym chwałą życiorysie
…albo jak gołębie lecące do gołębnika, albo jak
małe białe motyle, jak białe małe motyle…*ściąga jedną z siedmiu zasłon*
Albo jak małe, białe myszki… *rozgląda się
za butelką* No gdzieś tu była, no…

nawarstwiały się jednak, zdawać by się mogło, z każdą godziną, z każdą
mijającą, napataczającą się namolnie chwilą, której nie mógł odgonić sprzed
nosa, jak bzyczące irytująco, parchate muszysko.
Te warstwami kopulujące na brudnym dywanie żuczki i
latająca nad wszystkim zielona mucha-plujka, to dość kuriozalny anturaż dla
gwiazdy estrady i bożyszcza nastolatek.

Żuczki, tjaaa. Dorodne, wypasione karaluchy!
Nigdy nie mieszkałam w akademiku, ale to
chyba dość wierny opis?


Bill ma już serdecznie dość pielęgnowania chorej
psychicznie Malavi. Można powiedzieć, że pluje sobie w brodę:
(Jako ta mucha. Plujka.)


Życie bowiem, było dużo bardziej irytujące, ponadto rządziło się swoimi
zasranymi prawami, których on nigdy nie rozumiał. Bo niby po co postawiło mu
przed nosem tę dziewczynę? No po co? Miał być jej Aniołem Stróżem?
Nie, panie Kałlic, nie miał pan być aniołem, ale
opiekunem! Zgodził się pan przecież na opiekę nad obcą, chorą, niekomunikatywną
i egzaltowaną do granic wytrzymałości dziewczyną.

Majaczy mi jakiś motyw literacki u Zofii
Chądzyńskiej. W dużym skrócie: zakochany w dziewczynie facet nie będzie dla
niej dobrym terapeutą.

Bzdura, takowych nie ma, a każdy jest kowalem swego własnego żywota, czy nie
tak? Otóż, nie był tego wcale taki pewien. Z dnia na dzień trudności narastały
i przeradzały się jedna w drugą, co kolejna to większa, jednak jedyną rzeczą,
która trzymała go jeszcze w rydzach
O kurde, zamarynował się z grzybkami!
I wszystko w tym magicznym słoiku.
Ich bin Homunkulus!
A może chodzi o to, że mimo tego wszystkiego
był zdrowy… jak rydz?


ulotnej, jak obraz twarzy w niespokojnym, górskim strumyku rzeczywistości,
Вижу в небе образ я милого
Утопая в быстрой реке…

(Wiżu w niebie obraz ja miłogo
Utopaja w bystroj riekie)

było to uczucie, które zakiełkowało w nim już tamtego dnia; uczucie, by
doprowadzić to wszystko do końca.
A myślał, że wystarczy pobredzić wzniośle i
egzaltowanie, aby choroba minęła jak ręką odjął.
I że nie będzie to trwało dłużej niż trzy-cztery dni, zanim się nie
znudzi.

To choroba nie mija od miziania i trzymania za
rękę? Ueee…

Nic nie jest nigdy w pełni skończone, wszystko ewoluuje; ma setki kątków i
załamów, których nie zauważamy, bo niedostatecznie uważamy, bądź też nie chcemy
widzieć. On do takich osób nie należał; widział, że w jego życiu nic nie jest
skończone, pełne, ostatecznie, dostatecznie wyrosłe, ale tę jedną rzecz chciał
doprowadzić do końca, do samego, samiutkiego koniuszka, jak prowadzi się
dziecko za rękę.
Najlepiej jest zamknąć pętlę losów i zdarzeń, i
pójść tam, gdzie wszystko się zaczęło – na skraj dachu studia.

O nie, znów będzie ten kawałek z łapaniem
firmamentu i cmokaniem butów?!

Można żywić nadzieję, że Bill po raz drugi nie
popełni błędu. Tęgą żerdzią zepchnie w głąb, a jakby znów próbowała się
czegoś chwytać, to da po łapach!

I, czy była to dualistyczna konstrukcja jego altruistyczno-egoistycznej natury,
[czyżby konkurs "użyj w jednym zdaniu jak
najwięcej -izmów"?]
czy też niepoznana i nie nazwana tęsknota za
uchwyceniem czegoś, co nieuchwytne, był gotów do poświęceń, był skory do czynów
ocierających się niebezpiecznie o krawędź heroizmu, byle tylko to jedno, jedyne
spełnić w swym utkanym z cienkich jak pajęcze nici wątpliwości, życiu.
Spośród cienkich jak dupa węża metafor wydobyłam
sens, że Bill czegoś okropnie chce. Papierowego wydania Gry Endera?
Czarno-białego Szninkla?

Nie wiem i nie chcę wiedzieć. We don’t need another
hero.

[Bill ma ochotę na Toma]
A. No i wszystko jasne.

Gdy bliźniak zaszczycił go krótkim spojrzeniem,
tylko skinął głową i usiadł na przeciwległym krańcu sofy, choć tak bardzo
pragnął w tej chwili przesiąknąć cały jego słodkawą obecnością, milimetr po milimetrze
zanurzyć się w rumianym zapachu jego skóry, kąpać zmysły w nieznośnej lekkości
obycia, opiewać rozedrgane komórki milionami odległych, identycznych pragnień,
nie czuć obcości.
Tak, tak, znamy siłę braterskiej miłości…
Czekam na kąpiel zmysłów w całkiem akceptowalnym
ciężarze braku taktu i umiaru.

W czarnej, czarnej piwnicy…

Kątem oka, zezując ukradkiem na jego osnutą chłodem
postać, obserwował kwietniowe róże,
Które były niczym innym jak lekko ulistnionymi
wiechciami, bo na kwitnienie było o wiele za wcześnie.
Tym bardziej że, jak czytamy, wiosna była
chłodna tego roku.

zaklęte bez ruchu, wtopione w jego znakomite
narządy słuchu, polany dzikich kłosów umajonych ponad wypukłymi gałkami
ocznymi,
Do oglądania telewizji Kaulice wbijają sobie róże w
uszy i stroją czoła w wieńce z kłosów. Z tym wszystkim muszą wyglądać jeszcze
gorzej, choć to prawie niemożliwe.
I wytrzeszczają oczy, aż im gałki z orbit
wyłażą.
Ojtam, chłopcy po prostu Noc Kupały w ten
sposób świętują, a Wy się czepiacie.


w których topił się rozogniony bursztyn, rozległe
łąki maluczkich bruzd i podłużnych linijek, którymi zasnuł czoło wsłuchując się
w nieobecne w ich realnym życiu odgłosy płynące z telewizora,
Odbierał je pozazmysłowo. Strasznie się napinał i
wchodził na wyższy poziom percepcji. Słyszał to, co niesłyszalne, widział to,
co niewidzialne.

A, to stąd te wyłupiaste ślepia!
Sięgał, gdzie wzrok nie sięga. To palcem, to
papierem.

Jak możecie… on po prostu dekodował filmowe
znaczenia implicytne (a może nawet symptomatyczne). Bordwell byłby z niego
dumny.

Nadimpretowywujesz. On się tak napina, żeby pojąć
zagmatwaną fabułę bajki Piaskowego Dziadka.

potajemnie zachwycał się lasami rumieńców,
Lasy rumieńców, łąki kataru.
A pod tym wszystkim bagienko z mózgu.
Takie krajobrazy to dzieło bardzo mocnych kwasów.

które na jego wystających kościach policzkowych
wyglądały jak namalowane przez niewprawną rękę początkującego artysty, lecz
wciąż – nadawały mu wręcz nieokiełznanego uroku;
I wyglądał TAK.

osnute w czerwone sukna usta zwęził nieświadomie w
figlarny wężyk, atłasowy podbródek.
Znaczy, otarł sobie usta czerwoną ścierą?
No paczpani, a ja się tyle czasu zastanawiałam, co
do jasnej cholery, ałtorka miała na myśli…
Próbowałam zwęzić usta w wężyk, ale tylko
mnie szczęka figlarnie rozbolała.

To wszystko był on; ten sam, niepodległy upływowi
czasu, niezachwiany przez okoliczności.
Mocna rzecz jak na dwudziestolatka.

[Bill podgląda Malavi]

Obserwował ją ukradkiem, pąsowiejąc wraz z każdym jej bezwarunkowym
odruchem,
Ruchy robaczkowe bywają nieco żenujące.
A jak kichnęła, to on z pąsowego przechodził w
lekki fiolet.
Kiedy na dodatek drgnęło jej kolano, zemdlał
z nadmiaru wrażeń.


ukryty za srebrzystą, koronkową zasłoną, przykrywając nią opalizującą od emocji
twarz, niczym welonem.
No i wydało się, Kaulitze to jakaś niemiecka gałąź
rodu Cullenów. Jedni sparklą, drudzy opalizują.

Czekamy na odmianę romską, na zawołanie pokrywającą
się cekinami.

Obserwował jej powolne, leciutkie kroki sprawiające wrażenie, jak gdyby po raz
pierwszy stawiała stopy na podłożu,
No, skoro uczyła się chodzić mając dziewięć lat, to
nic dziwnego.
Zwłaszcza że nadal nie wiadomo, czy palce u
jej stóp przetrwały tę masakrę.

Kroki też obserwowały go uważnie, przyczaiwszy
się pod stołem.


pełne nieśmiałej egzaltacji ruchy jej rąk, rozdziawiania palców, którymi łapała
i przerzedzała z namaszczeniem powietrze,
Rozumiem, że ona jest jak warzywo, ale oddychanie
rozdziawionymi palcami? Tego nawet marchew nie potrafi.

Wiesz, jeśli on ma róże w uszach, to ona może mieć
tchawki w palcach.

rozstaw dwojga chudziutkich ramion wygiętych w wietrzny łuk, niczym pisklę po
raz pierwszy szykujące się do upragnionego lotu. Ciemna kaskada gęstych włosów
pieściła złączone łopatki (Łoboru, takie wady
kręgosłupa to się operuje!)
i raz po raz chłostała ją po zarumienionej
lekko twarzy,
Nooo, niby taka wątła, blada i niepewna, a
headbanguje jak stary metalowiec.

która pewnie wciąż jeszcze lśniła od łez. Zwiewny materiał jasnej koszulki
nocnej wydymał się i przybierał różnorakie kształty, pędzony po równikach
uległości przez nucący cicho wiatr [zwłaszcza w
okolicach wychudzonych pośladków]
. Oczy miała najprawdopodobniej
zamknięte, okraszone firanką króciutkich, uśmiechniętych czule rzęs. [ale możliwe też, że były otwarte, zaś firanka rzęs, z
pogardliwym prychnięciem, odmawiała okrasy i podsuwała sam suchy chleb]
.
Przyglądał jej się z błyskiem w oku, gdy tak trwała w objęciach późnowiosennego
uniesienia, atłasowa i zarumieniona, utkana w całości z hybrydowego błękitu.[zaginała się na brzegach i w jednym oświetleniu była
niebieska, a w innym pomarańczowa].

Ej… atłasowa?! To opko jest o materiałowej
pacynce? W takim razie nie dziwię się, że jest lekko zwiotczała i jakaś taka…
nie do życia.

Chciał, by w końcu wiedziała, że miód jest
słodszy od krwi
.
Zważywszy, że krew jest lekko słonawa -
niewątpliwie.

Ale i tak najlepsze chwile są przed otwarciem
słoika z miodkiem oraz żył w wannie!

Z pokoju zanurzonego w nitkowatej ciemności, siedząc w pozycji lotosu na
parchatym dywanie, ambiwalentnie pozdrawiają połączone ekipy PLUS i SuS
oraz Maskotek, chowający w klepsydrze szkielety swych narządów.

 

Drodzy
Czytelnicy! Analiza, którą macie przed sobą, jest wynikiem pewnego
eksperymentu, a mianowicie Sylwestrowej Ustawki. Otóż Jasza, zorientowawszy
się, że sporo analizatorów w sylwestrowy wieczór i tak spędzi przynajmniej
godzinkę
[hehehe,
godzinkę!]

przed kompem, zaproponował, żeby w takim razie wziąć się za obróbkę jakiegoś
zwariowanego tekstu – wspólnie, połączonymi siłami PLUS i SUS. Analiza ta ukaże
się zatem na obydwu blogach, w tej samej formie.
W dzisiejszym odcinku znów spotkamy się z Billem Kaulitzem i zakochaną w nim
bohaterką mniszkowatego rodu. Nie dziwcie się wielości różnokolorowych dopisków
- każde zdanie tego opka budzi głębokie refleksje i chęć do dyskusji,
roztrząsania i drobiazgowej interpretacji. A i tak zamieszczamy tu najwyżej 1/3
wyjątkowo celnych cytatów – i bądźcie nam za to wdzięczni. Indżoj!

Analizują
połączone ekipy PLUS i SuS:

Pigmejka
Kalevatar
Jasza
Kura
Dzidka
Szprota


http://bevor-du-abgehst.blog.onet.pl

Jeżeli
analizować…
Jeżeli analizować, to nie indywidualnie
Analizować – co najmniej we dwóch!
Czy zwiedzasz szpital, czy Billa sypialnię
Niech w harówce wspiera dzielnie Cię druh!

Bo
pojedynczo się z tym opkiem nie upora

Analiz
kwiat – ni PLUS ani SuS
więc Ty drugiego sobie dobierz analizatora
I wespół w zespół, by bzdur moc móc zmóc

A gdy się
rzucą na Ciebie paskudne
hordy ałtorek i czytelniczek
Dla samotnego to cios – aż zadudni,
Dla dwóch zaś, to prztyczek.

Jeśli analizować, to czemu nie z PLUSem?
opko wespół szarpać jest lżej.
Co niebezpieczne jest dla zdrowia psychicznego,
To z Pigmejem i Kal niebezpiecznym jest mniej.

I wespół
w zespół,
by bzdur moc móc zmóc
ach, ach – móc zmóc!


AŁtorska dedykacja dla czytelników SuSa i PLUSa:

Dla wszystkich,
którzy czekali.

Mówcie, komu czego braknie,
Kto z was pragnie, kto z was łaknie.

Nie chciałam żyć już dłużej w takim świecie. Dlatego postanowiłam się zabić.
Pomyślicie pewnie, wariatka. Odważna, ale jednak wariatka.
Ja pozostanę przy wariatce. Zwłaszcza, że sama
do końca nie wiem, czy samobójstwo to objaw odwagi, czy tchórzostwa.

Otóż, nie ma w tym nic trudnego. Po prostu. Bierzesz do ręki pistolet i pociągasz
za spust. Po sprawie, nikt się nie dowie. Co najwyżej sąsiadka z pieskiem
usłyszy strzał. Jej problem.
No i sprzątaczka, która będzie musiała umyć podłogę
z krwi i resztek mózgu. Czy Ty wiesz, jak trudno zmyć krew, samolubna istoto?

Trzeba jeszcze zdobyć pozwolenie na broń. I samą
broń takoż. Nie dość, że wariatka, to jeszcze burżujka – a żyły sobie podciąć w
kąpieli to już nie łaska?

Albo połykasz tabletki, to nic nie boli. Zasypiasz spokojnie, zapadasz się w
nieopisaną miękkość i odpływasz
(A później
rzygasz jak kot po Whiskasie, jeśli nie wzięłaś ich wystarczająco dużo, albo
coś pójdzie nie tak.)
z zasięgu tak zgubnego natężenia dźwięków i
barw, które kłują twoje zmęczone oczy już od tylu jałowych lat.

Hm, zawsze myślałam, że ludzie zabijają się, bo
życie ich przerosło, albo dotknęła ich ciężka choroba czy inne nieszczęście…
a nie dlatego, że denerwują ich kolory i dźwięki. Ściany w pokoju można
przemalować, a sąsiada poprosić grzecznie, by ściszył ten cholerny telewizor.

Albo po prostu wyleczyć się z neurozy. Wbrew
pozorom są na świecie specjaliści.

W innym przypadku odkręcasz gaz, włączasz swoją ukochaną melodię na pełen
regulator, odchodzisz po cichu i niepostrzeżenie.

O kuropatwo – jakie „po cichu”? Z muzyką
na cały regulator? Sąsiedzi po kilku minutach będą dzwonić po policję!

A może ona słucha tej melodii przez słuchawki,
co?

Z głową w piekarniku?
Albo w wannie, pod wodą.
Z dobrego serca dorzućmy jej toster, niech zrobi sobie grzanki.
Jeśli jej dorzucimy toster do wanny, grzanki
zrobi raczej z siebie. Poza tym pół biedy, jak ulubioną melodią jest „Fear
of the Dark”, ale co mają począć ci, którzy najbardziej lubią
„Majteczki w kropeczki”?


Metoda tak naprawdę jest nieważna, liczy się skutek.
Mówisz ‘nie chcę już dłużej żyć, wybaczcie mamo, tato’, lub też nie mówisz nic
i po raz ostatni obejmujesz w myślach kochane, jedwabiste włosy utkane z
dziecięcych marzeń, które całe życie cichutko kumulowały się pod skórą.

Rozumiem, że włosy pod skórą mogą być krępujące,
ale może najpierw dermatolog albo endokrynolog, a nie od razu samobójstwo?

Po depilacji czasem wrastają, ale na to pomaga
peeling albo ostra szczotka.

Zrobię to. Skoczę.
Bding, bding, bding…
Kic, kic, kic…
I hopsasa.
I plask!

Postawiła stopy na krawędzi przyprószonego śniegiem betonu.
(…) Jeszcze nie spoglądała w dół, jeszcze nie,
choć słyszała już obce, puste głosy przypadkowych ludzi, którzy zatrzymali się
w drodze do pracy, domu, swoich kochanków, by obejrzeć sobie
przedstawienie.
Pozwoliła sobie spojrzeć w dół. Natychmiast zrobiło jej się niedobrze i
zakręciło w głowie. Musiała złapać się mocniej firmamentu, aby nie spaść w
czarną otchłań, która otworzyła się przed nią, jak na zawołanie.
O szlag, chmury się przytrzymała? Mocne wejście w
akcję, nawet jak na Mary Sue.


…sie müssen sich an Sterne krallen (ganz fest)
damit sie nicht vom Himmel fallen…


*wizualizuje sobie Tyfona – Marysujkę, głową
sięgającą chmur, a rękoma od wschodu do zachodu* Kurde, z takimi gabarytami
popełnienie samobójstwa może być naprawdę problematyczne.


Tjaaa, bo zawsze zahaczy o jakieś Himalaje, a
oceany sięgać będą do kolan.



[Bill]

Zapiął skórzaną kurtkę pod szyję i zatopił swoje delikatne dłonie w
kieszeniach.

Dłonie mu się stopiły? Co było w tych kieszeniach,

Kret?
Nuci: „Ręce w kieszeniach, a kieszenie jak
ocean, powoli idę i rozglądam się”.

Nagle swoimi bystrymi oczyma ukrytymi pod ciemną
oprawą okularów, spostrzegł rozedrgany tłum piętnastu, może dwudziestu osób
zebranych pod studiem. Wyglądali na przejętych, zadzierali głowy wysoko,
wysoko, wyglądając przy tym jak żurawie.
Łoboru, takie długaśne szyje mieli? I robili

TAK?

Ci ludzie rozmawiali przyciszonymi głosami, zakrywali sobie dłonią usta i
kompletnie nie zwracali uwagi na niego; gwiazdora światowego formatu
opuszczającego studio nagraniowe w obowiązkowej obstawie.
Skandal!

Hańba i sromota.
I rozwolnienie!


Nie zapominajcie o hemoroidach!
O nich się nie da zapomnieć…

- Co się dzieje? – zapytał Sakiego, który również przystanął nieopodal z głową
zadartą, uniesioną wysoko i z szeroko rozpostartymi ustami, jak gdyby chciał
połknąć chmurne niebo.

Saki był w istocie wilkiem Skollem, który
przymierzał się właśnie do pożarcia słońca i zapoczątkowania Ragnaröku.

- Jakiś świr chce skoczyć z dachu studia. – odpowiedział mu sennym głosem.

Dzień jak co dzień, sam rozumiesz.

- Nazywam się Bill Kaulitz. – powiedział zdecydowanie. – Czy mógłbym w czymś
pomóc?

Skoro już tu jesteś… Byłbyś łaskaw zostać
Trulawerem i uratować tę pannę z opresji?

- Bill, daj spokój… – próbował wpaść mu w słowo.

- Chcę tam wejść! Teraz!– powtórzył raz jeszcze, głośniej i dobitniej.
Co tam psycholog czy policja! Przejście dla
Trulawera, JUŻ!

I nagle doznał oświecenia.


Iluminacji i objawienia. Nie oszczędzajmy mu
wrażeń.


Pod stopami wykwitły mu pąki lotosu, zaś on sam
zadumał się nad złudną naturą rzeczywistości. Już wiedział, że życie jest pełne
cierpienia, a on również swą muzyką wiele cierpienia światu przysporzył.

Wyjął z kieszeni luźny plik zielonych banknotów i wcisnął je w pulchną, obwisłą
dłoń grubego policjanta.

Zielonych? A to burżuj, stówy
nosi luzem w kieszeni, wciska w łapę nie licząc… No chyba, że aŁtorka starym
PRLowskim zwyczajem mówi „zielone” na każdą obcą walutę.


Tam poeci kieszenie mają pełne dolarów.
Sądzisz, że Bill za szczęście ludzkości
przelewa swój tusz?


W każdym razie – bataliony dziewczątek pragną lizać mu stopy.
A on im mannę gwiazd sypnie…
Żeby miały co jeść…

Że też od razu nie spojrzał na całe zajście jego żałosnymi oczami! Mężczyzna
spojrzał na niego zdumiony, lecz po chwili wskazał mu głową wejście i
przywdział swój zwykły, szyderczy wyraz twarzy.

- Skurwiele. – mruknął do siebie czarnowłosy, zmierzając w kierunku
wyjścia awaryjnego, skąd łatwo mógł dostać się na dach. Jego buty lekko muskały
ziemię z największą czułością.
Tamta łapała się sklepienia niebieskiego, ten
frunie nad ziemią jak jakiś Hermes… To opko o bogach olimpijskich?


Gdyby po prostu frunął, to jeszcze jeszcze dałoby
się znieść, ale on butami muska ziemię z największą czułością. Nosz kurde -
stopami podłoże całuje?
Może ma buty z przyssawkami w kształcie ust
na podeszwach i robi nimi „cmok, cmok”?


Takie cmoktanie butów to najczęściej da się
zaobserwować przy mocarnym błocku ;]

- Bill, to szaleństwo. Nie rób tego!

Nie cmokaj betonu!


Ani żadnej pompki.

- Nie wyglądasz na samobójczynię. – odezwał się znów po chwili, wysuwając do
niej delikatnie otwartą dłoń.

Jak wygląda dłoń otwarta niedelikatnie?


Zgaduję – może przy niedelikatnym obchodzeniu,
pokruszy się na drobne kawałki i odpadnie?
Jeśli w tych kieszeniach miał faktycznie
kreta, nie dziwię się tym obawom.



Spojrzała nań nieufnie.
Nie dziwimy się. Też spoglądamy nieufnie.

Rzuciła się tak nagle, że nawet nie zdał sobie z tego sprawy. Drgnęła całym
ciałem, by w ostatniej chwili, raz jeszcze złapać się śliskiej, betonowej
krawędzi.

Czy ktoś jest w stanie wyjaśnić jakoś tę scenę?
Rzuciła się z dachu i złapała za krawędź? Tego nawet chińscy linoskoczkowie nie
potrafiliby zrobić.


Obróciła się w locie? Może ma ogon, jak kot?
I chwytne stopy. Ona jest makakiem,
wspomnicie moje słowa.



Jego oczy rejestrowały to wszystko jakby w zwolnionym tempie.
Klatka po klatce, a potem replay.

Wciąż tutaj była.

- Bitte, spring nicht. – powiedział i poczuł się jak w jakimś kurewskim
filmie klasy B.
Jej szczęście, że trafiła na Billa, a nie na Tilla
- bo jakby ten jej ryknął „Spriiiiiing!!!”, to by było już
pozamiatane.


*krąży myślą wokół Tilla ryczącego cokolwiek po
niemiecku i wtyka łeb w śnieg*


*wtyka łeb w zaspę obok. Dwa słupy pary wzbijają
się ku niebiosom.*




Nie sądził, że go posłucha. Nie wierzył w to,
podobnie jak ona nie wierzyła, że kiedykolwiek od kogokolwiek usłyszy podobne
słowa. Słowa, które zdołają choć w małym stopniu rozmrozić wszelakie
nieczułości jej serca i kości.
Ach, rozmroź me nieczułości
Rozgrzej serce i… przyległości
niech poczuję Twój gorący termofor
aż do kości!

I ogarną mnie mdłości
Od miłości!!!

Nic nie daje tak pojęcia o nagości
Jak serce rozebrane do kości!


______________________________
Tak sobie. Nie jestem do końca zadowolona, ale w pełni chyba jeszcze nigdy nie
byłam z niczego co napisałam. W końcu zawsze jest coś, co można zrobić lepiej,
nie? Ocena i tak zawsze należy do Was;)
Wiemy, sesesese…

Publikuję już dzisiaj, bo za osiem dni piszę egzamin gimnazjalny i nie mam
zielonego pojęcia, kiedy coś tu się pojawi. Ah! I dziękuję za wszystkie ciepłe
słowa po prologu;**

Tak, to mnie zawsze zdumiewa – pod największymi
durnotami zjawiają się najbardziej orgazmiczne komentarze.


Bo durnoty i orgazmiczne komentarze mnożą się przez
dobór naturalny.

BoChaterka przebywa w psychiatryku:

- Psychiatryku24? – nie mogła powstrzymać się
Szpro.

Godzinami błąkała się samotnie po cichym, sterylnym psychiatryku, nasłuchując
odgłosów czyichś szlochań, pisków i mrożących krew w żyłach, obłąkańczych
śmiechów przebijających się przez ściany i rozdzierających bezsenną noc.

No – cicho i sterylnie jak cholera.


Tak. Zwłaszcza to przebijanie ścian było na pewno
bardzo ciche i sterylne.

Była tu już długie dwa tygodnie.

[Bill czyta artykuł o swej bohaterskiej postawie.
Przy okazji dowiadujemy się, ze niedoszła samobójczyni nazywa się bardzo po
niemiecku - Malavi Lovey, jest sierotą, wychowywała się w hamburskim domu
dziecka]




Bill Kaulitz zawsze uważał, że Bild to największy szmatławiec
wszech czasów
Ale po tym pochwalnym artykule zmienił zdanie.

Zamieszał świeżo parzoną kawę raz w jedną, raz w drugą stronę, stukając przy
tym łyżeczką o dno porcelanowej filiżanki.

Siedem razy. Koterski się kłania. Nerwica natręctw
wzmaga się przy lekturze porannej gazety.
A potem popija to do siedmiu, po łyku
czwartym – oblizując wargi.


Ciekawe, czy przed wyjściem całuje jezuska w
stópkę.

Po chwili przytknął ją do ust i począł powoli spijać gorącą, gorzką ciecz,
która wypełniała jego przełyk przyjemnym ciepłem. Czynność ta pochłonęła go
doszczętnie,

bo picie kawy to bardzo zajmujące zajęcie. Chyba że
Bill należy do tych, co nie potrafią jednocześnie pić i patrzeć…


Czynność ta pochłonęła go doszczętnie

do tego stopnia, że zauważył
swojego brata dopiero w chwili, gdy ten już usiadł obok niego zapadając się w
rażącą miękkość kremowej kanapy
Miękkość ta była do tego stopnia porażająca, że
najpierw poraziła go prądem, a później zassała do wnętrza kanapy z cichym
mlaśnięciem.


Potem rozległo się głośne beknięcie. Kanapa powoli
trawiła…


Co stało się później, można obejrzeć w pierwszej
części Koszmaru z Ulicy Wiązów.

i roznosząc drobinki swojego przyjemnego zapachu po całym pomieszczeniu.

Oj… skoro jego zapach jest już do tego stopnia
materialny, to ja bym sugerowała porządną kąpiel.


Pod warunkiem zmiany wody w wannie.


Pewnie miał na skórze cała kolonię tych stworków z
reklamy Domestosa… tych, co to rzekomo sedes zasiedlają.
A mimo to zapach był przyjemny, hm… Ja
wiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale…

Gitarzysta spojrzał na rozłożoną gazetę zdobiącą nagi stół


To znaczy, gazeta pełni tu rolę serwety? Tokio
Hotel też przeżywa kryzys ekonomiczny, czy co?


Tak, a kawę zapewne pił z musztardówki
.

i wykrzywił wargi w nikłym uśmiechu. Zlustrował brata zaciekawionym
spojrzeniem.
A jednak współpracował ze Stasi, skubany…
Lustracyjne spojrzenie jeszcze nigdy go nie zawiodło.

[Tom wjeżdża bratu na sumienie za pomocą cytatu z
Małego Księcia o oswajaniu i braniu na siebie odpowiedzialności. Już wiemy, co
się święci, prawda?]

***

[Zagłębiamy się w mroczne wspomnienia bohaterki
o latach przeżytych w sierocińcu
]

Podchodziła cichutko do okna, stawiając małe, przemarznięte paluszki płasko
na podłodze i niepewnie.


Niepewno było powierzchnią śliską i zdradliwą.

Kusił ją nikły blask sączący się spoza przestrzeni firanek,

Nie idź w stronę światła, kretynko!


blask, który przedostawał się z zewnątrz i rzucał roztańczone cienie na
brudną i wyblakłą, hebanową onegdaj podłogę.


Jeszcze przedwczoraj była hebanowa, dziś zmieniła
się w zwykłą sosnę.


Do tego rozdartą jak u Żeromskiego.

Przesuwając swoje małe, nieporadne ciałko do przodu ścierała srebrnoszary
dywan kurzu ze skrzypiących desek,


Kurz nie jest srebrnoszary. Kurz to buroszary brud:
zawiera między innymi roztocza, grzyby i… i kicham od niego.


Ej, roztocza są Twoimi przyjaciółmi! Śpią z Tobą w
łóżku, zjadają Twoją skórę…

brudziła sobie brzoskwiniowe piętki,

Znaczy – owłosione takie?


Nie, pomarańczową skórkę na nich miała.
Cellulit na piętach? Tego nawet najgrubsze
Amerykanki nie osiągnęły.


Ot, masz potęgę Mary Sue. Rekordy w każdej
dziedzinie.

a maleńkimi jak okruszki paluszkami raz po raz zahaczała o wystające z desek
drzazgi, a gdzieniegdzie również i gwoździe.


Jaki to rozkoszny obrazek!

Brakuje tylko drutu kolczastego i rozsypanego szkła.
Min przeciwpiechotnych i ostrzału artyleryjskiego.
Gdzież ona lezie, przez plażę Omaha? O.O


Po kilkunastu krokach z paluszków rzeczywiście
zostały tylko krwawe okruszki. I walające się tu i ówdzie paznokcie.


*paznokietki! :P


*Kura resztką sił powstrzymuje berserka, jaki budzi
się w niej na widok zdrobnień, spieszczeń oraz infantylizacji*



Miała tylko dziewięć lat i ani trochę nie znała
się na mechanizmach przemierzania pożądanych odległości, ani na ich prawidłowej
ocenie za pomocą zmysłu wzroku.


No nie żartuj sobie, aŁtorko. Toż musiała
być poważnie opóźniona w rozwoju!

Ekhem, przetłumaczy mi to ktoś na polski?
Ałtorka próbuje nam powiedzieć, że dziewięcioletnie dziecko nie potrafiło
chodzić?

A jak już zaczęło dreptać, to rozwalało się
o meble, ściany i niekiedy wypadało z okna.
No, jeśli ją ojciec w kufrze trzymał i
wypuszczał tylko na jarmark, co by ludziom dziwo pokazać…

Tajemniczy, do szpiku zUy mężczyzna
krzywdzi Marysujkę:

- No proszę, proszę. – powiedział, opluwając ją przy tym strużką śliny. [strzyknął jak lama?]

– Kogo my tutaj mamy… – po czym złapał ją z całej siły za niewinną muszlę
ucha


Wyuzdane muszle uszu Pigmejki załopotały
czujnie, słysząc to zdanie.


rozpustne muszle uszu Szproty wręcz zafalowały na
wietrze jak proporce

i prawie odrywając od podłogi wniósł do pogrążonego w mdłym świetle
jarzeniówki pokoju i zatrzasnął za sobą drzwi. Czując jak w kanalikach łzowych
zbierają się już gorące, piekące łezki


Zapewne samotne, czekające w kolejce, by wypływać
po kolei kryształowym strumyczkiem…

dostrzegła jeszcze jasną, jędrną pierś kobiety, gdy ta chowała ją pod bluzką
i nerwowo zapinała guziki pod szyję.


Chodzić to jeszcze nie potrafi, ale dostrzega, że
pierś była jędrna.


W sumie logiczne: większość ludzi zaczyna
poznawanie świata od cycka.

[Pomijamy dalszą część opisu splątanego bardziej
niż dwieście metrów sznurka w kieszeni. W skrócie: jeśli dobrze zrozumiałam,
bohaterka jest świadkiem, jak plujący mężczyzna odbywa stosunek z kobietą o
jędrnej piersi, opiekunką z sierocińca. Scena ta staje się dla niej źródłem
powracających koszmarów. Koniec wspomnień, wracamy do teraźniejszości]

Dziewczyna mruknęła coś cicho i niezrozumiale, i z
powrotem opadła bezsilnie na poduszki. W tym prozaicznym geście była jakaś
niezwykła lekkość; kości jej pleców zetknęły się z przyjemnym puchem,

Boru, to ona była szkieletem? O.O To opko o
nieumarłej?!
W dodatku zmiennopostaciowej, skoro opada na
poduszki, a plecy dotykają puchu. Albo była księżniczką z na ziarnku grochu,
śpiącą na puchowych materacach, albo w tych niemieckich szpitalach jest jak w
bajkach.
Od tych dotacji z Unii we łbach im się
poprzewracało, ot co.

Zamiast, jak przystało na polskie tradycje,
dogorywać na przepoconym sienniku.


jak gdyby opadło na nie zaledwie nieważkie
piórko.


A to tylko sterta kości się rozsypała po
kołdrze.

Salowa krzątała się jeszcze przez chwilę w
zupełnej ciszy, niczym złodziej niepostrzeżenie przemykając po niewielkiej
powierzchni pomieszczenia.
A to podstępna salowa!
Salowa don Pedro. Karramba!
Pewnie jeszcze niezauważalnie wsuwa ludziom
baseny pod tyłki.

To by już była salowa-ninja.

Zwinnymi, wyćwiczonymi ruchami swobodnych rąk
ścierała kurz z kilku nieważnych mebli obecnych w samotności tego pokoju.
Meble czuły się bardzo niedowartościowane.
Były tak nieważne, że wypełniony nimi pokój wzdychał ciężko: „Pełno was, a
jakoby niczego nie było!”.

Szafka przy łóżku rozważała nawet akty
autoagresji celem zwrócenia na siebie uwagi.

Mebli, które owszem, stały tu, ponieważ tak
nakazywały wymogi sanitarne i zwykłe, ludzkie potrzeby, natomiast swoją
obecnością nie wnosiły nic istotnego.
Chrzanić łóżko, stół i szafkę! Spanie,
jedzenie i segregowanie rzeczy jest dla mięczaków, a nie dla takich
uduchowionych mistyczek, jak Ty!

W swoim własnym domu, czy mieszkaniu można
mieć mebel, który się kocha; fotel, w którego nieznośną miękkość zapada się każdego
wieczora lub też zabytkowy, ręcznie rzeźbiony zegar z mahoniowego drewna, który
swoim cichutkim i jednostajnym tykaniem odmierza twoje powolne, doczesne
minuty.
Innymi słowy, skoro wychowywałam się w
blokowym mieszkanku, niewyposażonym w żadne antyki, mam z góry przerąbane, tak?

Tak. Znamy zresztą takie memy w literaturze
młodzieżowej.

W swoich czterech kątach zawsze można znaleźć
coś, co możemy pokochać, powodów zawsze jest aż nazbyt wiele. Można kochać
metalowe łoże z alabastrowym baldachimem,
Baldachim z alabastru? To prawie jak
kamienny jedwab!

Takie są znamiona nieprzebranego dobrobytu.
Za chwilę okaże się, że prawdziwi bogacze mają wszystko wykładane marmurem.

Zwłaszcza talerze.
A już najbardziej nocniki.
A ja jestem ciekawa, co będzie, jak to-to
się urwie…

naiwną imitacją niedoścignionego nieboskłonu,
pod którym onegdaj, miliony lat świetlnych temu
Nie, nie i jeszcze raz nie.
„Onegdaj” nie znaczy „dawno temu”, tylko
„przedwczoraj” (to drugie, podobne, to „ongiś”), a lata
świetlne nie są miarą czasu, lecz odległości!

przeczesywało się zachłannymi opuszkami
ukochane włosy, pieściło się ustami różaną skórę, która ustępowała pod naszym
dotykiem.
Eeee… znaczy co, schodziła płatami,
przypieczona taka, czy jak? *otrząsa się ze zgrozy*
Nie dość, że makak z chwytnymi stopami, to
jeszcze porośnięty łuską. Dżizas.


Można kochać stary, drewniany stół, na którym
w odległym dzieciństwie matka stawiała zawsze kusząco parujący obiad, którego
smaku i zapachowi nie potrafiliśmy się oprzeć.
*pogrąża się we wspomnieniach koszmaru
dzieciństwa – barszczu ukraińskiego z pływającą obślizgłą botwinką*

Smaki i zapachy dzieciństwa to nasze
najcenniejsze wspomnienia; to właśnie one, zmodyfikowane odpowiednio przez czas
na podobieństwo wieczności,

Nie wiedziałam, że wieczność można
modyfikować za pomocą czasu. Myślałam, że ona tak jakby po prostu jest. Jak ja
jednak niewiele wiem o świecie, ech…

Nie, nie. To smaki modyfikowane są przez
czas i wieczność, bór jeden wie, jak i po co.
Aaa… To może chodzi o taki na przykład
ser, leżakujący sobie kilka miesięcy? Fakt, po takim czasie jego zapach jest
bardzo zmodyfikowany.

A sam ser nabiera cech indywidualnych. W tym
miejscu chciałabym pozdrowić Horacego.


kształtują nas w przyszłości, która zawsze
nieubłaganie nadchodzi i żąda swoich odwiecznych ofiar. Wspomnienia ulotnego
zapachu ciast własnego wyrobu, smak potraw i dzikich owoców,

A te uprawiane to co, pies?!
Nie są tru.
No wiecie, opryski, pestycydy…

które rozpierzchały się, niczym frywolne
stadko rozkoszy po wszystkich kubkach smakowych,

Ja bym jednak wolała, by owoce, jakie jem,
nie rozpierzchały mi się nagle w ustach, dziękuję bardzo. Nie lubię się dławić,
wiecie.

Te dzikie owoce najpierw z kwikiem
spierdzielają z miski.
- Żywność powinna być tak świeża, by się
jeszcze ruszała na talerzu – stwierdziła ze znawstwem męska część osobowości
Szpro.


by w kulminacyjnym stadium na upragnioną
chwilkę dotknąć podniebienia; to najcenniejsze, co posiadasz.

A wiara, nadzieja, miłość… już nie w
modzie? Teraz tylko stół i dzikie jabłka się liczą?

Konsumpcjonizm, makdonaldyzacja i czwarta
fala!

Dzieciństwo to fundament, który cementuje
przyszłe szczęście jednostki. Stajesz się połowicznie pusty, gdy omija cię dar
dorastania wśród smaków i zapachów, które tylko tobie pozostaną na zawsze w
nietrwałej i obłudnej pamięci.
Fakt, osoby spędzające całe życie w komorze
próżniowej i odżywiające się przez kroplówkę, nie mogą być zbyt szczęśliwe.

Tyle słów, gdy można było użyć czterech:
„deprywacja sensoryczna jezd gópia”.

A cóż to za frywolne smaki i zapachy można
przechowywać w zakamarkach pamięci z dzieciństwa spędzonego w bidulu, gdzie
każdy obskurny, połamany mebel oznaczał to samo;
Łóżko – spać, stół – spać (pod nim), szafa -
spać (w niej), biurko – spać (na nim).
Hm, w sumie jak student po weekendzie.

Bo przed weekendem te meble raczej
kojarzyłyby mu się z seksem, fakt.

nienaturalny i okrutny brak matczynych ramion,
które przekazałyby choć odrobinę ciepła przemarzniętym długim marszem w
poszukiwaniu jej kojącej obecności stopom.
Ok, ok. Rozumiem, że życie sieroty może być
ciężkie, ale na bora! Boso po śniegu?

I jak, do ciężkiej cholery, to wszystko ma
się do mebli?!
Każdy połamany mebel oznaczał to samo: że
należy sierotę mocno chwycić za nogi. Benito M. w tej sytuacji nie wyglądał
jednak na zachwyconego.

- Umiesz dochować tajemnicy?
- Masz gościa. – powiedziała wesoło pielęgniarka i puściła do niej oko.
- Gościa? – prychnęła Malavi, a jej słaby głos przedostał się przez zaplataną i
wzburzoną powierzchnię pościeli.
- O tak. Już tu jest, przyjechał tutaj skoro świt. – odparła kobieta. – Czeka
na ciebie w sali odwiedzin.
Dlaczego trzeba ten fakt ukrywać i trzymać w
tajemnicy?
Może to jakiś Bardzo Tajny Agent?

Może przyszło takie curiosum, że nawet personel
szpitala psychiatrycznego uznał, że lepiej się nie afiszować z takimi gośćmi.

Rozkojarzona Malavi złapała między linię rzęs jej
ciemny obraz,gdy murzynka opuszczała pokój, kołysząc zabawnie krągłymi
biodrami.

Podstępne, nazistowskie rzęsy trzymały
tymczasem mocno jej ciemny, murzyński obraz i wlokły go do obozu.

Gdy zamknęła za sobą drzwi i ostatnie atomy
kłamliwej namiastki jej matczynej obecności pouciekały w atmosferę,
Zastanawia mnie materialność zapachów i
emocji w tym opku. Czyżby pielęgniarka też roztaczała wokół siebie dość
intensywny fetorek – i była jak Paskudny Stary Ron i jego Zapach?

Mam rozumieć, że w międzyczasie nastąpiła
dezintegracja murzynki i to jej resztki właśnie uciekają w przestrzeń? Ha,
nazistowskie rzęsy jak nic skrywają za sobą lasery o wielkiej mocy.
Trochę jak oczy Wyroczni w Niekończącej się
Opowieści.


Po raz kolejny tego ranka, bezsilnie opadła na
łóżko z uchylonymi szeroko ustami łaknąc powietrza, niczym ostatecznego zbawienia.

Podpowiem Ci coś: otwórz okno, porządne
wietrzenie powinno pomóc.

Skoro to łóżko ucapiło ją w szeroko
otwarte usta, to już wietrzenie nie pomoże. Konieczny jest kaftan.

Najlepfe kaftanki fą w Tworkach!

Palce odbywały podróż w nieokreśloną stronę
świadomości, spacerując po śnieżnobiałej pierzynie.
Rączka z rodziny Adamsów, do tego na
prochach. No pięknie.

E, to normalne po hibernacji. Dajcie mi
znać, jak zacznie tańczyć Deszczową Piosenkę w wersji Alexa z „Clockwork
Orange”.

Wzruszyła ramionami, bezwiednie nadając im
nieuchwytną własność wzburzonej fali.
Spieniła się i zaszumiała?

A spod pach ruszyło mordercze tsunami.


Lekarz chrząknął i zakasłał dwukrotnie.
Raz, raz, raz… próba mikrofonu!
Musiał jakoś zwrócić na siebie uwagę Lujki
zapatrzonej w głąb własnego jestestwa.

Wyjął nawet dezodorant i zaczął do niego
podśpiewywać, ale po chwili umilkł, zmieszany.

Miał szerokie bruzdy na czole i policzkach, a jego szare oczy, w którym tliły
się dwie małe iskierki światła przesączały jego mądre, ojcowskie spojrzenie
poprzez grube szkło okularów-połówek.
Okulary połówki?! DUMBLEDORE?! O.O

Chyba tak: tylko czarodziej potrafi
przesączać swoje spojrzenie przez szkło.

Kiedyś to się denaturkę przez watę i chleb
przesączało.
On też miał lasery w oczach. Okulary
działały jak tłumik.

To jest Superman. Pod kitlem nosi majtki na
rajstopkach.

I tak dobrze, że POD kitlem…

- Bardzo chciałbym ci pomóc, Malavi. – zwrócił
się do niej już innym, bardziej personalnym, ludzkim tembrem głosu.
Nieludzki tembr zachował na później, dla
żony.

– Ale wpierw musisz pomóc sama sobie. Moja
rola w tym wszystkim jest niewielka, znikoma, można by nawet rzec. Twoje
życie zależy
przede wszystkim od ciebie.
Ilu psychologów trzeba, żeby wkręcić
żarówkę?
Jednego – ale tylko jeśli żarówka zechce współpracować.

Widzenie z Billem:

Weszła do pomieszczenia stukając bosymi piętami o parkiet.

Nieźle musiała mieć zrogowaciałe, skoro aż stukały.


Po prostu – miała kopyta. Nie zapominajmy, w jakich
warunkach uczyła się chodzić po pokoju…
Aż się dziwię, że nie była podkuta.


Siedział tam, przy stoliku z dłońmi złożonymi jak do modlitwy, lecz
uwiędniętymi

Zwiędły mu, uschły? Od czego, na Bora?!


Och, pamiętasz te dziewiętnastowieczne teorie,
dotyczące straszliwych skutków masturbacji?


Znaczy, stolik trzepał… eee, walił w poręcz i od
tego mu dłonie uwiędły? Bo mnie ze zdania wychodzi, że to stolik dłonie do
modlitwy składał.
Stolik, jako czworonożne stworzenie, jest li
jedynie zwierzęciem, nic zatem dziwnego, że ulega zwierzęcym instynktom.

i spoglądał na nią. Spoglądał na nią.

Mamoooooo! Stolik na mnie patrzy!!!

Jego wzrok był miękki i odrobinę zbyt natarczywy, jak
gdyby próbował objąć całą jej dziecięcą postać i dostać się pod powłokę tkanek
i palących wspomnień.

Kolejny z rentgenowskim wzrokiem. Jakiś desant
X-menów czy ki czort?


Pożyczył magiczne oko od Moody’ego.

Jego ciemne, rozmarzone oczy przewiercały się przez
skórę.

Litości, mam wizualizację gałek ocznych próbujących
przegryźć się przez brzuch tej dziewczyny.


OMNOMNOMNOM.

Pomyślała; jakie on ma prawo do bycia tu?


Jest dzieckiem Wszechświata. Ma prawo być tutaj.

Tymczasem jego wątpliwa postać poruszyła się zwinnie
[postać
Schroedingera?]
, tak że nie mogła już zrzucić jej na karb swojej
galopującej o wiele zbyt daleko wyobraźni.
Wątpliwa postać zrzucona na karb wyobraźni. Dzika
narracja rozwija się niepohamowanie.


Ciekawe, czy to dopiero galop, czy już cwał.


Moim zdaniem – jazda bez poręczy.


Ewentualnie – bez siodełka.

- Witaj. – wstał uśmiechając się lekko i wyciągnął ku niej białą dłoń. Po
nieznacznej chwili wahania, usiadła naprzeciw niego, lustrując go uważnym
spojrzeniem spod kurtyny długich, ciemnych rzęs.

TAKIM?

Patrząc na nią z tak bliska pomyślał, że była blada i
okrutnie wychudzona; poszarzałe ubrania nieporadnie obejmowały jej znikomą
postać, jak zbyt wysoka fala, która pochłania ulotne, zbyt nieświadomie siebie
istnienie.

Wysokie fale rzadko kiedy są nieporadne.
Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie – bardzo skutecznie zmiatają wszystko i
wszystkich, którzy stoją na ich drodze.


Mam rozumieć, że jej ubrania miały większą
samoświadomość niż ona sama?
Zważywszy, że dotychczas nam zaprezentowała
umysłowość ameby – nie jestem zaskoczona.



- Jak się masz? – zagadnął, nie zrażony wyraźnym i niezaprzeczalnym chłodem,
który bił od jej osóbki. Ukradkiem oblizała koniuszkiem języka spierzchnięte,
tkliwie rozwarte usteczka.
Czyli gapiła się na niego z otwartą gębą.

Mam nadzieję, że z kącika ust nie spływała jej strużka
śliny.

I oblizywała się żarłocznie (w końcu lekarz nakazał
jej się lepiej odżywiać, czyż nie?).


- Masz piękne oczy – zagaiła nieporadnie. -
Ciekawe, jak smakują.


Czekoladowo.

- O, świetnie. – odparła natarczywie, podkulając pod siebie kończyny.

Wszystkie cztery. I nie ma się co dziwić, że ją w
psychuszce zamknęli.


Czepiacie się. Dziewczyna po prostu stała się
kotem, który udaje chleb!

- Pomijając to, że od ponad dwóch tygodni siedzę
zamknięta w psychiatryku, gdzie nie mogę posiadać nawet tak prozaicznej rzeczy,
jak obuwie. Och, wszystko jest idealnie.

Tak, zapamiętajmy to sobie – w tym
psychiatryku pacjenci chodzą na bosaka. Żadnych kapci, ba, skarpetek nawet.
Ałtorka chyba za bardzo przejęła się opowieściami o odbieraniu pasków, krawatów
i sznurowadeł…

- Dlaczego chciałeś mnie wtedy ratować? – zapytała niespodziewanie.
- Słucham?
Uśmiechnęła się kpiąco, wykrzywiając wąskie usta koloru bezbronnego bławatka.
Kolor bezbronnego bławatka, niewinna muszla ucha…
Ciekawe, co jeszcze.
…koralowe piersi?


Dziewczę ma niebieskie usta? Ha, więc nie jest tak
źle, skoro pozwolili jej zachować kosmetyczkę. :)


Chyba że ałtoreczka chciała w ten poetycki sposób
napisać, że boChaterce usta zsiniały.

- Chciałem… Chciałem, żebyś przemyślała sobie wszystko jeszcze raz. Żebyś
jeszcze raz… spróbowała.

Jeśli chodzi mu o ponowną próbę zabicia się, to
uważam, że pomysł jest dość ekstrawagancki.


Może ma na myśli to, że „pierwszy raz”
najczęściej niestety trochę boli? ;>


Nie no, racja – próba samobójcza jest rzeczą
słuszną i chwalebną, ale potrzeba dziewczęciu jeszcze nieco inwencji. Każdy
cieć potrafi skoczyć z dachu… Ale żeby tak np. wkroczyć ze świeżo zalaną
zupką chińską do akademika na przednówku?

- Posłuchaj, ja tylko…
- Nie, to ty posłuchaj. Gwiazdorze. – to ostatnie słowo wypowiedziała
wyjątkowo kpiąco i nieporadnie.
Gwiiizd… Gewia… Gwziiii… Tyle
spółgłosek naraz, każdemu się język może poplątać.



Boleśnie wwiercała się w jego bezbronną osobę
rozjątrzonym wzrokiem.
O, teraz jej się włączył świder oczny. W ogóle wyjątkowo
agresywne ma te oczy: rzęsy chwytają Boru ducha winnych ludzi, wzrok ma
wmontowaną wiertarkę…

Jeszcze trochę takich wwierceń i
boChaterowie zaczną przypominać poduszeczki do igieł :(

*doznaje olśnienia* Toż to nie ludzie, to
Cenobici!

Skąd ty możesz wiedzieć cokolwiek o próbowaniu, co? Ty, któremu wszystko
podkładają pod twarz;
Pod „twarzą” to można co najwyżej
śliniaczek niemowlakowi zawiązać.


- Co Ty, kurwa, wiesz o zabijaniu? – splunęła z
pogardą i dodała tonem koniecznego wyjaśnienia: -To znaczy, zabijaniu siebie.

ty, który nie musisz się o nic martwić, masz pełną kieszeń zielonych
(Ekologów ma w kieszeni? A to chytrus!), sztab
chłopców na posyłki i wszystko w domu wykładane marmurem. – prychnęła,
splótłszy chude ręce na piersiach.
Już lepiej być ubogim i uniknąć wykładanego marmurem
laptopa, szklanek, marmurowych drzwi i okien. I oczywiście – marmurowego
baldachimu.


I gacioszków krochmalonych marmurem.

Za wszystkie sprawy, które teraz ważą się w
przerzedzonych minutach służalczej ciszy…;


bo wybierzemy dobrze! Dobrze,
i na zawsze będziemy krzyczeć w wieczności.
Gardła zdarte do krwi, popękane bębenki…
chromolę taką wieczność.


[Tokio Hotel w trasie]

Leniwym wzrokiem spoglądał przez lufcik tourbusa na
zmieniające się plamy barwne i coraz to bardziej przybliżającą się do niego
linię pomarańczowego horyzontu.

„To był naprawdę dobry stuff!” pomyślał.


Przeniósł wzrok na siedzącego obok Jezusa i
utwierdził się w tym przekonaniu.

Doczesny świat, pozbawiony tak banalnych elementów
jak jakakolwiek ludzka dusza przy drodze,
Specjalnie dla Billa:
„Idzie samotna dusza polem,
idzie ze swoim złem i bólem,
po zbożnym łanie i po lesie,
wszędy zło swoje, swój ból niesie…”
Oj tam, Pigmejko – chłop
„grzybiarek” szukał, a Ty tu z poezyją wyjeżdżasz. ;)
Przylaszczek. Takie panie nazywają się
przylaszczki.


Albo ssaki leśne. ^^

zmieniał się na jego oczach w miarę jak pojazd
pokonywał kolejne kilometry, przybliżając go do następnego przystanku podróży.
Paradoksalnie, owa podróż, która każdego dnia okazywała się być dla niego
nieprzewidywalną niespodzianką była jego pracą. Pracą, z której czerpał zarobek
i satysfakcję.

Zwierzenia kierowcy TIRa?

Jako jedna z nielicznych istot, on miał to szczęście robić właśnie to, co kocha
i nic poza tym.

Nawet robienie kupy kochał całym swym jestestwem.


U facetów punkt G jest w odbycie. Jestem w stanie
to zrozumieć (ale, swoją drogą, biedni!).
To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że
slashowanie dwóch panów jest ze wszech miar słuszne i korzystne dla obydwu.

Mimo młodego wieku od wielu lat siłą napędową jego życia była
rozbierzno-zbierzna wiązka marzeń i planów, które w zalążku jego rozwijającego
się z biegiem lat umysłu miały stać się jego udziałem w nieokreślonej
przyszłości, którą majaczył i ku której kierował niezmiennie swe oblicze.

Jak się majaczy przyszłością?


Bierze się ją za ogonek i lekko huśta.
Rozbierzno-zbierzna czyli rozbiera i zbiera
porozrzucane ciuchy. Tej wiązki.



To było jak wieczne bycie rozczochranym i rozochoconym chłopcem z dziurą na
kolanie, trzymającym mocno w zamkniętej dłoni niepozorną nitkę latawca swej
wyśnionej, wyidealizowanej przyszłości.
Rozczochranie mu jednak pozostało.


Miejmy nadzieję, że mu choć w to kolano wstawili
jakąś protezę, bo kuśtykając za latawcem chłopak daleko nie zajdzie.

A jego przyszłość, owszem nadeszła.


Zupełnie inaczej niż w przypadku zwykłych ludzi,
którzy swą przyszłość muszą nęcić okruszkami.

Nie musiał długo na nią czekać. Właściwie, od samego
początku on sam był swoją przyszłością. Sam był dla siebie alfą i omegą
marzeń, pragnień i aspiracji,

On sam był swoją przyszłością oraz alfą i omegą
tych wszystkich rzeczy? Ha, od początku mówiłam, że to opowiadanie o jakimś
bogu, a nie o Billu!
Swoją drogą, nie uważacie, że „Bóg Bill” brzmi dumnie? Prawie tak
dumnie, jak O’Bóg Kaca.


Bóg Bill. Bóg nieposłusznych fryzur, rozmazanych
makijaży i dziur w kolanach.

Przy odrobinie szczęścia byłby tym żałosnym człowiekiem odrobinę mniej
żałosnym, niż pozostali, odnajdując wsparcie w bratu


[w bracie!]
, który, bądź co bądź kroczył u jego boku zawsze, odkąd tylko
sięgał pamięcią wstecz.
Bo gdy sięgał pamięcią naprzód, wyświetlał się
komunikat: +++Błąd dzielenia przez ogórek+++Zainstaluj wszechświat+++


+++I rebutuj+++

Oddychając miarowo, obserwował melancholijną
przemijalność krajobrazu za oknem.
Ach, te efemeryczne góry, te ulotne
kotliny…
Ach, to Grand Prix Dryfu Kontynentalnego…


Bill Kaulitz odpalił cicho filtr papierosa od ozdobnej zapalniczki i ujął go
czule w szczupłe palce.

Bill Kaulitz jednym ruchem rasowego kciuka skrzesał
złote iskry żywiołu i klasycznym ruchem podsunął ku nim filtr zaczynający białą
papierową rurkę nasyconą zielonymi kłaczkami rozkosznego nałogu. Zmienił jego
położenie w trzecim wymiarze poprzez oplecenie go chwytnymi wyrostkami
kończącymi jego nerwowe dłonie i przezwyciężenie grawitacji.


Tylko nadal nie wiem, dlaczego on FILTR odpalał.

Nigdy nie odpalałaś od filtra? Stan znany
ludzkości od czasów wynalezienia alkoholu, niewyspania i euforii.

Zaczesane do tyłu włosy, swobodnie opadły mu na
wyrzeźbione oczekiwaniem ramiona.

Ech, pakerzy męczą się w siłowniach, biorą
różne odżywki, a temu samo oczekiwanie ramiona rzeźbi… No i powiedzcie
jeszcze, że to nie jest jakieś bóstwo.
Czekał, czekał, aż się doczekał.
Zen, Billu, Zen.

Zapragnął ukryć twarz w dłoniach i na
spokojnie poskładać myśli, zamiast tego jednak wypuścił tylko z ust fantazyjne
kształty nikotynowego dymu (kółka,
serduszka, pentagramy…)
i zacisnął szczelnie
usta.
Od tej chwili dym puszczał uszami i cewką moczową.

To mi przypomina pewnego maga ognia, który
na ostatniej sesji puścił ogień odbytem.
To była JEGO ostatnia sesja, jak mniemam.
Gorzej miał się jego przeciwnik, zapewniam.
Nie bardzo spodziewał się ataku z tej strony.


- Hej, bracie.
- Hej, Tom.
- Hej, na szybkim koniu gdzie pędzisz, kozacze?

- Hej hej, ułani
Malowane dzieci!

- Jestem twoim bliźniakiem. Widzę i czuję
wszystko to, co ty.
I dlatego kiedy jeden idzie na randkę, drugi
nic nie traci, zostając w hotelowym pokoju.

[Wracamy do naszej zamkniętej w
psychuszce bohaterki]



Tkwiła tam już od dobrej godziny, zamknięta
ramionami wymownego strachu i przymuszenia wśród całej tej rozwiązłości
emocjonalnej i ekshibicjonizmu myślowego.
Czekajta, prości ludzie, spróbuję tłumaczyć:
była otoczona przez ludzi cierpiących na słowotok?

W jednym przebłysku samoświadomości zdała
sobie sprawę, że jest bohaterką opka tworzonego przez pomiot Mniszkówny.

Lustrując uważnie skrawek nagiego nieba za
przyprószonym granatem oknem,
Obawiam się, że „przyprószenie”
granatem mogłoby się dla okna (i ściany budynku także) skończyć dość
katastrofalnie, choć widowiskowo.

marzyła tylko o tym, by choć przez chwilę
znaleźć się teraz w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, byle nie siedzieć
tutaj z tymi wszystkimi wariatami i nie być tak brutalnie zmuszoną do
wgłębiania się w czeluści i najciemniejsze zakamarki ich chorych wspomnień,
prawd i zniewolonych przez strach umysłów.
Tłumacząc na ludzki: bohaterka bierze udział
w terapii grupowej.

I się tym wyraźnie brzydzi. Nie żebyśmy byli
zdziwieni.

Jedyną osobą, jaką tu tolerowała i do której
żywiła marne strzępki sympatii była złotowłosa Lori, dziewczyna niewiele
starsza od niej, która znalazła się tu z powodu jej podobnego, i to właśnie ona
szturchnęła ją w tym momencie w ramię odziane słabą powłoką wełnistego swetra.
Sweter też czuł się niezbyt dobrze:
towarzystwo jego właścicielki wyraźnie mu nie służyło – wełna była już tak
osłabiona, że nawet sztachnięcia z Perwollu nie poprawiały jej samopoczucia.

Ramię zaś drgnęło i wyświetliło z wyrzutem
siniaka.

Malavi powoli odwróciła głowę w jej stronę i
ku swojemu zdumieniu spostrzegła, że wszystkie spojrzenia utkwione są w niej.
Poczuła się zewsząd atakowana tymi ciekawskimi, pożądliwymi spojrzeniami, które
zdawały się złowrogo prosić, łkać o każdy kawałek jej duszy i niezauważalnie
skuliła się pod okryciem swetra.
Biedna, pożądana przez wszystkich Mary Sue.
Tylko patrzeć, jak ją poćwiartują i na relikwie przerobią.

Tak, ja ją świetnie rozumiem, mnie też już
męczy ta uroda.

Przebierała palcami w rozrzedzonym emocjami i
sprężonym ciepłymi, wilgotnymi oddechami powietrzu, [znaczy, było tam porno i duszno?] jakby w poszukiwaniu czegoś. Starzec dotknął czule
obramowania swoich okularów.
Z największą miłością popieścił je opuszkami
palców. Ten doskonały kształt… ten idealnie gładki plastik zauszników… ten
doprowadzający do ekstazy mały, lecz zgrabny nanosek! E… ekhm… odchrząknął
z zażenowaniem i rozejrzał się po sali spojrzeniem z lekka nieprzytomnym.


Cisza, która wystrzeliła w muszlę jej ucha była nie do zniesienia. Siedem
bladych twarzy wciąż wpatrywało się w nią napastliwie.
A nie nie, to nie scenka z Dzikiego Zachodu, to
budząca grozę chwila w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych.
Bu. A już miałam nadzieję, że zaraz do sali
wejdzie Winnetou.


I rzeknie poważnie: – Widzę, że moi biali bracia
również wpadli w to opko?

Lori posłała jej na odchodnym uśmiech, który w
zamyśle miał być pewnie typem dodającego otuchy, w rzeczywistości był jednak
przerażającym grymasem, który niczym bezlitosna klinga przeciął jej mało
urodziwą, pooraną bruzdami i bliznami twarz.

No i kolejna blizna do kolekcji. Może niech ta
dziewczyna lepiej się nie uśmiecha, co?


Wystarczy, by pamiętała o zmywaniu maseczki, bo z
nałożoną uśmiech faktycznie bywa bolesny.

Malavi obserwowała jak bosi pacjenci wylewają się z pomieszczenia, uparcie
stukając bezbożnie nagimi piętami o wypolerowany parkiet.

Każda mniszkowata ma swój fetysz, u ostatniej to
była ślina, u tej – stukające pięty.


Zastanawiam się nad tymi „bezbożnie
nagimi”. Gdyby noszono kapcie, to pięty stałyby się pobożniejsze?
No pewnie. Nie byłyby bezwstydnie obnażone.
Jeszcze jakiś fetyszysta dostanie spazmów na widok nagiej kobiecej stopy i co
wtedy?


Wtedy w sumie niewiele. Ślinotok, kilka
pospiesznych ruchów i ejakulacja.
Ale to byłaby Obrzydliwość! I Pan mógłby
wywrzeć na nim srogą pomstę – a armia cherubów z ognistymi mieczami, latająca
po szpitalnych korytarzach, to marny sposób terapii dla psychicznie chorych.


Ee tam, większości z nich wydałoby się to
całkowicie normalne.

Lekarz stanął na przeciwko niej, splótłszy ręce za
sobą. Na razie nic jeszcze nie mówił, choć i tak przecież doskonale wiedziała,
że słowa w końcu padną, rozsypią się z nieznośnym hukiem o podłogę,
On ma zamiar używać tych kostek od scrabbli
do rozmowy z nią? Bo innych możliwości do rozsypania słów po podłodze jakoś nie
widzę.


Oj, lekarz po prostu rzuca k20, czy mu się
wypowiedź uda ;]

rozpadną się na miliardowe części składowe;
Słowo z miliarda głosek? Co on, recytował
jej nazwy skomplikowanych związków chemicznych?

Albo irlandzkich miejscowości.

- Nie ukrywam, że zależy mi na tym, abyś brała czynny udział w terapii
grupowej. To najlepszy sposób leczenia przypadłości podobnych twoim. Poznaje
się inne osoby, które czują to samo co ty, myślą to samo co ty, być może i
wierzą w podobne wartości…
- Panie doktorze, nikt tutaj nie myśli i nie czuje
podobnie jak ja.
Albowiem jam jest Mary Sue! Myśli Moje nie
są myślami waszymi, a drogi Moje drogami waszymi…

Pomyślała, że w jej idealnym świecie zbudowanym z jej własnych, tłumionych
pragnień i utyskiwań na ten realny wymiar egzystencji, mógłby być jej
dziadkiem. Miał wszystko to, co, jej zdaniem powinien mieć prawdziwy,
namacalnie realny dziadek,

Dwie ręce, dwie nogi i paczkę Werters Original.
Mnie trochę martwi słowo
„namacalność” użyte w kontekście dziadka. Trochę.

więc dlaczego by nie? Jej umysł mógł wszystko.
Był jej największą potęgą.


Ale poza tym była całkiem normalna. Tylko
troszkę zagubiona, tak.

Na drugie imię miała Gustaw-Konrad.

- Być może jeszcze nie nadszedł odpowiedni
czas.
- Być może on nigdy nie nadejdzie.
- Nie nadejdzie, jeśli będziesz wciąż się pętała i kneblowała. – powiedział
twardo.
A może ona lubi takie zabawy, co?
Czas nadejdzie, gdy dziewczę pojmie, że do
takich zabaw trzeba dwojga. ^^
Co najmniej. I, oczywiście, piwnicy.
Myślicie, że Bill byłby chętny? Mnie on
wygląda na takiego, co raczej sam dałby się spętać…


- Pieprzenie. – burknęła. – To wszystko to jedno, wielkie pieprzenie.
Niczego w sobie nie knebluje, ani tym bardziej nie pętam. Po prostu jestem
butna i trudna w koegzystencji. Taka moja natura.
Innymi słowy: jestem zarozumiałą, nadętą,
egoistyczną pannicą, która uważa, że wszelkie nieszczęście dotyka tylko mnie.


Jakie szczęście, że mija to wraz z
pozostałymi udrękami wieku dojrzewania.

Jedna jej część krzyczała ‘nie chcę go więcej tutaj widzieć!’, druga
rozdzierała jej serce
Musiało jej więc urwać głowę z krtanią i płuckami,
potem rozszczepiło jej tułów, pozostawiając jednak sprawne ręce z pazurami.


Pan Rąsia strikes back!

Niestety, na taką to nawet rozdzieranie końmi za
mało. Przeżywa… Spotkamy się z nią w przyszłym tygodniu.

Z białego, sterylnego szpitala radośnie machają rączkami połączone ekipy PLUS i
SuS, wylewające mroki swych jaźni podczas terapii grupowej

oraz Maskotek, koordynujący wszystko dobrotliwym spojrzeniem znad
okularów-połówek. I wrzepiający nam bezlitośnie pigułki na uspokojenie…

 

Drodzy
Czytelnicy! Ariadna Oliver, bohaterka wielu powieści Agathy Christie, miała
zwyczaj powtarzać, że działanie policji z miejsca by się polepszyło, gdyby
tylko jej szefem została kobieta. Z tego samego założenia zdaje się wychodzić
aŁtorka naszego opka. Postanawia więc poprawić serię powieści J.K. Rowling,
wprowadzając zamiast tego cieniasa Pottera megasuperhiperultra wyczesaną w
Kosmos córkę Syriusza. W poprzednim odcinku zapoznaliśmy się z Esmeraldą
Black i Więźniem Azkabanu
, a dziś ciąg dalszy – Esmeralda Black i Czara
Ognia
oraz Esmeralda Black i Zakon Feniksa. Z elementami Esmeraldy
Black i Insygniów Śmierci
.  Indżoj!


http://esmeralda-black.blog.onet.pl/

Analizują: Kura i Jasza.

Jest mi strasznie zimno. Oddałabym wszystko za ciepły koc. W sumie sama
skazałam się na to piekło. Sama wybrałam sobie taki los. Często, gdy o tym
myślę wydaje mi się, że to zły sen. Koszmar, z którego zaraz się obudzę.
Przynajmniej mam taką nadzieję. Doskonale pamiętam dzień, gdy po mnie przyszli…
W moją stronę szedł nie, kto inny a Korneliusz Knot z obstawą.
Nie! Kto inny?
Knot przebrany za Nie? A może z rozszczepioną
osobowością teraz jest kimś innym?

Tuż za nim biegli moi opiekunowie.
Nie byłam pewna, czego ode mnie chcą, ale coś nakazywało mi zachować spokój.
Gdyby nie to już dawno wzięłabym nogi za pas.

Morał: nie słuchać dziwnych cosiów, głosów, co
gadają w twojej głowie i takich tam.

-Esmeralda Black? –zapytał Knot
-Nie, Kopciuszek, a co?
Aaaa… a nic, pomyliliśmy adres.

-Jesteś zatrzymana.
-Pod jakim zarzutem?
-Pomoc w ucieczce więźniowi.
Założyłam ręce na piersi i posłałam mu sceptyczne spojrzenie.
Ćwiczone godzinami przed lustrem na taką okazję.

-Ma pan jakiś dowód i nakaz?
-Mam to i to.
-A, więc proszę mi to pokazać.
W odpowiedzi podał mi mały, srebrny kolczyk w kształcie wilka. Ścisnęłam go
i westchnęłam. Oczywiście należał do mnie.

-Ten kolczyk został znaleziony w celi skazanego. Śledztwo ujawniło, ze
należy on do pani. Pójdzie pani z nami po dobroci? –zapytał z zimną satysfakcją

Eee… Znaczy, Esme była w celi Syriusza, zapewne
pomagając mu uciec, a on… nie widział jej, nie słyszał, nie miał pojęcia o
całej akcji? Nie ogarniam.

Coś przyszło, zaszło go od tyłu, ogłuszyło i celnym
kopem umieściło w portalu. Inaczej nie da się tego pojąć.

-Wizengamot zadecydował. Oskarżona Esmeralda Black została uznana za winną i
skazana na nieokreślony czas przebywania w Azkabanie.

Nieokreślony czas, czyli dożywocie. Dlaczego jej
lepiej nie pilnowano?!

Nieokreślony czas, czyli zwolnimy ją, jak tylko
aŁtorce poprawi się nastrój.

Zastanawiałam się czy znów będą mnie torturować. Bo zapewne nie wiecie, w jaki
sposób Ministerstwo wydobywa informacje ze swoich więźniów i świadków…
Nie, nie wiemy. Ministerstwo Magii, mimo wielu
swych niedoskonałości, zajmuje się czym innym, a nie torturowaniem dzieci.

-Crucio!
Kolejny krzyk bólu. Ile to będzie jeszcze trwało?
-Gdzie ukrywa się Syriusz Black?
Milczałam.
-To na nic Korneliuszu, ona nic nie powie.
-Nie jest aż tak silna jak sądzisz Barty! Crucio!
Szkoda, że tego nie widziała Rita Skeeter. Myślę,
że artykuł o Ministrze Magii osobiście torturującym czternastolatkę, zrobiłby
furorę.

„To tylko fikcyjny ból! To tylko fikcyjny ból!” powtarzałam starając się nie
wrzasnąć.

Udało się.
-A nie mówiłem?
-Och daj spokój! Nie może być tak silna! Mów natychmiast gdzie ukrywa się
twój ojciec?!

-Piep*z się! –warknęłam patrząc mu w oczy
Śledczy byli pod wrażeniem tego, jak starannie
wymówiła gwiazdkę.


[Esmeralda zatem siedzi w celi, marznie i
tęskni za Malfoyem, i wydaje się, że tak upłynie reszta jej nędznego żywota...
aż tu WTEM!]

Drzwi do celi otworzyły się z rozmachem. Było zbyt ciemno bym mogła zobaczyć,
kto do mnie podchodzi. Ten ktoś przyklęk i pokręcił z niedowierzaniem głową.
Tylko pokręcił głową?! Nie bił nią w pokłonach o
posadzkę?

Ojtam, ojtam, nie wystarczy, że przyklękł?

 


-Co oni z tobą zrobili? –zapytał wyciągając do mnie rękę
Chwyciłam się jej jak ostatniej deski ratunku i pozwoliłam by wyprowadził mnie
do światła…
I tak o.
Aresztowali ją za pomoc w ucieczce groźnego
bandyty, skazali na dożywocie, torturowali… a potem ni z tego, ni z owego,
przychodzi Tajemniczy Wybawca, pękają kajdany, mury runą, alleluja!

Wychodzi mi, że boChaterka w Azkabanie [w swym
czternastoletnim życiu] była dwukrotnie.

Raz, tylko po to, żeby zgubić kolczyk, a drugi -
żeby odsiedzieć to, że go wcześniej zgubiła. 

No, nie tylko – jeszcze żeby poigrać z dementorami!
Pytanie: Czy ona odsiadywała wyrok w Azkabanie w
czasie nauki w Hogwarcie? 

*drapie się w łeb* Hmmm… aŁtorka chyba chciała
zasugerować, ze była tam na jakimś szkoleniu. Tak sądzę.

[Zaczyna się czwarty rok w Hogwarcie, pojawiają się
uczniowie z Durmstrangu i Beauxbatons.]

-To moje kuzynki Fleur i Gabrielle Delacour. Moja matka
była siostrą ich mamy.

Jeden z punktów poradnika
„Jak napisać wypasionego blogaska” głosi: Spokrewnij swego bohatera z
jak największą liczbą postaci kanonicznych!


Nikt nie zadał żadnego pytania dopóki Fleur nie zajęła
miejsca obok mnie. Moja kuzynka miała to do siebie, że wręcz biła od niej
gracja i piękno. Była w ¼ willą.

Zaś w pozostałych 3/4
blokiem wielorodzinnym.


W pewnym sensie ja też, tylko jakoś nie mam typowej
urody willi. Mama też jej niemiała.

No cóż, bloki z wielkiej płyty mają w sobie
niezwykle trudne piękno.

Weszliśmy dokładnie w momencie, w którym wszedł nowy
nauczyciel OPCM. Gdy go zobaczyłam poczułam jak żołądek wywraca mi się do góry
dnem. Alastor Moody. Szalonooki. Ten rok zapowiada się coraz bardziej ciekawie.

 
Szalonooki prezentuje uczniom Niewybaczalne. I tak
samo jak w powieści – dręczy pająka.

Pajączek skrzyżował nóżki i zaczął się miotać w silnych
bólach. Zaczęłam szybciej oddychać. Przecież nie tak dawno to we mnie ciskano
to zaklęcie. Pamiętam ten ból, mimo, że był tylko psychiczny.

Skoro nie wiecie o co w tym chodzi to podpowiadam:
wystarczy sobie powiedzieć „to tylko na niby i nic mnie nie boli”,
aby rzeczywiście nie czuć bólu. I cały wysiłek torturujących idzie się tarmosić
w krzaki. Muszę to przećwiczyć w ataku migreny…

-Niech pan przestanie! –krzyknęła Hermiona
Nie patrzyła ona jednak na pająka a na Nevilla. Był
wyraźnie przerażony i wcale mu się nie dziwię. Czytałam jego akta.

Przechowywane w archiwum
Magicznego IPNu.

Tak zapytam retorycznie:
nie ma sensu zastanawiać się, kto i po jaką cholerę udostępnił te akta
nieletniej smarkuli, w dodatku córce faceta uznawanego za bandytę i mordercę,
prawda?


Jego rodzice zginęli przez to zaklęcie.
Nie, nie zginęli. To byłoby
zbyt proste.

Och, Mary Sue CZEGOŚ NIE
WIE?! Gdzie to zapisać?!

Kolejny dowód na to, że Magiczny IPN gromadzi
fałszywki!

Zanim tu przyszłam musiałam poznać wszystkich uczniów i
znać zaklęcia niewybaczalne. 

Musiałam także nauczyć się
jazdy figurowej na łyżwach i dyrygowania orkiestrą symfoniczną, a mój cięty
język to efekt wieloletnich ćwiczeń z najsławniejszymi mistrzami retoryki.

Innym uczniom musiały wystarczyć zakupy na
Pokątnej i umiejętność wejścia na peron 9 i 3/4.

Podczas pobytu w Azkabanie nauczyłam się nawet je
przezwyciężać.

Azkaban jako szkółka niedzielna dla dorastających
panienek? Szycie, haftowanie, rzucanie Niewybaczalnych, gra na pianinie i
OPCM? 

Raczej rodzaj mentalnej sali treningowej.

-Dobrze, jest jeszcze jedno zaklęcie niewybaczalne.
Jakie?

Ręka Hermiony zadrżała.
-Avada kedavra. –wyszeptała cicho
-Tak. Zaklęcie uśmiercające. Jest w tej klasie osoba,
która umie je rzucać. –powiedział podchodząc do mojej ławki – Black?

-Tak, profesorze? -zapytałam przez zaciśnięte zęby
- Zdekonspirowałeś mnie, sukinsynu!

Wszyscy w klasie spojrzeli na mnie ze strachem. Malfoy
próbował się „dyskretnie” odsunąć w wyniku, czego spadł z krzesła.

Atmosfera gęstnieje, Niewybaczalne iskrzą neonowo
pod sufitem, mrok i zło ścielą się pod ścianami i nagle srrru: Element
Komiczny! Malfoy spada z krzesła! O mujeju!

-Może nam zaprezentujesz?
Milczałam zaciskając mocno pięści. Alastor podszedł do
słoja i wyciągnął pająka.

-No dalej Black. To polecenie nauczyciela.
Spojrzałam na niego jak na zdrajcę.
-Zawsze mogę go inaczej wykończyć. Cru…
- Krucafuks!
Cruella DeMon,
Cruella DeMon,

Co wzrokiem poraża i miną tak złą…


-Nie! – krzyknęłam
Spojrzał na mnie wzrokiem typu „No dawaj, czekam.”.
Błyskawicznym ruchem wyciągnęłam różdżkę i nim
ktokolwiek zdążył coś zrobić powiedziałam spokojnie:

Przeciągając samogłoski i
poziewując dyskretnie…

-Avada kedavra!

Błysnęło zielone światło i pająk padł martwy na blat
biurka. Zamknęłam oczy nie chcąc widzieć wzroku innych uczniów.

Ach, jak łatwo namówić ją do zabijania. Dziś
pajączek, jutro może sowa, a pojutrze…
Tak tylko kryguje się przed resztą, że
wrażliwa jest i subtelna.

-Tak. Wyjątkowo paskudne zaklęcie. W tej klasie są dwie
osoby, które umieją je rzucać i istnieje tylko jedna, która je przeżyła. I ta
osoba siedzi przede mną. – powiedział Moody patrząc na Pottera.

- To może ja poprawię! – wyrwała się radośnie
Esmeralda.

 

Pędziłam zaludnionym korytarzem do gabinetu Dumbeldoora.
(…)
Walnęłam w coś dużego tak, że aż się odbiłam. Przeklnęłam siarczyście i
podniosłam wzrok na wysokiego Puchona.
-Co ty ku… Cedrik? –zapytałam
Kuku…
Kuku, kuku – od kwietnia do maja
Kuku, kuku – Puchon na wiosnę podrzuca jaja.

Chłopak uśmiechnął się do mnie. Był ode mnie starszy, ale tak samo jak reszta
uganiał się za mną.
A spróbowałby się nie uganiać! 

Raz nawet dał mi kwiaty. Później dzięki Bogu zadowolił się tylko
przyjaźnią, a swoje zainteresowanie przeniósł na Cho Chang. Nie żebym coś do
niego miała. Był miłym i fajnym chłopakiem, ale… nie miał tego czegoś.
Taaa, nikt się nie spodziewał, że niedługo zrobi
się piękny jak marmurowy posąg greckiego boga i zacznie sparklić.

Ja lubiłam ryzyko a on.. Nie miał w sobie żadnego, że się tak wyrażę ryzyka.
Jeśli mnie zrozumieliście to gratuluję, bo ja samej siebie nie rozumiem.
Nie, nie ma czego gratulować, my Ciebie też nie.

[Esme zdradza Dumbledore'owi swe podejrzenia co do
Moody'ego]

-Mam ufać nieobliczalnej dziewczynie z niezwykłymi zdolnościami?! –zawołał
Dumbeldoore
Zamurowało mnie. On… On, mój opiekun powiedział mi coś takiego?! Moje serce
było rozdarte. Jak on mógł…
I nie pocieszyło mnie nawet to, że docenił me
niezwykłe zdolności.

Może chodziło o rytualne dodawanie tytułów jak w
ZSRR? Im więcej było wazeliny przy nazwisku Chorążego Pokoju, Wybitnego
Językoznawcy i Nieomylnego Stratega, tym większe były szanse przeżycia.
Może Dumbledore też chciał żyć i dlatego do każdego „chrzanisz, moja
panno” dodawał „wielce utalentowana, niezwykła i niepowtarzalna,
nasza najlepsza uczennico, ozdobo Hogwartu i perło świata czarodziejów”?

Esme ma Wizję:

Dumbeldoor patrzy z przerażeniem na czwartą kartkę z nazwiskiem zawodnika.
-Harry Potter… -powiedział słabym, ale słyszalnym głosem…
Zielone światło, wrzask i koniec…
A to tylko piękna stłuczka na skrzyżowaniu.

Zaczerpnęłam głośno powietrza i nie wahając się dłużej weszłam do WS. Bez
problemu przekroczyłam linię wieku. Musiałam się trochę bardziej namęczyć z wydobyciem
kartki,
Ona te kwity wyciągała z ognia? I co – udało się za pierwszym razem wylosować odpowiedni
zwitek, czy zagrała w „do czterech razy sztuka”?

Żeby to do czterech. Przecież tam wrzucili swe
nazwiska wszyscy goście z Durmstrangu i Beauxbatons i całkiem sporo uczniów
Hogwartu.

a potem,…Gdy już chciałam odejść z kartką wyszło, że nie mogę.
-To ma być taki „śmieszny” żart?! –zapytałam głośno Czary
Czara wybuchała raz ogniem, raz śmiechem.

Nikt mi nie odpowiedział. Zrezygnowana zastanowiłam się chwilę. Musze wpisać
inne nazwisko, ale… czyje?
W tej chwili usłyszałam czyjeś kroki. Złapałam różdżkę i wpisałam byle, jakie
nazwisko.
Ach, takie pierwsze-lepsze jakie przyszło mi do
głowy. John White, Ted Brown, Susan Grey…

Wrzuciłam kartkę i dałam dyla do dormitorium…
A następnego ranka obudziłam się z piękną, siwą
brodą – efekt przekroczenia Linii Wieku, sprawdzony osobiście przez braci
Weasleyów.

Esmeralda wymawia się pomrocznością jasną:

Rano obudziłam się bardzo zdenerwowana. Cholera! Czyje nazwisko tam wpisałam?!
Przez cały dzień nie mogłam się skupić. Siedziałam jak na szpilkach
zastanawiając się, co napisałam na tej pieprzonej karteczce!
Komisja Śledcza ds. Czary Ognia:
- Czy wrzuciła pani jakąś kartkę do Czary?
- Nie wiem.
- Jakie nazwisko było na tej kartce?
- Nie pamiętam.

-Czwartym reprezentantem jest… – powiedział nie pewnie Albus – Jest Esmeralda
Black!
Ja pitole! Co ja zrobiłam! Wpieprzyłam do tej głupiej Czary kartkę z własnym
nazwiskiem! Ja się posiatkuję!
Posiatkuj się, utoreb, zaplecakuj, rób co chcesz,
ale nie wciskaj ciemnoty.

Najlepiej się zawalizkuj, zbagażnikuj i wywieź.

Czternastolatka odreagowuje stresy. Nie wiadomo
gdzie, bo do Hogsmeade uczniowie wychodzili tylko w wyznaczone dni i za zgodą
nauczycieli; nie wiadomo jak – bo wódki uczniom nie podawano; wiadomo jedno -
jej arogancja rośnie w miarę nasączania mózgu [?] no, dobra – wątroby
alkoholem.

-Nie powinnaś tyle pić. Jak szef się dowie…
-Zamknij się Tom i lej! –przerwałam mu patrząc na pustą szklankę
Zrezygnowany chłopak nalał mi szklankę Ognistej, na co zmarszczyłam brwi.
Marlowe powinien się od niej uczyć.

-Wiem dobrze, że w barku masz coś lepszego od tego sikacza. –prychnęłam
-Tamto jest tylko na specjalne okazje!
-Zaraz jak ci dam specjalną okazję… -zagroziłam machając pięścią
Uch, jaka groźna się robi! Gdybyśmy nie wiedzieli, że to tylko arogancki dzieciuch,
to sami byśmy się wystraszyli!

-Dobra, dobra niech ci będzie. Ja nie będę cię wynosił pijanej! –krzyknął Tom
odskakując od baru
Już po chwili siedziałam nad szklanką drogiej wódki z Rosji. Wolałabym Polską,
ale cóż.
Koneserka.
Szklanką! Nie oszczędza się smarkula! Stakan wodki,
ogóriec, nu i wot, kak charaszo, kakaja żyzń krasiwaja!

Trzeba brać, co dają.
Siedziałam w barze Pod Świńskim Łbem i dawałam sobie nieźle w palnik. Niestety
taka już byłam. Gdy miałam uczucie, że spieprzyłam wszystko, co mogłam szłam
wypić coś mocniejszego.
Napój dyniowy wzmocniony kefirem.

To ironiczne czyż nie? Mam zaledwie czternaście lat a zachowuję się jak
dorosła, jeśli można nazwać picie alkoholu zachowaniem dorosłym. Bo tak
naprawdę dorosłam nieco za szybko.
Zupełnie jak dorosły skrzat, który przy kominku
zalewa się piwem kremowym.

[Ponieważ w Turnieju startuje ultramegazajebista
Esme, a nie żaden byle Potter, nie ma mowy o żadnej zawiści uczniów względem
niej, żadnych plakietkach "Kibicuj Cedrikowi Diggory'emu " czy
"Black cuchnie". Opis przygotowań do Turnieju pomijamy, gdyż znamy go
z książki.]

-Esme wiesz już, jakie jest pierwsze zadanie? -zapytał [Moody]
-Nie.
-To ci po…
-Dobra! Daj sobie spokój z tym odgrywaniem troskliwego wujcia Alastora.
-wybuchłam
Szalonooki popatrzył na mnie z mieszaniną strachu i zdziwienia.
Stary, doświadczony auror kuli się w strachu przed
smarkulą.
Nawet jeśli to tylko przebieraniec – robi wrażenie.

-O, co…
-Dobrze wiesz, o co mi chodzi! –warknęłam zaciskając palce na różdżce – Nie
jesteś Alastorem. Zbyt dobrze go znam i wiedz, że dowiem się, kim jesteś, a
wtedy powiem wszystko Albusowi i zabiorą cię tam gdzie twoje miejsce!
I zawołam kolegę, i zabierze ci wiaderko, i
dostaniesz łopatką po głowie.

Przez chwilę nic nie mówił tylko mierzył mnie zaciekawionym spojrzeniem.
Później uśmiechnął się ironicznie i powiedział:
-A, więc mieli racje. Nie jesteś tak głupia jak Potter i jego spółka.
Nie na darmo się jest Marysią Zuzią, no nie?

-Co to ma z nim wspólnego?
-Nawet nie wierz jak dużo. Pokrzyżowałaś mi plany dziewucho!
Aha. Będzie się teraz zwierzał. Jak zwierzę.

-A, więc… to ty! To ty wrzuciłeś tą [tę]
kartkę! Już się z tego nie wykaraskasz. Wszystko im powiem!
-Mów i tak ci nie uwierzą.
CO?! Mi nie uwierzą?! Mi nie uwierzą?!
Ci, ci!

No i nie uwierzyli!
A to durnie! Na tle tych głuptasków esmeraldowa
głębia mądrości i przenikliwości jest jeszcze głębsza i przenikliwsza.

-Esme, co ty wymyślasz! To jakieś chore wymysły czternastolatki!
-Może i mam czternaście lat, ale wiem i rozumiem więcej od ciebie! – wrzasnęłam
Zgadnijcie, na kogo wrzasnęła i komu nawrzucała od
głupców?

Albus pokręcił głową.
A ja ciężko wzdycham.

-Zawiodłaś mnie…
-Nie, Albusie. To ty mnie zawiodłeś. Nie wierzysz mi: okej. Sama doprowadzę wszystko
do końca bez WASZEJ pomocy! –zawołałam trzaskając drzwiami
Jest lepsza! Jest po prostu ultramegasuperhiper i
sama da radę wszystkiemu. Ten dureń Potter nie zrobiłby nic bez pomocy kilku
nauczycieli, członków Zakonu Feniksa oraz przyjaciół.

Bo ja sama wszystko wiem
I śniadanie sama zjem,
I samochód sama zrobię,
I z wszystkim poradzę sobie!

No tak, ale Potter jednak nie był na „ty”
z dyrektorem Hogwartu. Cienias.

Pierwsze zadanie Turnieju – smoki. Zobaczmy, jak
Esme poradzi sobie z rogogonem węgierskim!

Rogogon przypominał wielką czarną jaszczurkę z kolczastym ogonem i skrzydłami.
Ku mojemu zdziwieniu jego żółte ślepia nie pałały nienawiścią, a
zainteresowaniem.
Dym z pyska układał się w napis: I LOVE YOU!
Był różowy i woniał fiołkami.

Powoli do niego podchodziłam starając się go nie spłoszyć.
Smok mógłby nawiać na sam widok.

-Spokojnie… Nie chcę zrobić ci krzywdy…Chcę tylko to złote jajo… -szepnęłam
patrząc prosto w żółte ślepia
- A kopa w rzyć chcesz? – zapytał smok wyjątkowo
uprzejmie.

Smok parsknął [rozbawiony], a z jego nozdrzy
wyleciały kłęby pary. Przełknęłam ślinę patrząc z lekkim przestrachem na wielką
jaszczurkę.
„To tylko jaszczurka. Mała jaszczurka. To
tylko fikcyjny smok. To tylko fikcyjny ogieeeeeeee…”

Nagle smoczyca przybliżyła do mnie łeb, na co wszyscy jak na komendę umilkli.
Ostrożnie wyciągnęłam dłoń i poklepałam ją po pysku.
O, jedzonko! Samo przyszło!
W samą porę, bo miałam już dosyć konserw po
rycersku.

Wszyscy wstrzymali powietrze patrząc na mnie jak na nienormalną.
Nawet smok mrugał znacząco i dyskretnie kreślił
pazurem kółko na czole.

Rogogon zachowywał się jednak bardzo przyjaźnie. Odruchowo się uśmiechnęłam
głaszcząc dalej lśniące czarne łuski.
Robiąc jednocześnie smokowi gili-gili palcem po
podniebieniu.

W tej chwili tuż koło nas grzmotnęło i zobaczyłam jasny blask.
To sam Zeus wkuropatwił się wreszcie.

Przez chwilę nic nie widziałam i nie słyszałam. Coś odepchnęło mnie i z impetem
upadłam twarzą na coś bardzo twardego.
Byłam oszołomiona. Po chwili wrócił mi słuch, wzrok jednak nadal pozostał
zamglony.
I rozsądek też zamgliło. Resztę widzów zaś
zemdliło.

Słyszałam wrzaski i ryk smoka. Wszystko mnie bolało, a z niewielkiej rany na
ramieniu ciekła strużka krwi tak samo jak z rozciętego łuku brwiowego i wargi.
Nie ma obawy – uraz nie pozostawi blizn i nie
wpłynie na urodę Marysi Zuzi.



Gdy tylko wzrok mi się wyostrzył pod szarpnęłam się do góry i uskoczyłam w bok.

Widzicie? Wystarczylo podskoczyć. A Potter uganiał
się na miotle jak gUpi.

A smok grzecznie poczekał, aż się dziewczę ocknie.

Poczułam na policzku gorący podmuch ognia. Rozwścieczona smoczyca zaatakowała
mnie ogonem, przed którym nie zdążyłam w porę uciec. Kolce jeszcze bardziej
rozszarpały mi ranę na ramieniu. Krzyknęłam z bólu i wyciągnęłam przed siebie
różdżkę. Powiedziałam pierwsze, co przyszło mi do głowy:
-Teneo!
- O, kur*opatwa! [Przepraszam, ale to było
pierwsze, co mi przyszło do głowy]
I nagle nad smokiem zmaterializowała się
winda z Seksmisji i rozgniotła go na placek. Jaszu, jesteś genialny!


Smok nagle się zatrzymał.
Ze zdumienia wrył się pazurami w ziemię.

Wyglądał tak jakby go ktoś trzymał na ciężkich, grubych łańcuchach a on nie
mógł nic na to poradzić.
Oglądało się Shreka, oglądało!

Podniosłam się ociężale z ziemi. Cały czas trzymałam się za ramię. Bez problemu
wzięłam złote jajo wśród radosnych krzyków i braw.
-Brawo! To niesamowite! Tak trudne zaklęcie! BRAWO! –krzyczał Ludo Bagman,
który robił za komentatora
No widzisz Jaszu, Potter musiał uganiać się na
miotle, bo gUpi był i nie znał taaaakich trudnych zaklęć. Zawsze mi się
wydawało, że on nadaje się tylko na fizycznego.

[Pomijamy dalsze dwa rozdziały poświęcone flirtom
Esme z Dracusiem.]

Znacie? Więc posłuchajcie.
I wynotujcie na karteczkach pięć elementów, jakimi różni się ten tekst od
fragmentu powieści:

-Już naprawdę nie mam siły! –zdenerwowałam się
Siedziałam na kładce, a tuż obok mnie siedzieli Draco i Blaise.  Blondyn
trzymał złote jajo i zastanawiał się, jaką ono skrywa tajemnice.
(…)
-E tam. Dajmy sobie z tym spokój. –odparł Zabini wrzucając jajo do jeziora
-Zabini! –ryknęłam
Jezioro nie było już od dawna pokryte lodem, ale woda w nim była nadal
lodowata. Ściągnęłam z siebie płaszcz i wskoczyłam do wody.
Czujemy się lekko rozczarowani, że Esmeralda nie
wpadła na pomysł rozwiązywania zagadki w przytulnej łazience prefektów,
oczywiście w uroczym towarzystwie Malfoya.

Pod wodą jajko samo się otwiera, a z jego głębi
płynie przepowiednia na żywca przepisana z książki.

Malfoy rycersko nurkuje i wyciąga Marysię Zuzię z
lodowatej toni.

 -Nie chcę
tego słuchać! Jazda do skrzydła szpitalnego! –warknął pomagając mi wstać.
Ani ja, ani Zabini nic więcej do niego nie
powiedzieliśmy…
Esme ofoszyła się za brak należnego szacunku
w głosie, a Zabini pluł sobie w brodę z powodu straconej szansy.

[Drugie zadanie Turnieju Trójmagicznego. Zaznaczmy,
że w przeciwieństwie do Harry'ego, Esme od dawna wiedziała, że powinna
wykorzystać skrzeloziele oraz gdzie je znaleźć.]

W końcu dopłynęliśmy do miejsca gdzie nie było żadnych roślin a same kamienie,
do tych właśnie kamieni byli przywiązani ludzi.
A to co, nabrała akcentu od francuskich kuzynek?

Draco, Cho, Gabrielle i Hermiona. Oczywiście miałam wyrzuty sumienia i zamiast
od razu odwiązać Malfoya i odpłynąć, trochę poczekałam.
Niech się porządnie odmoczy.
I tak już stracił przytomność, więc te parę minut
więcej niedotlenienia…

Gdzie jest Fleur?! Wtedy poczułam, że moje płetwy zaczynają powoli zanikać.
Cholera… Odwiązałam szybko blondyna i już miałam odpływać, gdy moja pieprzona
moralność kazała mi zostać.
Ona wbrew sobie samej jest taka szlachetna. Inaczej
po prostu nie potrafi.
Nie chce, ale musi.

Oczywiście, że jej nie zabiją, ale trzeba będzie znowu wchodzić po nią do wody…
Zrezygnowana wyciągnęłam różdżkę i przecięłam jej linę.
Widzicie grymas na jej twarzy? To przewracanie
oczami i odymanie usteczek?

Jakiś tryton coś tam się pluł, na co elegancko pokazałam mu środkowy
palec. 
Środkowy palec Malfoya. No cóż, jeśli oburzony taką
elegancją tryton miał coś odgryzać, to chyba lepiej topielcowi.

[Po wykonaniu zadania]

Dokładnie w tym momencie z tłumu wyszła Rita Skeeter ostatnia osoba, którą
chciałam widzieć.
-Pani Black może dwa słowa dla Proroka Codziennego?
-A nawet cztery słowa: Odpierdol się ode mnie!
Taaa, a ten cienias Potter zdobył się tylko na
„Tak, może pani usłyszeć ode mnie słówko. Nawet dwa: Do widzenia!”

[Ostatnie zadanie turnieju. Część w labiryncie
pomijamy, gdyż jest niemal identyczna z książkową. Do Pucharu docierają Cedrik
i Esme, świstoklik przenosi ich na wiadomy cmentarz. Scenę na cmentarzu też
znamy, z jedną oczywiście różnicą: speszony Glizdogon wykorzystuje krew Esme do
ceremonii wskrzeszenia Voldemorta. Czy zadziała?]

Z kotła wyszedł odrodzony Lord Voldemort…
No i kurde, zadziałało!

-Kimże ona jest?! Gdzie jest Harry Potter?! –zapytał swego sługi
Za co ja wam, do biurwy nędzy, płacę?

-Już ty dobrze wiesz, kim ja jestem! –warknęłam próbując uwolnić się z więzów
- A jeśli nie wiesz, to zaraz się dowiesz. A jak
się dowiesz, to popamiętasz!

Voldemort obszedł mnie na około.
-To, kim jesteś? –syknął
Popatrzył na dziwne, gadające to. To na niego też
popatrzyło. I zagadało:

-Esmeralda Black. –odparłam hardo
Znasz mnie! To ja! O mnie mówi przepowiednia! Że
co? Że nie było o mnie żadnej przepowiedni? Nie szkodzi, zaraz jakąś wymyślę!

Jego oczy zwężyły się.
Znaczy, pokryły się cienką błonką, a źrenica
stała się pionowa?

Albo ze zdziwienia wysunęły się z oczodołów
jak węże z jamy. Po prostu – miał gały na dość długich, wijących się
szypułkach.

-Zajmę się tobą później. –odparł
Tylko wepchnę sobie oczy palcami na miejsce.

Po kilkunastu minutach na cmentarzu zaroiło się od postaci w czarnych
pelerynach i srebrnych maskach. Śmierciożercy… Odpowiedzieli na jego wezwanie.
Wyciągał niektórych na środek i publicznie znęcał się nad nimi. Kretyni! Dawali
mu tą pieprzoną satysfakcje i wrzeszczeli jak małe dzieci.
Natomiast Esmeralda nie da mu żadnej satysfakcji. Nie
liczcie na to.

Po kilku minutach miałam dość.
Nuda. Nuda.
-Skończ to Voldemort! Nie mam zamiaru zapuścić tu korzeni! –krzyknęłam
Ej, ej! Tu jestem! Przestań zajmować się głupotami
i zwróć uwagę na mnie!

Wszyscy umilkli patrząc na mnie z niedowierzaniem. Czternastolatka odważyła się
powiedzieć coś takie Czarnemu Panu?
W tylnych rzędach zaczęto błyskawicznie obstawiać
zakłady – Avada, czy jakieś wolniej działające i bardziej bolesne zaklęcie?

Jak pamiętamy, crucio niestety nie wchodzi w
rachubę.
*Konspiracyjnym szeptem* Pssst! Ale Voldek o
tym nie wie!

Za chwilę się dowie! Ale nie uprzedzajmy faktów. *chichocze szyderczo i
złośliwie*

Voldemort odwrócił się w moją stronę. Jego oczy ciskały gromy.
Okoliczne nagrobki padały jak kłosy w żniwa.

-Jesteś harda, ale pyskata. Podobasz mi się.
Jak powszechnie wiadomo, Voldek słynął z tego, że
wysoko cenił osoby niezależne i mające własne zdanie (znaczy no, harde i
pyskate).

-Wybacz, ale nie umówię się z tobą na randkę. –prychnęłam
Jeszcze jestem za młoda, by rodzić twoje córki!

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu Voldziu zaśmiał się mrohnie.
Mojemu też. Kanoniczny Voldek powinien w tym
momencie, w stanie najwyższego wkurwu, rzucać avadami na prawo i lewo -
zależało mu przecież na krwi Harry’ego, by przełamać w ten sposób jego magiczną
ochronę, a tu dostał taką Esme, od której może co najwyżej złapać wirusa
marysuizmu.


-Crucio! – krzyknął Voldi celując we mnie różdżką
Niektórzy źle znoszą odmowę, powinnaś o tym
wiedzieć.

A to wymyślił! Schematyzm reakcji Voldemorta jest
zadziwiający.

Poczułam ten ból, ale pobyt w Azkabanie nauczył mnie przezwyciężania go. 
-Przepraszam mówiłeś coś? –zapytałam Lorda bawiąc się różdżką
I ostentacyjnie wydłubując nią brud zza paznokci.

Wyglądał na zdziwionego i rozwścieczonego. Ja zaś miałam niezłą zabawę.
-Wybacz, ale to nie robi na mnie wrażenia. –mruknęłam
Okay, so you’re Lord Voldemort?
That don’t impress me much.
Okay, so you’ve got Deatheaters?
That
don’t impress me much.


-Z tego, co pamiętam rodzina, Black’ów była mi przychylna. Może się do
nas przyłączysz?
Odrzuciłam głowę do tyłu i wybuchnęłam gromkim śmiechem.
Ja też, prawdę mówiąc.
Patrzcie! Prosić ją będzie. 

Najlepsze, że ona już ma gotową ciętą ripostę:

-Zabawny jesteś. Myślisz, że przyłączyłabym się do twojej bandy morderców?
Jakbyś nie wiedział zabili mi matkę, przez co mam do nich pewne uprzedzenia.
Straciłeś dobrze rokującą Śmierciożerczynie. A teraz wybacz, ale mam rachunki
do wyrównania. Incarcerous!
Nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć grube liny oplotły Glizdogona.
Z kieszeni wyciągnęłam laskę dynamitu. Uwielbiam środki wybuchowe.
I tak je noszę przy sobie na wszelki wypadek -
dynamit w kieszeni, granat w plecaku i nitrogliceryna w obcasach.

Zwłaszcza w czasie Turnieju takie substancje mogą
się przydać. Gdyby jury próbowało mieć inne zdanie, to werdykt werdyktem, a
zwycięstwo musi przypaść Esmeraldzie.

Podrzuciłam ją do góry i wycelowałam różdżką.
-Bombardo!

Efekt był wspaniały! Większość Śmierciożerców odskoczyła od miejsca wybuchy
przewracając tym samym swojego pana.
Och, jak to dobrze, że dbasz o rozładowanie
napięcia za pomocą Elementu Komicznego! Bez tego zgryźlibyśmy paluchy do kości!

A tu takie fajerwerki i gombrowiczowska
„kupa”!

[Esme wraca do Hogwartu wraz ze związanym
Glizdogonem oraz trupem Cedrika]

-Czyżbym zobaczył w twoich oczach strach? –powiedział [Moody] z paskudnym
uśmiechem na ustach
Uniosłam wysoko brodę.
-Nie, to przez tą niestrawność… Po za tym, kogo niby mam się bać? Ciebie?
Voldemorta? Powiedz!
O większego trudno zucha
Niż ta Esme, cud – dziewucha!
Ja niczego się nie boję
I przed Voldkiem hardo stoję!
Dementorzy? Te jełopy
Mogą lizać moje stopy!
Czci mnie bogin, szyszymora
Oraz każda inna zmora,
A strasznego Ponuraka
Wychowałam od szczeniaka!

Przycisnął swoją różdżkę do mojej szyi.
-Śmierci. Jej się boisz?
-Nie, już od kilku lat na nią czekam. 
Ach, te zmęczone życiem czternastolatki…

-Chyba się wreszcie doczekasz. Gdy pozbędę się ciebie Czarny Pan wynagrodzi
mnie sowicie.

*Analizatorzy biorą węzełki ze swym skromnym
dobytkiem, kije pielgrzymie w garści i idą szukać sensu.*

1. Voldemort lekceważy Esmeraldę, bo generalnie
jest mu potrzebna jak grzybica stóp, więc Moody nie ma co liczyć na
wynagrodzenie.

2. Albo wręcz przeciwnie – ona strasznie działa mu
na nerwy i Voldemort pragnie osobiście ją usunąć. W takim przypadku tym
bardziej nie zapłaci, a jak się wścieknie, to jeszcze może obić.

Myślisz, że Esme zdążyła zaleźć mu za skórę gorzej
niż Harry? W sumie coś w tym jest, o Potterku coś się ostatnio cicho w tym opku
zrobiło, czyżby Esme przejęła także jego rolę jako spodziewanego pogromcy
Voldemorta?
Właśnie. Wyobrażasz sobie reakcję Voldemorta
na wieść, że główny jego przeciwnik zginął z ręki kogoś innego, na przykład
prof. Umbridge i nie może się nad nim poznęcać?

Przecież nie zapłaciłby, tylko co najwyżej -
odpłaciłby jej pięknym za nadobne…

Zniszczyłaś mi zabaweczkę! Crucio! Sectumsempra! Avada!

Zaśmiałam się głucho.
-Jesteś żałosny. –powiedziałam
- Kto? Ja? – mruknął Szalonooki szyderczo.

Jego oko zwęziło się niebezpiecznie.
To szalone, wirujące wokół swej osi?

-No dalej, zrób to. No zabij mnie!
-Avada…
-Drętwota!
No nie… Jak można komuś przerywać w pół zaklęcia?
A tak fajnie szło.

Drzwi otworzyły się z hukiem, a Moody’ego wyrzuciło na drugi koniec pokoju. W
otwartych drzwiach pojawił się Severus, Albus, Remus…i Syriusz. Wszyscy stali w
gotowości do ataku.
I jak zwykle zjawili się za późno.

-No nareszcie! Ile można wdrapywać się po tych schodach? –zapytałam podnosząc
się ociężale z ziemi
Dlaczego podnosiła się ociężale? Czyżby
„niechcąco” oberwała drętwotą od wujka?

-Ona to chyba jest z kamienia! On mógł cię zabić, a ty…Ty ledwo się tym
przejęłaś! –powiedział Remus z delikatnym uśmiechem
To nic nadzwyczajnego. Po prostu sygnał o
niebezpieczeństwie wciąż jeszcze szuka mózgu.

Przebierańcem okazał się Barty Crouch Junior. Podstępem został uwolniony z
Azkabanu. Udało mu się przezwyciężyć czary ojca i z radością wrócił na służbę
do Voldemorta. Przebrał się za Alastora
Tak. Przebrał się za aurora, jak w karnawale na bal
maskowy.

a jego samego zamknął w skrzyni.
Po wyjęciu ubrań Szalonookiego, w kuferku zrobiło
się trochę miejsca, więc tam go wepchnął.

Przebrał się. Zamknął w skrzyni. Pięknie jest
patrzeć, jak aŁtorka w jednym momencie radośnie lekceważy kanon, a znowuż w
innym opisuje sytuację tak, że bez jego znajomości ni cholery nie można
zrozumieć, o co tu biega.

Cała intryga była uknuta na Pottera, ale wtedy ja weszłam im w paradę i
pokrzyżowałam wszelkie szczwane plany zagłady.
A teraz proszę mi wytłumaczyć w prostych,
żołnierskich słowach, dlaczego fałszywy Moody widząc, że jego plan nie wypalił,
kontynuował go przez cały rok, zamiast pomyśleć nad innym sposobem dostarczenia
Harry’ego Czarnemu Panu?

[Syriusz zostaje uniewinniony, a Esme wprowadza się
na Grimmauld Place.]

Za mną rozległ się rozdzierający krzyk. Przerażona upadłam na schody i
spojrzałam na wielki obraz przedstawiający jakąś staruszkę. Afrodyta to z niej
nie była. Miała pożółkłą skórę, duże wytrzeszczone oczy i czarne przyprószone
siwizną włosy.
-Plugawi zdrajcy rodu! Wynocha stąd!
-Co proszę? [ty stary, brzydki babsztylu! - dodała
w myśli Marysia Zuzia]

-WYNOCHA! Nędzne kreatury, zdrajcy krwi!
-NIE MUSI PANI WSZESZCZEĆ! –zawołałam przekrzykując jej wrzaski
Kobieta na chwile umilkła mierząc mnie nienawistnym spojrzeniem.
Zatkało ją z oburzenia. Wyobrażacie sobie
siusimajtkę pouczającą nestorkę rodu, że się niestosownie zachowuje?

Oj no, komu jak komu, ale mamusi Black należało
się.

-Tak się składa, że mam doskonały słuch i nie musi pani tak wrzeszczeć! Ja
wszystko słyszę! A po za tym uważam, że zachowuje się pani okropnie! Kto to
widział?! Kobieta w pani wieku zachowująca się jak przedszkolak! WSTYD!
–wydarłam się
Czy ktokolwiek jeszcze miał wątpliwości co do tego,
że Esme jest wzorem kultury, dobrego wychowania i szlachetnych obyczajów?

Owszem, ale z drugiej strony – nie sądzę, by do
damy na obrazie dotarł subtelniejszy komunikat. Nawet Syriusz kazał jej po
prostu się zamknąć.

Przez chwilę mierzyłyśmy się wściekłymi spojrzeniami. Kobieta podniosła dumnie
podbródek i prychnęła ironicznie. Zasłony w połowie zjedzone przez mole drgnęły
i zasłoniły obraz.
I tak oto Esme spacyfikowała mamusię Black.
Myślicie, ze to koniec? Ależ skąd. Po tak dobrych początkach trzeba iść dalej i
całkiem nawrócić ją na drogę miłości i tolerancji dla całego świata.

-Momencik! Powinnyśmy porozmawiać.
-Nie będę rozmawiać z taką szumowiną jak ty!
Czyli klasyczne „gadał dziad do obrazu, a
obraz do niego ni razu”.

-Tak się składa, że pani nie jest wcale lepsza! Przecież należmy do tej samej
rodziny!
-Ja…!
-Proszę dać mi dokończyć! Rozumiem, że jest pani na nas zła. W końcu to pani
dom i uważa pani, że postępujemy wbrew pani zasad i ideałom, ale czy
zastanowiła się pani kiedyś nad tymi ideałami?
My, Esme przeszliśmy na pluralis maiestaticus. Mamy
marysuizm w tak skoncentrowanym wydaniu, że można nożem kroić. 

Ewentualnie wzięła na siebie wypowiadanie się w
imieniu własnym, ojca oraz reszty Zakonu Feniksa, goszczącej na Grimmauld
Place.

E, nie wierzę, że ktokolwiek poza nią jeszcze się
liczy.

Uważa pani, że mugole są od nas gorsi i powinni zginąć. To przecież głupota,
gdzie tu jest logika?! To zwykły rasizm, po za tym mugole dokonali wielu
odkryć, co oznacza, że są istotami rozumnymi. Są tacy jak my.
Są naszymi młodszymi, opóźnionymi w rozwoju braćmi,
nad którymi powinniśmy pochylić się z troską i poprowadzić ich ku światłu
cywilizacji! Ach, ciężkie jest Brzemię Czarodzieja!

Oni są ludźmi i my także nimi jesteśmy! W każde wakacje wyjeżdżam do różnych
krajów, nie biorę ze sobą różdżki i żyje tak jak normalni ludzi.
A z kim ty sierotko Marysiu-Zuziu wyjeżdżasz co rok
na wakacje? I dlaczego bez różdżki?

Może z pannami Delacour? Znów jej się akcent
włączył.

Wie pani, jakie ich życie jest ciekawe? Jak niebezpieczne i pełne adrenaliny?
Te pociągi, tramwaje, krojenie sera nożem, kolejki
na poczcie…

- A wie pani – Esme zniżyła głos – że mugolskie
kobiety chodzą do FRYZJERA, który obcina im włosy NOŻYCZKAMI?!

Oni nie mogą wyleczyć się jednym zaklęciem, muszą na wszystko uważać, a mimo
tego robią naprawdę niezwykłe rzeczy!
Była pani kiedyś w cyrku? Wie pani, że mugole
potrafią żonglować kolorowymi piłeczkami? Wie pani, jakie to ekscytujące?!

Pani mąż też musiał, choć trochę lubić mugoli, skoro miał fortepian i z chęcią
uczył się na nim grać.
E? A to w czarodziejskim świecie nie znają
fortepianów?

Znają, ale tylko takie magiczne. Mieszczą się w
kieszeni i dmucha się w otworek na końcu.

Nie uważa pani, że można żyć z mugolami w zgodzie?
Oczywiście. Pod warunkiem, że będą znali swoje
miejsce. Tak samo jak skrzaty, gobliny i cała reszta tej hołoty.

Patrzyła na mnie jak na kompletną kretynkę, ale nagle jej wzrok złagodniał, a
usta wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu.
-Jestem starą kobietą i ty moja damo mnie nie zmienisz.
DLATEGO WOOOOOON Z MOJEGO DOMU, SZLAMO, SZUMOWINO,
ZDRAJCZYNI KRWIIII!!!


***
A teraz dowiemy się, dlaczego Esme widzi testrale!

-Nie pamiętam ile miałam wtedy lat, nigdy nie uważałam, że to miało
jakiekolwiek znaczenie.
Nie, wcale. To tylko czasoprzestrzeń się zapętla, a
chronologia w opku leci na zbity pysk.

Razem z mamą mieszkałyśmy w jakiejś starej ruderze, Remus proponował nam abyśmy
zamieszkały u niego, ale mama nie chciała go niepokoić.
Taki miły eufemizm na „wybacz mój drogi, ale
nie zamieszkam pod jednym dachem z wilkołakiem!”

Niepokoić go mógł jedynie zsynchronizowany w czasie
atak wilkołactwa i „comiesięczna słabość” Flory. O Boru. Jedno
krwawi, drugie wyje…

Pewnej nocy ktoś do nas przyszedł. Mama dała mi swoją różdżkę i kazała schować
się w szafie. Wiedziała, że nawet z różdżką nie da im rady, to po niej umiem
przewidywać przyszłość.
Hyhy. Mamusia taka przewidująca
- a jednak wyszła za faceta, którego rok-dwa później skazano na dożywocie?

Oddała dziecku różdżkę, sama za to uzbroiła się w
pogrzebacz. Aha. 

Powinnam była uciec, bo w szafa pełniła rolę wyjścia awaryjnego, ale coś mi nie
pozwalało.
Cóż, trony w Narni zostały zajęte, więc portal się
zamknął, proste.

Nie widziałam zbyt wiele, ale widziałam i słyszałam jak zabili moją mamę.
Jak pamiętamy z pierwszej części analizy, za śmierć
matki Esme odpowiedzialny był Peter Pettigrew – a zatem nasza boCHaterka
powinna mieć w tym momencie od kilku miesięcy do najwyżej półtora roku.

Byłam mała i przerażona. Wyszłam na dwór i zaczęłam uciekać. Jeden z
Śmierciożerców usłyszał mnie.  Zaczął mnie gonić, przewróciłam się [bieganie z pieluchą między nogami nie jest
najłatwiejsze]
, stanął nade mną, miał różdżkę w dłoni, zaśmiał się i
wtedy coś we mnie pękło.
Pampersy są przereklamowane.

Wypowiedziałam dwa słowa, które uśmierciły moją mamę. Może przez to, że tak
bardzo go nienawidziłam zaklęcie zadziałało, zabiłam go.
Straszliwa jest siła nienawiści dziecka
wychowywanego bezstresowo!

***
[Esme zwierza się Lupinowi ze swych wątpliwości
związanych z Voldemortem]

A Voldemort? Przecież… Miał okazje… Mógł mnie zabić…, Czemu nie rzucił na mnie
naprawdę bolesnego Cruciatus? Co mu przeszkodziło?
To miłość, Esmeraldo – to miłość. Zachwycił się
Twoją wszechmegasuperekstra wyjątkowością i srrru! I już mamy Voldemorta Samo
Dobro.


-Widzisz… Wtedy… Na cmentarzu Voldemort walnął mnie Cruciatusem, tylko,
że… To wcale tak bardzo nie bolało. Dałam radę i się nie ugięłam, ale… Przecież
to Voldemort! On musi umieć rzucać naprawdę dobre zaklęcia.
No, może nie aż takie jak ja, lecz wystarczająco
dobre, bym to doceniła!

-Widzisz…, Aby zaklęcie niewybaczalne zadziałało
trzeba naprawdę nienawidzić. Może…, Bo ty umiesz budzić w ludziach pozytywne emocje,
umiesz ich do siebie przekonać, bo ty po prostu wierzysz w ludzi. Nie da się
ciebie nie lubić…
Może… Nawet w Voldemorcie udało ci się obudzić resztkę jego człowieczeństwa?
Może już nie potrafił tak bardzo cię nienawidzić? Może, dlatego nie chciał tak
naprawdę twojej krzywdy?
A może tyś się naćpał, Remusie, bo bredzisz
jak potłuczony?

Zamiast eliksiru łagodzącego objawy
wilkołactwa, chlapnął naparu z blekotu i tak mu się porobiło.

Tak nawiasem mówiąc wychodzi na to, że
jestem gorsza od Voldemorta, bo za nic nie potrafię obudzić w sobie sympatii
dla bohaterki! *oddala się kontemplować mroczną stronę swej duszy*

Wierzę w ludzi. Voldemort… Teraz jesteśmy do siebie
tak podobni. Połączeni więzami swojej krwi… Czy wtedy naprawdę obudziłam w
tobie ludzkie uczucia?
Widzicie? Transfuzję Dobra mu zrobiła.
Dożylnie.

[Kolejne rozdziały przynoszą nam streszczenie
piątego tomu HP (pamiętamy, by zastępować imię "Harry" przez
"Esme", prawda?), wzbogacone o wyliczenie kolejnych podbojów panny
Black (Malfoy, Zabini oraz pewien młody centaur). Ciach. Następnie, dzięki
wskazówkom, które daje jej portret matki, Esme odnajduje pewną Tajemniczą
Księgę]

Witaj drogi wędrowcze! Jeśli czytasz tą książkę
oznacza to, że wywodzisz się z rodu w niej opisanym.

Nie, droga aŁtorko, robienie błędów
gramatycznych nie sprawi, że tekst będzie brzmiał bardziej tajemniczo. Ani
bardziej archaicznie.

Zanim zaczniesz czytać zastanów się czy na pewno tego chcesz. Odmieni to
twoje życie diametralnie.

E tam. Po ramsztajnowych opkach mój MUSK
jest już doskonale odporny, mogę czytać wszystko.

Dawno temu, kiedy to kobiety chodziły w długich sukniach i nie miały swoich
praw,

Bo później wywalczyły prawa i krótkie
kiecki.

Jedno z drugim jest nierozerwalnie związane.

żyła sobie Arabella. Była wysoka, szczupła i miała niezwykłe hebanowo czarne
włosy. Uchodziła za najpiękniejszą pannę w okolicy. Jednak nie wszyscy wiedzieli,
że jest ona czarownicą i to niezwykłą czarownicą. Zdolna i pracowita, posiadała
także dar jasnowidzenia.

Pracowita czarownica budzi uzasadniony lęk.
Wyobraźcie sobie taką pszczółkę, co zaiwania przez cały dzień, krowom mleko
odbiera, sprowadza grad, warzy dekokty, rzuca uroki, zamawia sraczkę, ucina
wisielcom palce, wytapia świece z martwych noworodków, okadza pola, truje
grzyby, nocami wodzi po bagnach, a w wolnej chwili oddaje się darowi
jasnowidzenia i przepowiada chłopstwu rychłą śmierć ich ulubionej świni…

Albo szkockiemu wodzowi, że zostanie królem.

Każdy mężczyzna o niej marzył, ale ona nie była nimi zaciekawiona. Nudził
ją, ich zachwyt i oddanie. Bawiła się ich uczuciami, ale żadnego nie pokochała.

Wiedziała, że każda miłość kończy się albo
szczęśliwie, albo małżeństwem.
Ale do tego niepotrzebny jest dar jasnowidzenia.

Pewnego dnia na jednym z balów spotkała młodzieńca imieniem Franz. Był inny
od wszystkich. Przystojny arystokrata owszem zwrócił uwagę na piękną Arabellę,
ale był wobec niej chłodny i nie miły. Właśnie, dlatego dziewczyna zakochała
się w chłopaku i postanowiła być z nim za wszelką cenę.

Swoją drogą, to rozkoszne, że Tajemnicza
Mroczna Księga Sekretów okazuje się zwykłym harlequinem…

Nie długo później para zakochała się w sobie i jak to w takich opowieściach
bywa pobrali się. Nie wzięli tylko pod uwagę Sophii, byłej narzeczonej Franza,
która jak się wydawało była szarą myszką. Jednakże, gdy tylko się dowiedziała,
że Arabella urodziła córkę imieniem Jenny, wściekła się i rzuciła na ród
Arabelli straszliwą klątwę.

Zerwanie ścierpiała, ślub ukochanego
ścierpiała, ale… coś się zmieniło, gdy dowiedziała się, że córka to Jenny.

Według klątwy każda kobieta z rodu, będzie piękna i niezwykła, zakocha się
tylko w mężczyźnie, który będzie od niej podobny

Co znaczy „od niej podobny”?
Mniej więcej to samo, co „do niej
różny”.

urodzi córkę, ale nigdy jej nie wychowa.
To znaczy wychowa, ale bezstresowo, w
powszechnym rozumieniu.

Zginie krzywdząc swoje dziecko i męża, a także każdą osobę, jaką pozna.
Żal mi pani Krysi z warzywniaka.

Na nieszczęście klątwa zawsze się spełnia.
Dlatego też jest klątwą. Po to się je rzuca,
aby się spełniały.

W takim razie, proszę mi wytłumaczyć – po
jakie obciążenie był jej dar jasnowidzenia?

Żeby wiedziała, co ją czeka i martwiła się
na zapas.

Nie ma od niej ucieczki. Nie jednokrotnie matki, jeśli zdążą zakazują córką
się zakochiwać, jednak żadna nie słucha…
Uroda błędów wciśniętych w jedno zdanie
odbiera finałowi Księgi Tajemnic całą zaplanowaną mroczność i budzi jedynie
śmiech.

***
[Podczas wycieczki do Hogsmeade,
Esmeraldę zaczepia Cho Chang]

-W zeszłym roku byłam tu z Cedrikiem.
Mimowolnie wzdrygnęłam się. Przed oczami pojawił mi
się obraz przystojnego Puchona, który zginął ratując mnie…

-Wiesz on zawsze był w tobie zakochany… W sumie to ja
go zmusiłam, aby ze mną chodził… Zawsze czułam się od ciebie gorsza. Z resztą,
która z dziewczyn się tak nie czuje? Jesteś w końcu idealna. Wszyscy chłopcy
się w tobie kochają.
Wszyscy chłopcy, wiele dziewcząt, testral, smok i
mandragora
Hagrid, Lupin, Snape, Minerwa. I Voldemort. Od wieczora.

Dementorzy, skrzaty, sowy, stwory zwykłe i magiczne
I na koniec Jeż Kolczasty, choć ten tylko platonicznie.

***
„Potter, czy ty nie rozumiesz, że jesteś tu
całkiem niepotrzebny?” – odcinek n+1.

-Co mam zrobić?! –zawołałam
-Syriusz chce abyś pouczyła mnie oklumencji. –odparł spokojnie Potter
-Chyba w twoich cholernych koszmarach!  -odparłam wściekle
-Musisz. Muszę to umieć, aby pokonać Voldemorta…
Co prawda Dumbledore sugerował, żeby uczył mnie
Snape, ale gdzie mu tam do twojej biegłości!

-Tylko tak gadasz!
-Co? –zamrugał zdziwiony
-„Pokonam Voldemorta.” – przedrzeźniałam go – Kłamca! Wcale go nie pokonasz, bo
musiałbyś go zabić, ale nie potrafisz!
Nie to, co ja. Co wieczór ćwiczę Avadę i inne
Niewybaczalne. Zauważyłeś, że wokół zamku lata znacznie mniej sów, prawda?
I dżdżownic też jakby mniej. 
I Neville nie ma już swej ropuchy…

Jesteś papierowym bohaterem, który dużo obiecuje, a mało [mleka] daje. 
Potter szeleści papierem, a Marysia Zuzia pilnuje
dobowego udoju. Nie, proszę Państwa, źle się dzieje…

-Przecież walczyłem z nim! Jeszcze zanim się pojawiłaś! Wiem, że dam radę go
pokonać.
Uu, Potter, masz przechlapane. Jak śmiesz
przypominać Mary Sue, że dokonałeś czegokolwiek bez jej pomocy?

-Czy jego śmierć coś zmieni?! Powiedz mi?!
Hm, wydawało mi się, że w świecie czarodziejów to
nawet całkiem sporo… Ale widać tylko mi się wydawało.

Esmeralda jest jednak nieco „inna” – ona
w Voldemorcie widzi uosobienie dobra, empatii i łagodności.

Chyba ktoś jej powinien wytłumaczyć, że Lupin, jak
robił jej tamten wykład, był naprawdę ostro naćpany.

Czy ludzie wtedy przestaną się zabijać? Czy to rozwiąże wszystkie problemy?
Nie, kurnać, nie przestaną, więc dajmy sobie
spokój, nie róbmy nic, bo i tak nie powstrzymamy całego zła na Ziemi. Siądźmy
biernie na tyłkach i czekajmy, aż śmierciożercy przyjdą nas wykończyć.

-Nie, ale…
-Ale co?
-Przynajmniej przestanie zabijać mugoli!
-Ta jasne, bo Śmierciożercy to grzeczne pieski, które po morderstwie Voldzia
skulą ogony i pójdą do budy?
Nawet jeśli nie, to śmierć szefa powinna ich nieco
osłabić, prawda, moja ty słodka pacyfistko?

-Morderstwie?
-A jak mam to nazwać?! Przecież to też będzie morderstwo tylko gazety ładniej
to nazwą.
Moooogę jej przypierdzielić moim młotem bojowym,
moooogę?

W ogóle, kto wymyślił podział na dobro i zło? Na czerń i biel? Na światło i
mrok? Przecież to bez sensu.
No i poleciała herezją manichejską.
Kurnać, ty mała kre… krewniaczko Blacków,
filozofuj sobie dalej, a w tym czasie Voldek i jego peleryniarze po cichutku
opanują świat… Zaraz! A może o to właśnie chodzi naszej Esmeraldzie?

***
Okazuje się, że Voldiemu nie przeszła ochota na
bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Esmeraldą. Na rozkaz ojca Draco wywabia
ją z Hogwartu, a śmierciożercy porywają. Esme obojętnie znosi miotane w nią
klątwy, bo bardziej boli ją złamane serce. Tymczasem skruszony Malfoy wraz z
Zabinim i Gwardią Dumbledore’a wyruszają na wyprawę ratunkową. Rozpoczyna się
ostateczna walka w Ministerstwie...

W tym momencie usłyszałam huk. Pojawiły się kłęby czarnego dymu, z którego
wyszedł sam Lord Voldemort.
Scena jak na koncercie Michała Wiśniewskiego.
Tak. Brakuje jeszcze tylko chórku girlasek z
piórami w tyłkach.
Ale za to mamy Bellatriks.


Wszyscy jak na komendę zamilkli, panowała kompletna cisza…
-Potter. –syknął Czarny Pan mierząc nienawistnym spojrzeniem Harry’ego
Wyżej wymieniony [rewelacja! wyż-wym, jak w pismach
zarządu gminy do właścicieli posesji!]
lekko się wzdrygnął, ale podniósł
różdżkę tak jakby szykował się do pojedynku.
Ale tylko tak jakby. Nie czarujmy się!

Voldemort zaśmiał się okrutnie i na nowo rozpoczęła się bitwa. Byłam zbyt
zajęta Voldemortem i Potterem
Zajęta? Zapatrzyła się jak cielę w malowane wrota?
Latała wkoło trajkocząc: Przestańcie! Natychmiast
przestańcie! Przecież jest w was Dobro! Uściśnijcie sobie dłonie! Peace &
love & rockandroll!
Oraz dragi… Oraz… nie, nie. Mówimy o Voldku i Harrym. Nie.

Byłam zbyt zajęta (…) by dostrzec, że Bellatriks podeszła do mnie.
I zagaiła: Cześć Zuzia, co robisz?

Jednym ruchem odwróciła mnie w swoją stronę i wbiła w brzuch sztylet, aż po
rękojeść. Wrzask zamarł mi na ustach, ktoś wrzasnął za mnie. Był to Riddle.
Zachwiał się i złapał za brzuch.
O. Esme w roli ludzkiej laleczki voodoo. Tego
jeszcze nie grali!

Dlaczego! Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł?!
Prawda? Obydwoje za jednym zamachem…
*pogrąża się w marzeniach*

Już wiadomo, dlaczego crucio rzucone na cmentarzu jakoś mu nie wyszło.
Widocznie sam oberwał tak, że nie miał ochoty na więcej.

-Teraz nikt nam już nie przeszkodzi. –syknęła mi do ucha Lestrange
Pójdziemy za kotarkę, prawda kwiatuszku?

Odepchnęła mnie od siebie. Uderzyłam w twardą posadzkę. Ból, który rozchodził
się po moim całym ciele był nie do wytrzymania. Obróciłam głowę w lewo i
spojrzałam na walczących. Voldemort cały czas się chwiał. On również czuł ten
ból. A więc… A więc to pokrewieństwo jest większe niż myślałam, ale to
oznacza…, że jeśli on umrze to ja także… Poczułam, że słabnę….
Ja przepraszam, że zakłócam tak dramatyczną scenę
głupim pytaniem, ale… skoro Voldek z powodu ich „więzów krwi” tak
mocno odczuwał wszystko, co działo się z ciałem Esme – to jak sobie radził z
jej miesiączkami?

Podbiegli do nas Zabini i Remus. Obydwoje wyglądali na przerażonych.
*Poziewając lekko* Standardowe pytanie – skoro
„obydwoje”, który był kobietą?

-Możesz jej jakoś pomóc? –zapytał Malfoy Lupina
-Tak, ale… to dość ryzykowne…
-Mów, co mamy robić. –odparł Blaise
-Zabini złap ją za ramiona, ty Malfoy wyciągniesz sztylet, kiedy ci powiem.
I niech się w spokoju wykrwawi. Zapamiętaj, Drogi
Czytelniku: noża z rany się NIE WYCIĄGA.

A jeśli to jedyny sposób, żeby z niej wyjąć
flaczka?

Po co Ci jej flaczek?
Mnie na nic, ale może Hagrid będzie chciał zrobić
sobie skrzypce…

Odwróciłam głowę.
Błagam niech go zabije. Niech Potter go zabije. Błagam…
E? A po co właściwie? Przecież to i tak nic nie
zmieni?

-Malfoy gotowy?
-Tak…
-Już.
Draco złapał za sztylet i jednym ruchem wyciągnął go. Mój wrzask wymieszał się
z wrzaskiem Voldemorta.
TERAZ! TERAZ HARRY! –zawołałam w myślach
Mignęło mi zielone światło. Zabił go… Zabił.
No nie. Tyle starań, tyle rozpychania się łokciami
i kopania po łydkach bohaterów kanonicznych, tyle
superhipermegaultrazajebistości i Potężnych Mocy… i wszystko po to, żeby
ostateczny, rozstrzygający walkę cios zadał ten nędzny Potter? Tak się nie
godzi!

Jeśli jednak sądzicie, że przy tej okazji zginęła też Esme – nic bardziej
mylnego! Jak powszechnie wiadomo, Marysójki żywotne są jak perz na polu i giną
dopiero wtedy, gdy Wena aŁtorki uda się na zasłużony urlop. Ta tutaj była
aktywna jeszcze przez wiele długich rozdziałów, podsuwając aŁtorce coraz to
nowe Elementy Komiczne (wyraźnie inspirowane TYM FANFIKIEM. Cóż, skoro nie można już było przerabiać kanonu,
trzeba było zrzynać skądinąd). My jednak pożegnamy w tym miejscu słodką
Esmeraldę, niech cieszy się zasłużoną nagrodą w postaci Dracusia…

Z Grimmauld Place pozdrawiają przebrani za aurorów:
Kura z trzecim okiem na sznurku, Jasza z laleczką voodoo i Maskotek-bogin, co
się opił blekotu i gada do obrazu.


Z całą pewnością większość z Was ma wśród znajomych kogoś, kto uważa, że
świetnie opowiada filmy i że w związku z tym jego życiową rolą jest zabawianie
towarzystwa streszczeniami Człowieka z żelaza, Gwiezdnych Wojen, Żądła, czy
Kevina samego w domu.
W każdym razie – ten typ tak ma, że sam się nakręca, nakręca, aż w końcu pęka
mu w środku jakaś ważna sprężynka i od tej chwili opowiadacz płynie na
fali swojej wyobraźni. I co najgorsze – nie dopuszcza do siebie myśli, że
wszyscy dobrze znają opowiadane historyjki i z zakłopotaniem przyjmują chore
fantazje gawędziarza.
Przykładem ekstremalnym, mającym moc broni masowego rażenia, jest oczywiście
serialowy Wiedźmin. Niby po ekranie biegają postaci, nazwane przez tFurców dość
znajomo – Geralt, Yennefer, Jaskier i Ciri, ale widz z rosnącym
przerażeniem konstatuje, że w tym cyrku coś nie bangla…
Tu jest podobnie. Czytamy tekst
z grubsza przypominający serię powieści J.K. Rowling, ale z poczuciem, że
„cóś jest nie za bałdzo”.


http://esmeralda-black.blog.onet.pl/

Analiza sponsorowana przez następujący wierszyk z Alfabetu Mary Sue:
G is for Georgia
Likes watching TV
Replaying the movie
Upon DVD
‚Til one day by magic
The screen opened wide
Before Georgia knew it
It sucked her inside!
Now she’ll save the hero
By hook or by crook
She knows all the future
‚Cause she’s read the book.

Analizują: Kura i Jasza.

 


Bohaterka

Główną bohaterką jest Esmeralda Black córka Syriusza Blacka i Flory
Jean-Black. Esmeralda w bardzo wczesnym dzieciństwie straciła matkę, a jej
ojciec trafił do Azkabanu za czyn, którego nie popełnił. Ponieważ nie było
żadnej rodziny, która zechciałaby zaopiekować się ich córką [wiedzieli, co robią!], Esme trafiła pod dach
Hagrida.
Który, jak wiemy, od lat zajmuje się różnymi
monstrami i ma pokaźne bestiarium w chlewiku za chatką.

W Hogwarcie wiedzieli o niej tylko Dumbeldoor i Snape.
Tego drugiego pana znamy, ale kim, na Merlina, jest
pierwszy?!

Wszyscy od razu pokochali radosną dziewczynkę(nawet Snape). Remus Lupin i
Alastor Moody z przyjaźni do Syriusza pomagali w utrzymaniu dziewczyny, która
na nic nie wołała pieniędzy.
Była jak widać dość tania w utrzymaniu i aż cud, że
grono sponsorów nie było szersze.

Podoba mi się ten, hmmm… archaizm? regionalizm?
„nie wołać pieniędzy”. W dalszej części znajdziemy jeszcze parę
takich fajnych.

Nie wołała, bo… ale nie zdradzajmy fabuły.

Esme nie mogła się uczyć w Hogwarcie, z powodu pewnej swojej dolegliwości.
Znaczy, była charłakiem? Bo do wszelkich innych
„dolegliwości”, typu wilkołactwo, Dumbledore odnosił się z dużą
tolerancją.

Wszystko się zmienia gdy jej ojciec ucieka z więzienia. Albus jest pewien, że
zechce on zobaczyć córkę, więc dziewczyna dołącza do uczniów Hogwartu.
Uhm, tak. Czy tylko ja nie widzę logicznego związku
między jednym a drugim?
To proste. Dawali przecież jakąś nagrodę za
ujęcie Syriusza B., więc córka miała być przynętą na uciekiniera.
Przestańmy się okłamywać – Dumbledore nie był świętoszkiem.

Ponieważ codziennie przychodziła do zamku zna ponadprogramowy materiał [a zna ten podstawowy?samo przychodzenie do szkoły nie
wystarcza.]

Filchowi nawet mieszkanie w Hogwarcie zanadto nie
pomogło.

co Hermionie wydaję się dość dziwne ponieważ dostrzega iż jej koleżanka nie
przepada za nauką i nie wsadza nosa w książki z wyjątkiem powieści.
Niestety, do ściśle tajnej dziedziny magii, zwanej
Interpunkcją, jeszcze nie dotarła.

Dziwne jest też to, że Esme w tajemniczych okolicznościach znika co wieczór z
Hogwartu. Harry, Ron i Hermiona chcą za wszelką cenę odkryć tajemnicę dziwnej
dziewczyny.
Drodzy Czytelnicy, co obstawiamy? Esme okaże się:
a. wampirem
b. upadłym aniołem
c. krzyżówką stu piętnastu ras magicznych, z małą domieszką muchy, co wpadła
przez przypadek do kociołka z genetyczną zupą?

Jednak wszystko się zmienia gdy uczniowie widzą Esme podczas meczu Qudditcha.
Nie dość, że dziewczyna lata najlepiej ze wszystkich na miotle to jeszcze
odgania od boiska Dementorów…
Taaaak, Harry. Zwalniamy cię, Esme jest lepsza.
Tjaaa… miotłą ich odganiała.

***

Czekałam za drzwiami Wielkiej Sali z bijącym sercem.
Widzę bijące serce Wielkiej Sali i naczynia
krwionośne oplatające cały budynek.

Znałam swoją wymyśloną opowiastkę na pamięć.Nazywam się Esmeralda Black i 2
lata uczyłam się w włoskiej szkole La vita,
La vita to ciężka Szkoła Życia, przygotowująca do
La strady.

gdzie mieszka moja „babcia” jednak,gdy staruszce się zmarło powróciłam do
kraju. A tak naprawdę to przez całe życie mieszkałam u Hagrida.
Gdy odwiedzali go Harry, Ron i Hermiona, kryłam się
w budzie Puszka, albo stawałam w kącie udając różowy parasol.

-Na trzecim roku powitamy nową uczennice. Zapraszamy!
Jedną?
Oczywiście, kanon opkowy trzyma się na mur-beton.
Przyjęcie nowej uczennicy do Hogwartu odbywa się w dowolnym czasie. Nikt
z tym nie czeka do rozpoczęcia roku szkolnego.

A teraz Proszę Państwa! Marysia Zuzia i jej
wielkie ątre!


Odetchnęłam i pewnym krokiem weszłam do sali. Ściągnęłam kaptur [i rozpięłam szatę] gdy mijałam cztery [zgrabnymi kopnięciami zrzuciłam buty] długie
stoły [zsunęłam pończochy]. Wszędzie
wydobyły się „ochy!” i „achy!”.
Zakołysałam biodrami.
Rzeczywiście moje długie ciemne włosy i tak samo ciemne oczy mogły robić
wrażenie.
Największe wrażenie zrobiły na Hagridzie.

Weszłam na podest i czekałam aż profesor McGonagall
opowie moją historyjkę.
-To Esmeralda Black… – po sali przeszły szepty zdziwienia-Powróciła do
kraju z Włoszech.
i z Niemczech. Mówi po czechosłowacku. Z jugosłowiańskim akcentem.

Mam nadzieje, że miło ją przyjmiecie.
Usiadłam na stołku i na głowę założono mi tiarę przydziału.
-Hm…… Trudna decyzja, rodzice Gryfoni, ale wykazujesz preferencje na każdy z
domów… Mądra, w sam raz do Revenclawu, prawdomówna jak w Hufflepuffie, odważna
dokładnie jak w Gryfindorze i… przebiegła jak uczniowie w Slytherinie… Ciekawa
mieszanka…
A może tak: kujonka jak w Ravenclawie, szara mysz
jak z Hufflepufu, na oślep pchająca się w każde niebezpieczeństwo, jak w
Gryffindorze i podstępna jak w Slytherinie?

[Ostatecznie Esme zostaje przydzielona do
Gryffindoru. Jednak Malfoy nie może znieść ciekawości i przychodzi się
przywitać.]

-Co ty tu robisz Malfoy? –usłyszałam syk Harrego
Spojrzałam na platynowego blondyna z dwoma gorylami po bokach.
„Stawiam galeona, że są z Slytherinu” – pomyślałam z złośliwym uśmiechem
Słonko, podobno codziennie potajemnie bywałaś w
Hogwarcie? Oni mogą cię nie znać, ty ich powinnaś.

-Nie twój interes, Potter. Przyszedłem do naszej nowej koleżanki. –odparł
wyniośle i posłał mi obleśny uśmiech(za pewne miał być uroczy)
-Od, kiedy to Ślizgon wita się z Gryfonką? –zapytałam wstając
Od kiedy to wstawiamy brutalnie przecinek w sam
środek wyrażenia „od kiedy”?

-Nie jesteś do końca Gryfonką, masz w sobie coś z krwi Ślizgonów…
-A także Krukonów i Puchonów.
Uhm, czyli standardowo: potomkini Czwórki
Założycieli, a także prawdopodobnie Merlina i być może Baby Jagi?

Jest również późną wnuczką Santej Klausy i Rudolfa.

-Do tylko dodatek. Jestem Draco Malfoy, a to Crab i Goyle.
-Esme Black. – odparłam ściskając jego wyciągniętą ręke
-Esme? Ładne imię, ale raczej nie tutejsze i nie włoskie…
-Nie to imię cygańskie lub jak wolisz francuskie.
Ani cygańskie, ani francuskie, lecz imię
pochodzenia łacińskiego, oznaczające „szmaragd”.
Za to nabieramy pewności, że całą wiedzę o
tym imieniu aŁtorka czerpie z disnejowskiej kreskówki według Dzwonnika z Notre
Dame.

Uśmiechnął się przebiegle.
„Utleniona świnia” –przebiegło mi przez myśl
Jaka znowu „utleniona świnia”?!
Zawsze mówiło się „świński blondyn” i wystarczało.

-Daruj, że pytam Esme, ale czy twoim ojcem nie jest Syriusz Black? No wiesz ten
uciekinier z Azkabanu?
I całe tygodnie precyzyjnego konstruowania
fałszywego życiorysu Esmeraldy poszły się gonić w krzaki, bo zapomnieli o czymś
tak prozaicznym, jak zmiana nazwiska na budzące mniej skojarzeń.

Tego pytania bałam się najbardziej. Nigdy nie chciałam wyprzeć się ojca i nigdy
bym tego nie uczyniła gdyby nie zaistniała sytuacja…
Nigdy nie chciałam wyprzeć się ojca i nigdy bym
tego nie zrobiła, gdyby tylko ktoś nie zapytał, czy jestem jego córką.

-Nie skądże znowu. – prychnęłam nie tracąc afiszu.
A co, ona w tym czasie plakatowała szkołę?
Jak nie potrafisz, nie pchaj się na afisz, mówi
stare ślizgońskie przysłowie.
Za to animusze wiszące na ścianach
zapraszały na występ iluzjonisty.

-Hm… wydajesz się być do niego podobna… pewnie to tylko to naświetlenie.
W nadfiolecie ujawniają się cechy Blacków, ale za
to w podczerwieni wychodzi cały marysuizm.

Z zażenowania pokryła się błoną światłoczułą.

-Tak, zapewne. Malfoy…
-Dla ciebie Draco.
-Draco czy mogłabym cię o coś prosić? –zapytałam przymilnie
-O co?
-Mógłbyś poprosić swoich goryli, żeby się tak nie ślinili na mój widok? To
niezbyt elegancko wygląda.
Miszczyni Cientej Riposty, odsłona pierwsza.

Nie wiem jak ja to robiłam, ale większość ludzi czuło do mnie dziwną sympatie.
Czasem widziałam w ich oczach, że bardzo się jej boją…
„bardzo się jej boją” - niby kogo? Jęczącej Marty?
Nie no, tej sympatii, jak zrozumiałam.

Wieczór był miły i ciepły. Żadna chmurka nie skalała aksamitnego nieba.
Srebrne gwiazdki migały jak srebro wołając mnie do siebie.Pędziłam przez
Zakazany Las kołując między Dementorami.
Robiąc im różne figle i psotki.
Tańczyła z nimi oberka.

Denerwowało ich to, aleja byłam zbyt mściwa by dać sobie spokój.
-Przestań. Przestań. – syczały ich ciche głosy
Dementorzy cichutko prosili, żeby ich nie biła.
Żeby tak nie kołowała, bo kręci im się w
głowach.

Jako jedna z nielicznych rozumiałam ich język.
Biorąc pod uwagę, że mowa dementorów ogranicza się
do dźwięku jak przy zasysaniu spaghetti, to rzeczywiście można mówić o
wyjątkowym talencie językowym.
Ślurp!

Zawsze byłam inna… Severus mówi, że jestem wyjątkowa… Jedyna w swoim rodzaju…
Ach, moja droga, jakże się zdziwisz, gdy się okaże,
że jesteś tylko jedną z miliona identycznych Maryś Zuź. Z certyfikatem
nieoryginalności.

-ESMERALDO BLACK! Chodź tu natychmiast! –usłyszałam wyraźnie zdenerwowany głos.
Omijając Dementorów dobiegłam do wyraźnie zagniewanej postaci na błoniach.
I na koniec jeszcze pokazała dementorom że się ich
wcale nie boi.

-Co ja ci mówiłem?
-Oh Remusie daj spokój, nic mi nie będzie.
-Gdyby Syriusz tu był to dałby mi popalić. –mruknął, ale w końcu uśmiechnął się
i objął mnie ramieniem.
-Myślisz…, że on tu naprawdę przyjdzie? –zapytałam smutno
Ona naprawdę nadaje się tylko na przynętę.

Kobieto! Dementorzy, strażnicy Azkabanu, to nie
element krajobrazu. I nie są w lesie po to, żeby bawić się w ciuciubabkę, więc
może lepiej będzie, jeśli tatuś nie wpadnie wprost w ich szpony, co?

-Oczywiście! Myślisz, że, dla czego uciekł? Nie tylko,dlatego, by udowodnić
swoją niewinność. Tęsknił za tobą i [Uwaga
Czytelnicy! Zapamiętać!]
za twoją matką.
No ba. Dyskretnym milczeniem pominiemy fakt, że aż
do wydarzeń we Wrzeszczącej Chacie nikt, ale to nikt nie miał pojęcia o
niewinności Syriusza, wszyscy zaś sądzili, że uciekł, by zabić Harry’ego.
Winny, czy niewinny, najważniejsze że
stęsknił się za córką.

Remus spojrzał na mnie smutno. Wiedział, że miałam w miarę wesołe dzieciństwo,
ale zawsze tęskniłam za Syriuszem nieważne ile miłości dawała mi moja
„rodzina”. Po chwili usłyszeliśmy rżenie konia. Przystanęliśmy przy wejściu do
Hogwartu. Wysoki testral pędził z radością w moją stronę.
Testrale są widoczne tylko dla tych, którzy byli
świadkami czyjejś śmierci. Ciekawe, kogo Esmeralda ma na sumieniu?

Jego czoło naznaczała biała blizna w kształcie pół księżyca.
Testral-Który-Przeżył?

-Oh cześć Alais. –powiedziałam gładząc klacz po
pysku.
Zarżała miło i oparła o moje ramię pysk. Wychowałam ją od maleńkiego źrebaczka
była moją ulubienicą.
Kolejny punkt do Megazajebistości Mary Sue.

***

Nie pamiętam, kiedy ostatnio spałam… Nie pamiętam jak to jest mieć sny. Nawet
nie wiecie jak to jest nie móc ich mieć. Nie mogę osunąć się w nicość i
zapomnieć, bo nie potrafię. Pomyślcie jak to jest nie móc przywołać wspomnień w
bezsenną noc… Ja wiem…
No to przerąbane, ani spać nie może, ani nie spać,
ani pamiętać, ani zapomnieć…

Pamiętam kilka krótkich urywków z swojego życia i nic więcej.
Amnezja Opkowa, znamy to, znamy. Po prostu
obudziłaś się któregoś dnia nie wiedząc wcale, skąd tak dobrze znasz to stare
zamczysko, tego olbrzyma z brodą, a przede wszystkim te różne śmieszne słowa,
dzięki którym dzieją się różne dziwne rzeczy.

Twarz mamy… jej wieczny smutek w oczach, potem cienie bez twarzy i zielone
światło. Dla biznesu. Otworzyłam oczy, w
których zbierały się łzy. Oddałabym wszystko by moje życie wyglądało inaczej.
Jestem nikim… jestem osobą bez przeszłości i przyszłości. Mam tylko
teraźniejszość.
Moi drodzy, zapamiętajmy, że Esme niewiele pamięta
ze swej przeszłości, a to, co pamięta, jest raczej smutne, ok?

W PW czekali na nas Ron i Harry, którzy przywitali nas promiennymi uśmiechami [PU]. Gdy szliśmy do WS wszyscy chłopacy [WC] wzdychali za mną tęsknie. Powinni się mnie
bać jestem niebezpieczna –przebiegło mi przez myśl
[tu na odmianę - EK]

Przy stole Ślizgonów [sŚ] Malfoy i reszta
udawali, że mdleją. Przeszukałam ich wspomnienia w poszukiwaniu powodu.
To ona poza wszystkim potrafi przeczesywać cudze
myśli?!

A czego ona nie potrafi…

Ach…..
-Hej Potter Dementorzy! Uuuuuuu! –krzyknęła Parkinson, Ślizgonka o twarzy
mopsa.
-Ej Pansy uważaj, bo na małpy polują, a ty jesteś najgorsza małpą w promieniu
1.000.000 km! –odgryzłam się
Miszczyni Cientej Riposty, odsłona druga. Coś mi
się zdaje, ze w całym opku ani razu nie da Harry’emu dojść do słowa.

Milion kilometrów to dwadzieścia pięć razy dookoła
Ziemi i już jesteśmy w punkcie wyjścia.

-Ej Esme pięknie jej dopiekłaś! –zawołał Fred
-Dzięki, Fred.
Oszołomiony chłopak chwilę wpatrywał się we mnie, a potem zapytał słabym
głosem.
-Skąd…?
-Co skąd?
-Skąd wiedziałaś, ze jestem Fred, a nie George? Rodzona matka nas poznać nie
może a tobie przychodzi to tak łatwo!
UPS! Wpadłam. Moje umiejętności maja to do siebie, że czasem używam ich nie
podświadomie.
Umiejętności Marysi Zuzi zwykle mają to do siebie,
że trzeba „nieświadomie” przypominać o nich na każdym kroku.

Za to czym jest „nie podświadomie” wie
tylko Marysia Zuzia, ale nie chce nam zdradzić tego sekretu.

-Ej, co jest Harry? –zapytał, George który dosiadł się do mnie
Chłopak miał markotną minę.
-Malfoy. –odparł, Ron
-E tam nie przejmuj się zawsze możesz postraszyć go Esme nie? –zapytał trącać
mnie łokciem
Esme – przyboczny straszak Pottera?
Jeśli Malfoy ma swoje goryle, to Potter też może.

-Ej Esme twoje oczy się iskrzą. –zauważyła Hermi
No pięknie wpadnę jak nic!
Nie wpadaj – zachodź świadomie!

Przygryzłam wargę.
-Nieeeeeee to tylko to naświetlenie.
Cholerne UVB. Muszę kupić sobie nowe szkła.

Podszedł do nas Hagrid, posłał mi ukradkowe spojrzenie.
Jesteś wciąż taka uparta”
Tak jest lepiej Hagridzie. Nie przejmuj się!”
No proszzz, zajebistość Mary Sue jest widać
zaraźliwa – nigdy nie słyszałam, by Hagrid był mistrzem legilimencji, co więcej
- by umiał rozmawiać w myślach!

Facet, który jest w stanie dogadać się ze
sklątką tylnowybuchową, nie będzie mieć problemów z odczytaniem myśli Marysi
Zuzi. Poziom mentalny – porównywalny!

Weszliśmy do sali, w której unosił się zapach kadzideł. Profesor
Trelawney przepadała za nimi.
-Gdzie ona jest? –zapytał Ron
Wtedy z cienia wychynęła postać Sybilli. Nie była to Miss Polonia.
No raczej. Nie była to nawet Miss Wielkiej
Brytanii.

[Pomijamy opis lekcji, na której Esme daje popis
jasnowidzenia, a także aluzyjnie napomyka Hermionie, że wie o zmieniaczu czasu.
Następnie Oliver Wood z pocałowaniem ręki przyjmuje ją do drużyny quidditcha.
Nie obeszło się też bez zaznaczenia, jak bardzo nudzi ją większość zajęć. Potem
wszyscy udają się na błonia, gdzie już czeka Hagrid.]

Nagle znów poczułam jak uderza we mnie przyszłe wydarzenie.
Pętlą czasową oberwała w tyłek?

Wszystko było czarno-białe jakby wyprane z kolorów. Scena rozegrała się w
zwolnionym tempie. Malfoy powiedział coś, a Hardodziob rzucił się na niego z
pazurami. Później zobaczyłam tylko czarną śmierć z kosą.

PRZEPRASZAM, ZABŁĄDZIŁEM. KTOŚ WIE, KTÓRĘDY NA
DYSK?


[Esme ratuje życie Malfoyowi, sama obrywając
pazurem od Hardodzioba]

Gorąca krew ciekła po moich plecach jednak dopiero teraz uświadomiłam sobie jak
dużo jej straciłam.
Zbyt dużo…” pomyślałam i odeszłam w ciemność
A to przez plecy przebiega jakaś ważna tętnica?
Oczywiście – aorta opkowa. Zresztą, rana na plecach
rzadko jest raną honorową.

[Ponieważ opko bez pobytu w Skrzydle Szpitalnym to
nie opko, Esme tam właśnie trafia. Nie przeszkadza jej to jednak biegać w nocy
po błoniach, właściwie nie wiadomo, w jakim celu oraz wykraść się, by zobaczyć
bogina i odkryć, czego naprawdę się boi]

Żwawym krokiem przemierzałam korytarze aż wreszcie doszłam. Bałam się, że mnie
przyłapią, ale raz kozie śmierć. Weszłam do środka, nie rozglądałam się dookoła
od razu skierowałam się w stronę szafy. Zatrzęsła się, a ja się zawahałam. Esme
weź się w garść nie po to się tu zakradałaś, żeby teraz dać dyla!

Odetchnęłam i otworzyłam szafę.
Ze środka wyszłam… ja! Patrzyłam na swoją idealną kopie. Bogin wykrzywił usta w
złośliwym uśmiechu. Spojrzałam na niego twardo.
Coś nam się bohaterka zapętliła… Wiadomo, że jest
tak niebezpieczna, że strach się bać. Ale żeby samej bać się siebie?

-Nie boję się ciebie! Nie boje się siebie! Nie boję się niczego! –warknęłam
- Nawet moich własnych fochów się nie boję!

Ku mojemu zdziwieniu boginowi zrzedła mina. Pokłonił mi się w pas i… zniknął!
Szafa zamknęła się.
Czy… czy to możliwe? Czy istnieje człowiek bez strachu?
Człowiek – nie. Mary Sue – owszem.

Nie… Po prostu bogin się pomylił… -przebiegło mi przez myśl
Zaspany był, to mu się pokręciło.

***

Przez resztę lekcji nudziłam się jak mops. Dopiero otrzeźwiła mnie wiadomość, że
następne mamy eliksiry. Większość osób przyjęło to z niechęcią. Wujciu Snape
musiał dawać im w kość. Niestety(o zgrozo!) jedyne wolne miejsce było
koło Dracona. Kurde no! Wściekła jak osa. Zajęłam miejsce koło uszczęśliwionego
blondyna.
A to „wujciu” nie przygotował dla ciebie
najlepszego miejsca koło ulubionych psiapsiółek? Foch.

Harry zmierzył nas nienawistnym spojrzeniem. O co mu chodzi?! Przecież ja nie
usiadłam koło tego palanta chcący!
Malfoy chyba zapomniał o dzisiejszej kłótni, bo bez przerwy próbował złapać
mnie za rękę. Ty czekaj! Gdy niby „niechcący” objął mnie w talii nie
wytrzymałam. Chwyciłam chochlę i z całej siły przywaliłam mu w łeb.
„Dość, dość! Chochelkę k*rwa popsujesz!”

Chochla wygięła się
…a jednak popsuła.

a na czerepie blondyna został duży guz. Severusa skwitował to złośliwym
uśmieszkiem. Jemu też dam popalić!
Normalnie w takiej sytuacji Gryffindor dostałby tak
co najmniej z minus 50 punktów, lecz jak wiadomo, sama obecność Mary Sue działa
odmóżdżająco i nawet Snape nie jest odporny na ten wpływ.

[Oprócz incydentu na lekcji, Esme wdaje się również
w bójkę z Malfoyem na błoniach. Dumbledore wzywa oboje na dywanik.]

-A, więc macie szlaban. Ale za to, jaki wyjątkowy! Będziecie przez tydzień do
siebie przywiązani. Był to pomysł profesora Snape! –dodał szybko widząc moje
nienawistne spojrzenie. I w panice zasłaniając
twarz rękami.

-W, jakim sensie? –zapytał, Malfoy ścierając krew z twarzy
-No…Będziecie połączeni nie widzialną nicią i będziecie mogli oddalać się od siebie
na góra 2 m.
No tak. Jeszcze za młodzi są, by umieścić ich w
mitycznym Wspólnym Dormitorium Prefektów.

Nocami też nie będą przekraczać odległości dwóch
metrów. W związku z czym albo Esmeralda przeniesie się do piwnicy, albo Drako
do wieży.

A zobaczysz!
Uwiją gniazdko gdzieś pośrodku korytarza, ku
uciesze Filcha…


O 17.00 pojawiłam się na boisku do Quidditcha. Oczywiście Oliver i reszta
drużyny była zachwycona moimi popisami na miotle. Wiem, że może i nie jestem
zbyt skromna no, ale life is brutal and fool of zasadzkas.
Zasadzkas na głupkas, dodajmy.

O 18.00 pojawiłam się u dyrektora. Znienawidzony blondyn już tam czekał. Albus
związał nas zaklęciem. I powiedział, że nie będziemy mieć nigdzie nieobecności,
bo wszyscy nauczyciele już wiedzą o oryginalnym szlabanie.
-To twoja wina Black!
-O teraz to już Black nie Esme. –warknęłam stanowczo zbyt zwierzęco
Uniesione wargi odsłoniły zakrwawione kły.

Gdy przeszedł dwa metry. Niewidzialna lina naprężyła się i ściągnęła go spowrotem.
Walnął we mnie z impetem. Padłam na ziemię, a on na mnie.
-Złaź natychmiast! –warknęłam zirytowana
-Czemu? –zamruczał
Tu mi ciepło, tu mi dobrze, tutaj będę się
rozmnażać.

Nasze twarze były stanowczo zbyt blisko. Wsunęłam kolano pod jego tors i z
całej siły odrzuciłam od siebie,
-Jezu gdzie ty nauczyłaś się tak bić? –zapytał podnosząc się
-Gdzie się dało. –odparłam wspominając pijackie burdy w Hogsmeade.
Nie zapominajmy, że to wszystko dzieje się na
trzecim roku w Hogwarcie. Ta uczestniczka wielu pijackich burd ma trzynaście
lat.
Zapamiętajmy – trzynaście!

W dormitorium chłopaków byli Crabbe, Goyle i Blaise. Ten ostatni spojrzał na
mnie z nabożną czcią.
Czarna Masa bardzo bać się Białe Mzimu.

Draco chciał położyć się na łóżku, ale Blaise jednym zwinnym ruchem zrzucił go.
Na szczęście nie przekroczyło to 2 m.
-Draco gdzie twoje maniery?! Dama ma pierwszeństwo do łóżka!
A my tutaj szybciutko zawiążemy komitet kolejkowy!

-Dziękuje, Blaise –odparłam z miłym uśmiechem.
Położyłam się na łóżku, a Malfoy został skazany na podłogę. Mamrotał coś pod
nosem. Mogłam wychwycić takie słowa jak: „podstępna”, „niegodziwa”, „zakała
rodziny”, „przeklęta wiedźma”, „zdrajcy”. W pewnym momencie przewrócił się na
drugi bok. Pociągnął mnie a ja z hukiem zleciałam na niego.
-Co ty k… -lepiej to wycenzurować- …robisz?
-Nie moja wina, że mamy tylko 2 m.!
Ależ to matołki! Nic by się nie działo, gdyby jedno
z nich spało na podłodze POD łóżkiem.
No tak. Ale wówczas nie byłoby Elementu Komicznego…
Zwłaszcza, że lina, jak zapewniła nas
aŁtorka, przenika przez ściany i inne przeszkody, tak że Esme może np. bez
przeszkód korzystać z łazienki, podczas gdy Malfoy czeka za drzwiami.

Akacja powtórzyła się kilka razy.
Tworząc piękny, liściasty fraktal.

-Nie no dosyć! –zdenerwowany wlazł do łóżka –Albo śpimy razem w łóżku albo na
podłodze!
-Draco lecisz stary po bandzie! –wrzasnął Blaise z swojego łóżka.-Nie
wybrzydzasz!
No i okazało się, że Esmeralda jest tak paskudna,
że trzeba wielkiej desperacji, aby położyć się obok niej bez
wybrzydzania.

Blaise nawet nie dopuszczał do siebie takiej myśli.

-Oh zamknij się!
- Przecież spać będę z zamkniętymi oczami i po
ciemku!

Wkurzona podeszłam do okna. Do ziemi było góra 2 m.
Chyba pod górkę. Ślizgoni mieszkali w lochach.

[Pomijamy tu serię Elementów Komicznych
polegających na tym, że Esme znienacka szarpie za linkę, a Malfoy wali głową w
okno, ścianę, czy co tam mu jeszcze stoi na drodze; bądź, że wpadają na siebie
i oboje się przewracają]

Było już dość późno gdy wykłócałam się z Malfoyem kto po której stronie będzie
spał. Wtem do pokoju wleciał Zabini.
-Papużki słuchajcie! Nie uwierzycie, Syriusz Black jest w zamku!
- Chodźcie popatrzeć! Jest na drugim piętrze! Ale
ubaw! Weasleye już pobiegli wołać resztę!

Moje serce stanęło tylko na ułamek sekundy tylko po to aby zaraz ruszyć z
kopyta. Nie myśląc wiele wybiegłam na korytarz, tuż za mną pędził zdziwiony
blondyn.
Syriusz! Syriusz tu jest!
-Esme co się dzieje?!
Nie odpowiedziałam. Byłam tchórzem to prawda, ale liczyło się teraz tylko
bezpieczeństwo mojego ojca.
Tja, bardzo mu pomożesz, zjawiając się przed nim
znienacka, w piżamie i z uwiązanym do siebie Malfoyem.
Jeszcze powinna sypać za sobą okruszki dla
dementorów, żeby nie pobłądziły.

Na następnym korytarzu zobaczyłam dużego czarnego psa. Jego mądre oczy
spojrzały na mnie ze wzruszeniem i troską. Potem dojrzał Malfoya i jego oczy
wyraziły złość i zdziwienie. Chłopak chciał krzyknąć, ale zakryłam mu usta
dłonią i przycisnęłam do muru.
Nasze oczy spotkały się.
I nie zapomnę tych chwil
radosnych,

Kiedy nie mogąc wydobyć słowa,
Z zapartym tchem patrzyłem Ci w oczy,
Tak trwała nasza bez słów rozmowa.

Pies odbiegł w lewą odnogę korytarza, tuż za nami pojawiła się
McGonagall i Severus.
-Gdzie on pobiegł?! –zapytała kobieta
-W prawą stronę. –skłamał blondyn bez mrugnięcia okiem
Gdy wszyscy odbiegli zmierzyłam go wzrokiem.
-Dlaczego?
Spojrzał mi w oczy.
-Bo nie wszyscy są do końca źli. –odparł i delikatnie pociągnął mnie za sobą
Nie chciał się przyznać, że po prostu mylą mu się
kierunki i do dziś musi wiązać sobie wstążeczkę na ręce.

-Esme musisz mi coś wytłumaczyć…

Zmarkotniałam. Byłam mu to winna, musze mu to wytłumaczyć.
-Tak?
-Syriusz Black jest twoim ojcem.
No i co z tego? Mimo wszystko nie rozumiem, po
jakiego grzyba ma to być aż taką tajemnicą.

Skinęłam głową

-Nie byłaś w żadnych Włoszech.
Potwierdzenie.
-Znasz ten zamek lepiej niż nie jeden uczeń.
Kolejne potwierdzenie.
-Proszę powiedz coś. –wyszeptał wpatrując się we mnie
- Bo… bo wiesz… bo ja… jestem wnuczką Filcha.
Trzymał mnie w schowku na miotły i froterował mną posadzki. Dlatego
nazwał mnie „black”!

-Co mam powiedzieć? Powiedz co mam ci powiedzieć?! Mam ci powiedzieć, że jestem
pół sierotą i że mieszkam tu przez całe życie? To chcesz usłyszeć?!

Ale tylko to? Nic poza tym? Żadnych supertajnych
sekretów Ministerstwa Magii? Bo wiesz, jakbyś chciał, to ja przecież mam
taaaaakie dojścia!

[Dla udowodnienia swych mocy Esme na oczach Malfoya
przemienia się w wilka, tłumacząc przy tym, że nie jest animagiem, lecz
"ma to w genach"]




Po skończeniu szlabanu…

Rozejrzałam się po dormitorium w wieży Gryffindoru. Czułam się tu dziwnie obco.
Brakowało mi docinków Malfoya i Zabiniego.
Powiedzmy, że docinków…

Co chwila dotykałam nadgarstka nie mogąc uwierzyć, że nie muszę na nikogo
czekać. Przyzwyczaiłam się do tego i teraz czułam się jak bez ręki. Dziewczyny
gdzieś zniknęły, wiec mogłam swobodnie przegrzebać swoje rzeczy. Wtedy mój
wzrok przykuł duży stos książek na łóżku Hermiony.

Grzebać miała w swoich klamotach, a nie rewidować
rzeczy koleżanek.

Zaciekawiona podeszłam i przejrzałam tytuły.
Wilki i wilkołaki, Czarodzieje jako zwierzęta [święte słowa - jako zwierzęta oni są, jako zwierzęta],
Animag bez prawa wyboru
[z pewnością jakieś
posępne romansidło]
Drzewa genealogiczne [podręcznik
do dendrologii]
.

O-o chyba ktoś tu próbuję mnie poznać.

Phiii, Hermiono, ty cieniasie, potrzebujesz jakichś
książek, a Malfoy sam się domyślił!

Przejrzałam ostatnią książkę i ku swojemu zdziwieniu znalazłam tam drzewo
genealogiczne mojej family. O cholera jasna! Oczywiście ja również tam byłam!
Drapnęłam książkę i schowałam ją pod materacem łóżka. Nikt nie może się
dowiedzieć. Nie teraz!

No proszzz, znów mamy super tajną tajemnicę, którą
można odkryć wypożyczając pierwszą lepszą książkę ze szkolnej biblioteki!


Luuudzie, te rewelacje to na gobelinach tkano!

Kilka dni potem

Dni mijały, a Gryfoni coraz bardziej mnie lubili. Z wielką ulgą przyjęli
wiadomość iż skończyłam swój szlaban. Nie pozwalali mi odejść od siebie na
kilka metrów.
Biedna Esme, wciąż do kogoś uwiązana.




[Esme popisuje się doskonałą techniką podczas meczu
z Puchonami. Ciach!]

Kibice darli się jak opętani. W jednej chwili stało niezupełnie cicho.

Co stało?


Stało, ale się kiwało. Z cichym turkotem.

Tak jakbym ogłuchła.
Ale tylko częściowo. Rozejrzałam
się i dostrzegłam Dementorów oraz lecącego Pottera. Nie myśląc wiele chwyciłam
go tuż nad ziemią.
Czy ona bierze udział w akcji „Uratuj życie
wszystkim bohaterom kanonicznym”?

Gdy zaczęłam szurać stopami po ziemi zostawiłam Harrego i wzniosłam się. Nie
dostrzegłam jednego z Dementorów i ciemna masa zepchnęła mnie z miotły.


Dostała w bańkę za głupie żarty tam, w Zakazanym
Lesie.

Uderzyłam w ziemię przekoziołkowałam kilka metrów. Długie i oślizgłe dłonie
zaciskały mi się na ramionach. Byłam pewna, że zaraz połamię mi ręke. Gdy się
nade mną pochylił udało mi się
[dorwać go i
wykończyć moim zabójczym pocałunkiem]
wyszarpnąć i wyciągnąć różdżkę z
rękawa.
-Expecto patronum!
Srebrny wilk skoczył na Dementora.
A teraz zastanówmy się, jakiegoż to szczęśliwego
wspomnienia mogła użyć Esme, by przywołać Patronusa, skoro najwyraźniej miała
ich jeszcze mniej, niż Potter?


Oj tam. A siedem dni i nocy z Malfoyem?

Podniosłam się i rozejrzałam było ich strasznie dużo i wszystkie wirowały tuż
nade mną. Wtedy go dostrzegłam. Syriusz! Czarny pies warczał dziko podczas gdy
Dementorzy lecieli prosto na niego.

NIE!
-HEJ tu jestem! O mnie wam chodzi nie?! –krzyknęłam machając rękami
- Nie! – odpowiedzieli Dementorzy i rzucili się na
swego zbiegłego więźnia.

Zwróciłam ich uwagę. Do srebrnego wilka dołączył kot i feniks.

Aha, znaczy McGonagall i Dumbledore też rzucili się
ratować naszą Mary Sue?


Po czym ruszyły świetliste jednorożce, pegazy,
tygrysy, jaszczurki, ślimaki, wille, filodendrony i na końcu Mroczny Akordeonista – czyli geny
mieszane w betoniarce pokazały co potrafią.

[kolejna wizyta w Skrzydle Szpitalnym. Ciach!]

Błyskawicznie przemieniłam się wilka i popędziłam przez błonia. Wiem już gdzie
jest! Zgrabnie ominęłam gałęzie wierzby bijącej i wskoczyłam w tunel. Pod
postacią człowieka przemierzałam długi tunel. Czeka na mnie… Wrzeszcząca chata
mogłaby wydawać się opuszczona, ale tak nie było. Był tam ktoś, kto na mnie
czekał.

-Witaj Esme. –powiedział wysoki ciemnowłosy mężczyzna.
Nie wyglądał najlepiej: brudny i zapuszczony, ale mimo wszystko uśmiechał się
radośnie.
Nie wiedziałam jak mam się do niego zwrócić. Co mam powiedzieć? Co zrobić?
Zdecydowałam się na milczenie. Uśmiechnął się do mnie.
-Zapewne nie do końca wiesz, co masz zrobić?
-Skądże znowu! –odparłam oburzona
Nie lubiłam, gdy ktoś sadził, że nie wiem, co mam robić.
Zwłaszcza, gdy to była święta prawda.

- Ale co z tobą? Nic nie zrobiły ci te bestie?

Zaśmiałam się smutno.
-Dementorzy? W życiu! To tylko marne strachy na wróble nie raz i nie dwa
wdawałam się z nimi w potyczki.
W potyczki na patyczki. I gazetą po łapach, gazetą!

Spojrzał na mnie zdziwiony.


-Jak to? Gdzie?
-W Azkabanie… -mruknęłam
Pamiętacie, że Esmeralda ma trzynaście lat? No
właśnie. Problem w tym, że nie więziono dzieci.


Ojtam, ojtam. Kanonem się będzie przejmował,
ortodoks jeden.

-CO?! Byłaś tam?! Po co? Dlaczego?

Nikt tego nie wie. Nawet ojciec, siedzący z nią w
tym samym czasie w jednym więzieniu.

-A jak sądzisz? Zdaje się na twoją wyobraźnie. –warknęłam sarkastycznie


Syriusz zaczął bić głową w mur – „to ja
próbowałem znaleźć dla siebie spokojny kąt, a ona nawet tam za mną
polazła!”

Nagle coś
zapukało w
okieneczko
:

Podeszłam do zabrudzonego okna i wyjrzałam na zewnątrz. Podszedł do mnie i
obrócił w swoją stronę. Unikałam jego spojrzenia.

-Esme… Rozumiem, że jest ci ciężko, przepraszam, że tak naskoczyłem.
I koniec. Kwestia tego, po jaką cholerę jego
nieletnia córka szlajała się po Azkabanie, zdaje się wcale Syriusza nie
interesować.


Syriusz robi wrażenie jeszcze bardziej
„zamyślonego” i obojętnego na świat, niż panna z analizy SuS 126 i
127.

Odetchnęłam i spojrzałam mu w oczy. Był rozbity. Nie wiedział, co ma robić.

Myślał jak dać wycisk wszystkim
„opiekunom”, co go okłamywali, że Esmeralda bezpiecznie żyje z
Hagridem. To znaczy – żyje pod jednym dachem z Hagridem.

Stracił żonę, nie mógł patrzeć jak jego córka dorasta

[wolał zamknąć oczy i nie przyznawać się do pokrewieństwa?
Wolał pójść siedzieć za nie swoje winy.] a teraz
wydaje mu się, że traktuję go jak zupełnie obcą osobę.
Tak, tak, kochamy tę opkową psychologię w wykonaniu
trzynastoletnich boCHaterek.

[Esme robi własnemu ojcu wykład pt. "Moja
zajebistość i supermoce"]


-Słyszałeś kiedyś o „animagu bez wyboru”? Jest nawet taka książka. Widzisz ty i
mama byliście animagami, a, że mama przemieniała się w czasie ciąży doszło do
tego, że mam w genach zmianę postaci. Przemieniam się w wilka. I jestem lepsza od ciebie, bo ty tylko w psa!
…Chyba się coś komuś z Blade’em pokićkało.
Jak również z kilkoma przesądami, choćby z
tym, że w czasie ciąży nie wolno patrzeć przez dziurkę od klucza, bo dziecko
będzie zezowate.


BTW, nie sądź, drogi Czytelniku, że umiejętność
przemiany w wilka do czegokolwiek przyda się naszej boCHaterce, zostanie
wykorzystana w jakimś decydującym momencie, czy coś. Nie. Zaszpanowała
supermocami i starczy.

Uśmiechnęliśmy się smutno.

-Do widzenia. –powiedziałam i wyszłam z Wrzeszczącej Chaty.
Było mi ciężko, liczyłam się z myślą, że istnieje możliwość, że go więcej nie
zobaczę. Nie chciałam tracić ani jednej sekundy spędzonej z nim. Nie! Musisz
być silna! Nie możesz ryczeć! Widziałaś śmierć i sama ją komuś sprawiłaś [zadałaś!]. Nie poddawaj się, nie teraz! Z takimi
myślami biegłam przez błonia chcąc przestać istnieć…
Jaszu, patrz, miałeś rację – widzi testrale, bo
kogoś zamordowała!

Po rozrysowaniu sobie tego wszystkiego, wyszło mi,
że będąc dzieckiem w kolebce, Esme zamordowała własną matkę.


Pamiętajmy, że Syriusz tęsknił do żony (zresztą
dlatego nawiał z kicia), czyli nie wiedział, że ona nie żyje. Jednocześnie
trzynastoletnie dziecko ma za sobą dłuższy pobyt w Azkabanie, kilka lat opieki
nad testralem, kilka lat pomieszkiwania z Hagridem, tajne komplety w Hogwarcie,
bójki po knajpach…

Kilka tygodni później…

-Esme wstawaj! –krzyknęła Hermiona –Znowu dostałaś kwiaty!
-Już, już… -mruknęłam niechętnie.
Harry i Draco codziennie wysyłali mi kwiaty. Ten pierwszy w podzięce za życie,
a ten drugi na przeprosiny. Róże, orchidee, narcyzy i tulipany. Już mi się od
nich robi nie dobrze! Czy ja otwieram ogrodniczy?!
Państwo pozwolą, że oddalę się na stronę, by mój
kwik nie pobudził śpiących sąsiadów?

[następnie mamy całkiem idiotyczny rozdział o
pełnej Elementów Komicznych "zemście" Esme na wujaszku Snape. Ciach!]

[od AŁtorki]

No i powróciłam! Ta przerwa dobrze mi zrobiła bo jestem pełna nowych pomysłów i
weny! Aha i mam jedno sprostowanie w moim opowiadaniu rodzina Black’ów nie jest
spokrewniona z rodziną Malfoy’ów! I to tyle pozdrawiam!
Tak, tak, wiemy, chcesz wyswatać Esme z Draco.
Myślę, że i tak w magicznym świecie małżeństwo kuzynów nie byłoby aż takim
wielkim szokiem. Czystokrwiści mieli dość ograniczony wybór, tak czy siak.

[Esme dostaje kolejny szlaban - razem z Malfoyem
mają posprzątać klasy oraz gabinet Snape'a]

-Jak tam jest? –zapytał blondyn

-A skąd ja mam u diabła wiedzieć?
-Nie byłaś tam?! –zdziwił się
-Nieeee. Kasę chowa w klasie, w biurku. Nie widziałam potrzeby, aby tu
wchodzić.
Wujaszek bez kasy niegodzien jest miana wujaszka. I
odwiedzin.


To znaczy co? Esme podciąga wujkowi kasę z biurka w
klasie? Komu jeszcze giną drobniaki – Dumbledore’owi, Lupinowi?

-Na pewno ma tam sale tortur!


-Jeśli tak, to przyprowadzę tu Zabiniego!
Czyżby Zabini miał ciągoty do ortopedii stosowanej,
stomatologii i manikuru?


- odparłam i popchnęłam dębowe drzwi.
Nie mahoniowe ani mosiężne. Plus.

-O ku*wa! –wypsnęło się mojemu towarzyszowi

-Nie mów tak przy tacie. –odparłam przełykając głośno ślinę
E? Czyim tacie? Esme się coś pochrzaniło, czy może
to taka mała aluzja do brudnych sekrecików Narcyzy?

Wnętrze pokoju rzeczywiście wyglądało jak sala tortur. Nie było tu ani jednego
okna i ani jednej lampy, ściany pokrywała czarna farba a z sufitu zwisały
kajdany. Na środku pomieszczenia stała średniowieczna gilotyna
[gilotyna jest wykwitem myśli oświeceniowej, epoki rozumu
i racjonalizmu. W średniowieczu łby ścinano czymkolwiek bądź, w sytuacjach
ekstremalnych nawet spiłowaną ukośnie deską]
, a obok koło do łamania
kości. Na ścianach wisiały topory i miecze, tylko w odległym kącie można było
dostrzec nie wielkie łóżko.
Za to nabijane wielkimi ćwiekami.


Obok niego na stoliku stała świeczka. Otóż ta świeca stała, na trupiej czaszce!
Severusie, zawsze podejrzewałam cię o brak gustu,
ale żeby AŻ TAK?!

Mniej więcej ok. 10 rano wykonaliśmy cała robotę.

Z samą godzinę zajęło nam skrobanie butów z jakiejś śmierdzącej mazi. Wierzcie
mi, że nie chcecie wiedzieć, co to było!
Zapewne resztki tej mikstury, którą Sev wciera
sobie we włosy, żeby mu zawsze zwisały w takich malowniczych tłustych
strąkach.

[AŁtorce najwyraźniej przeszła faza "Sturm und
Drang", bo dostajemy kilka rozdziałów aż pękających od Elementów
Komicznych typu "wrzucę Malfoya do wody, a Zabiniemu, gdy będzie spał,
pomaluję paznokcie". Ciach! W międzyczasie mamy Boże Narodzenie, na które
boCHaterka dostaje w prezencie m.in. feniksa o jakże oryginalnym imieniu
Phoenix.]




Kilka miesięcy później

Szłam w stronę domu Hagrida. W uszach wciąż szumiały mi jego słowa:
Hardodzioba zakazano na śmierć, pożegnaj się z nim…”
To się nazywa ostateczny zakaz!
Skazano bestię na nieśmiertelność.

[Idąc się pożegnać, Esme spotyka Malfoya]

-Przecież… przecież mogłeś odwołać oskarżenie.
-Jak?! Miałem powiedzieć ojcu „Słuchaj stary no ten tego to zwierzak mojej
kumpelki może jednak wycofaj oskarżenie, bo mnie zabije.”
Marysia Zuzia nie odpuści niczemu. Również
Hardodzioba wychowywała od pisklęcia. I też był jej.


W głębi Zakazanego Lasu potomstwo Aragoga wzdychało
z tęsknoty za tą miłą dziewczynką, która przychodziła się z nimi pobawić, brała
na kolana i nazywała słodkimi, puchatymi kuleczkami.

Staliśmy chwilę w milczeniu. Dopiero minutę później miałam wizję.

Spóźniła się!
Wizja, dysząc po szaleńczym biegu i
ocierając pot z czoła, ostro wyhamowała przy Esmeraldzie.

A teraz Proszę Państwa zmierzmy się z poprawioną po
aŁtoreczkowemu wersją kulminacyjnej sceny III tomu – spotkania z Syriuszem,
zdemaskowania Petera Pettigrew i ataku dementorów. Indżoj!

Szyliśmy długim tunelem nie wiem jak długo, bo oczywiście żadnemu z nas nie
przyszło do głowy zapalenie różdżki i spojrzenie na zegarek!

Przestaliśmy dopiero, gdy skończyły się nici i
ostatnia igła złamała.

Weszliśmy do wrzeszczącej chaty i od razu skierowaliśmy się na piętro. Gdy
nikogo tam nie znalazłam przeklęłam siarczyście.(…)

-Domyśliłem się, że to wy. –odezwał się niespodziewanie czyjś głos
Oboje podskoczyliśmy i spojrzeliśmy na nową osobę w pomieszczeniu.
Ot, gość niespodziewany!

-Syriusz. –odetchnęłam i dopiero wtedy dostrzegłam rudą czuprynę. – No nie!

-No tak. –odparł i popchnął Rona na łóżko.
I okrył jego nagość różową kołderką…


A to mnie zalecano odwyk od yaoiców… *wzdycha
ciężko*

-Esme? Malfoy? Co wy tu robicie?!

Dlaczego, do biurwy nędzy, przeszkadzacie nam, gdy
wreszcie znaleźliśmy chwilę dla siebie?


-Nie twój interes Weasley! –warknął blondyn
-Czyś ty oszalał! Teraz to dopiero cię zamkną do Azkabanu! –strofowałam ojca
Dopiero uwiedzenie nieletniego grozi pójściem do
ciupy, bo jak do tej pory, to tylko bawił się w chowanego.

-Tak, tak, tak. Marudzisz gorzej niż moja teściowa!

-Toż ty swoja teściową raz w życiu widział! Na własnym weselu!
A ty to oczywiście wiesz najlepiej, bo byłaś przy
tym i trzymałaś mamusi welon.

Po chwili usłyszeliśmy jak ktoś wbiega po schodach.


-Ron! –pisnęła Hermiona
-Jest i komitet powitalny. –zironizował Draco
-To miało być śmieszna tak? –spytałam
-Nie śmieszne a mrohne…
Mrohny! Przestań dawać zły przykład dzieciom!

-A cichaj! –machnęłam na niego ręką.

Cichojcie, kumie!

-Esme, Malfoy? –zapytał Harry

-Nie! Królewna Śnieżka i Gapcio! Pewnie, że my. –odparłam
Brunet rozejrzał się po pokoju. Po chwili dostrzegł Syriusza.
- Black… -syknął robiąc krok w jego stronę
- Black, a wiesz ty, kim dla mnie jest Ron?!


Tym, kim Rysio dla Tillusia? *ucieka w kącik
chichocząc z lekką nutką obłędu*

Zastąpiłam mu drogę grożąc palcem.

-Nie radzę.
Niu niu niu, nie moźna!

-Wiesz, co ten człowiek zrobił! Wydał wyrok na moich rodziców!

-Taaa jasne! A świstak siedzi, bo sreberka były kradzione! Harry gdzie ty masz
oczy! W za przeproszeniem dupie? Jesteś tak naiwny czy głupi?
Podziwiam twą rodzinną lojalność, Esme, ale
wytłumacz mi z łaski swojej, na jakiej podstawie Harry miałby sądzić, że
Syriusz jest niewinny, a wersja wydarzeń, w jaką wierzył cały czarodziejski
świat – nieprawdziwa?


[Harry rzuca się na Blacka w morderczych
zamiarach i już-już byłoby po Syriuszu, gdyby nie Esme, która dzielnie staje w
obronie swego ponoć dorosłego i ponoć groźnego ojca.]

Zabrałam mu różdżkę i wstałam. W tej chwili do pokoju wpadł Remus.

-A ten jak zwykle w samą porę. –powiedziałam z sarkazmem
-Jak zwykle dałaś sobie radę. –odparł posyłając mi wredny uśmiech.
W zasadzie mogłem nie przychodzić. W magicznej
telewizji właśnie leciał mój ulubiony „Kevin sam w Hogsmeade”.

Oni by się wszyscy o własne nogi pozabijali, gdyby
nie Esmeralda, która nad wszystkim panuje, wszystkim kieruje i wymierza klapsy
rozwydrzonym i nieco przygłupiastym wujciom z Hogwartu.

[Syriusz:]

-Witaj Snape. Jak zwykle wszystko spieprzyłeś… Wracaj do zamku bawić się swoimi
eliksirami.
-Mam coś lepszego niż eliksiry! –prychnął celując w niego różdżką
-Przestańcie, obaj!
-No wow Glutek zaczął bawić się zaklęciami. Uważaj, bo zrobisz sobie krzywdę.
I już wiemy, po kim Esme ma ten sarkazm, ironię i
cięty dowcip.


Oraz po kim odziedziczyła charyzmę, dzięki której
ma posłuch i szacunek wśród najsurowszych profesorów.

-
Sec….- urwał, bo weszłam mu na „celownik”
Boru. Severus chciał powiedzieć
„Sectumsempra”, prawda? Właśnie uświadomiłam sobie, że skoro aŁtorka
pisała to znając co najmniej szósty tom, to czekają nas jeszcze fajerwerki
supermocy Esme na Turnieju Trójmagicznym, milion Ciętych Ripost w starciach z
Dolores Umbridge i początki poszukiwań horkruksów. Brrrr. Idę się napić, bo nie
przetrwam.

-Nie mam wyboru… -szepnęłam


Jednym sprawnym ruchem podcięłam mu nogi, mój opiekun legł jak długi na ziemię.
Szybko go czymś związałam i spojrzałam na resztę.
-Zawsze miałaś szybki refleks. –zauważył Syriusz
Ok, Esme, a teraz idź załatw resztę spraw,
zwłaszcza zajmij się tymi dementorami, co się gdzieś tu w pobliżu kręcą, a my
sobie spokojnie poczekamy – i wyciągnął z kieszeni talię kart.

Wzruszyłam ramionami i spojrzałam na Parszywka.

-No to zaczynamy. –mruknęłam i bez ostrzeżenia wyrwałam szczura z rak Rona.
-Nie nie możecie go zabić! –krzyknął Potter
-Co ty się dzisiaj tak rwiesz do zabijania?! Schiza czy co? –zapytałam
odmieniając Petera
No przecież właśnie powiedział „NIE
możecie”. Uszu nie myłaś?

-No nie! Jak zwykle psujesz cała zabawę! –naburmuszył się Remus

-Zawsze mogę cofnąć zaklęcie!
Kocham, po prostu kocham czytać o trzynastolatkach
używających potężnych zaklęć i rozstawiających wszystkich dorosłych po kątach.

Mężczyzna spojrzał na mnie i wychrypiał:
-Esme jesteś taka podobna do matki… Wierz ona była taka dobra i zawsze się nade
mną litowała…
Zrobił krok w moja stronę, ale ojciec szybko go ode mnie odciągnął.
-Flora powiedziała mi kiedyś, że bardzo cię kocha!
-Skąd możesz to wiedzieć! Nie widziałeś Flory, od kiedy urodziła Esme!
Ależ ten Syriusz łatwowierny…

I wtedy cos sobie przypomniałam. Wiecie pamięć ludzka jest jak sito. Raz się
coś pamięta a raz nie. Dziwie się tylko, ze wyrzuciłam z głowy tak istotny
szczegół.
Natomiast wyobraźnia aŁtorki jest jak
emmentaler – raz trochę sera, raz ogromna dziura.

A moja wyobraźnia, gdy myślę o Esme, przypomina ser szwajcarski.

-Ty gnoju! –wrzasnęłam chcąc się na niego rzucić, ale Draco złapał mnie w pasie
i odciągnął. – Ty parszywy gnoju! Sprzedałeś nas! Patrzyłeś na śmierć mojej
matki! Słyszałam, co powiedziała przed śmiercią!

„wyrzuciłam z głowy tak istotny szczegół”
że gdy miałam roczek, to moja mama coś do kogoś powiedziała.

Powiedziała, ze bardzo mnie kocha! Wcześniej nigdy się z tobą nie widziała!

A skąd osesek miałby o tym wiedzieć?


Zapętlenie czasoprzestrzeni. Jest kilka takich
miejsc w tym opku, gdzie Esme sugeruje, że w chwili śmierci matki miała KILKA
lat. Biorąc pod uwagę, że jest w wieku Harry’ego, a Syriusz został aresztowany
za rzekome zabicie Pettigrewa na drugi dzień po śmierci Potterów – inaczej niż
zapętleniem nie da się tego wyjaśnić.

Ty ohydny zdrajco! Puśćcie mnie do niego! Utłukę jak psa! Co ja mówię jak
szczura!


Harry Potter stał z boku i milczał. Nikt już nie
pamiętał, że Pettigrew był odpowiedzialny także za śmierć jego rodziców…


Potter? A kto to jest?

Ciąg dalszy mniej więcej przypomina ten książkowy:
po wyjściu z Wrzeszczącej Chaty atakują ich dementorzy, Lupin przemienia się w
wilkołaka, Pettigrew ucieka, a Snape przyczynia się do aresztowania Syriusza.
Proszę tylko wszędzie tam, gdzie Rowling napisała „Harry”, wstawić
„Esme” i będzie git.

[Knot, Snape i Dumbledore] Wyszli bez słowa odprowadzani moim chłodnym
spojrzeniem.

Widząc jej zimne, twarde spojrzenie wszyscy trzej
woleli grzecznie milczeć, niż się znów narazić na awanturę. Minister Knot w
zakłopotaniu szurał nogą o podłogę, Dumbledore miał spocone dłonie, a Snape był
bliski płaczu.

Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły usłyszałam myśli Albusa:

Możesz ocalić więcej niż jedno istnienie! Dwa obroty wystarczą.”
Hyhy, a z Hermioną to rozmawiał paszczą, jak
zwierzę.

-No jasne…Hermi dawaj zmieniacz czasu! –krzyknęłam do Gryfonka

-Co?
-Wiosło. [gary, piec] Daj ten zmieniacz. To
jedyna szansa!
Dziewczyna z pewnym wahaniem oddała mi zmieniacz.
-Ja idę z tobą! – krzyknął Potter, dopiero teraz go zauważyłam
-No to chodź! –odparłam zarzucając mu łańcuszek na szyję
Przekręciłam dwa razy i czas zaczął się cofać…
Nie no, bierze Pottera ze sobą? Sama nie da rady?


Aaa, po prostu ktoś musi być kronikarzem jej
bohaterskich czynów.


Musiała też mieć publiczność, która będzie ją
podziwiać. Inaczej byłoby nieważne.

-Mamy ratować Syriusza!


-Hardodzioba ratujemy, bo mamy po drodze! –zirytowałam się ciągnąc hipogryfa za
sznur
Widzisz, Dziobek, jakie miałeś szczęście? Niechby
cię uwięzili ze sto metrów dalej…

Usiadłam na brzegu jeziora i uporczywie wpatrywałam się w drugi brzeg.
Wiedziałam doskonale, że ciężko będzie mi się powstrzymać. I jak zwykle miałam
rację. Gdy dostrzegłam samom siebie na drugim brzegu musiałam odwrócić wzrok.

My też ze wstrętem odwracamy wzrok od tego
„samom”.

Tak bardzo chciałabym móc „nam” pomóc.

No nie, no co ty, supermoce się wyłączyły? Może
powinnaś zatankować?

-

Expecto patronum! – ryknął Harry
-Nie! Co ty robisz?! –wrzasnęłam, ale szybko umilkłam widząc srebrnego jelenia
odganiającego ciemne sylwetki Dementorów
Uśmiechnęłam się delikatnie zdając sobie sprawę, że Pottuś uratował mi życie. Z
resztą nie tylko mi.
To pierwszy i chyba jedyny raz w tym opku, kiedy
pozwoliła mu coś zrobić samodzielnie.


Pottuś uratował życie Blesi?

[Syriusz uratowany, wściekły Knot wypada ze
Skrzydła Szpitalnego, odgrażając się, że znajdzie na Esme haka, można się zająć
ważniejszymi sprawami]

Łzy ściekły mi po policzkach. Oparłam się plecami o ścianę i ukryłam twarz w
dłoniach. Usłyszałam czyjeś kroki. Nie musiałam patrzeć by wiedzieć kto to.

-Hej ty płaczesz?
-Jakbyś nie zauważył Malfoy to normalni ludzie czasem płaczą.
-Ale ty nie jesteś normalna.
-To komplement czy obelga? –zapytałam patrząc na niego załzawionymi oczami
-A jak sądzisz?
W odpowiedzi zarzuciłam mu ręce na szyję, wtuliłam twarz w jego ramię i
załykałam.
Aż nie chcę pytać, co właściwie przełknęła nasza
zapłakana, zasmarkana boCHaterka.



-Co mam powiedzieć? „Żegnaj” czy „do widzenia” ?
-A, co byś wolał? –odparłam siląc się na spokój.
Wzruszył ramionami i spojrzał na mnie, a sprytny południowy wiatr wdarł się
przez okna i szeptał o miejscach, w których nie byłam. O ciepłych piaskach, o
ludziach i językach, których trzeba poznać. Wołał mnie… Znowu.
A Irytek z cichym chichotem już szykował
łajnobomby. Tak dla jaj i dla podtrzymania patetycznej atmosfery.

-Gdzie tym razem będziesz? -zapytał blondyn

-A, kto wie? Nie lubię działać według schematu przecież to wiesz…
Znaczy, w przyszłym roku odpuszczasz sobie Hogwart?
Co za ulga dla wszystkich!

Skinął głową i zadał mi ostatnie pytanie:

-Kim ty właściwie jesteś Esme?
Po raz pierwszy uśmiechnęłam się tak….prawdziwie.
Do tej pory uśmiechała się: szyderczo,
sarkastycznie, ironicznie, jak również z wyższością, złośliwie i tajemniczo.
Prawdziwy uśmiech dyskwalifikuje Mary Sue.

-Nie wiesz? Jestem Esmeralda Black. Jestem wiedźmą, jasnowidzem, animagiem i
jestem cholernie dobra w oklumencji. Jestem sobą, jestem Esmeraldą Black.
–odparłam

I tą pełną wrodzonej skromności autocharakterystyką
zakończmy pierwszą część analizy. W następnym odcinku czeka nas zajebistość,
smoki, zajebistość, Voldek, więcej zajebistości… Stay tuned!

Z Wrzeszczącej Chaty pozdrawiają:

Kura z serem szwajcarskim zamiast mózgu, Jasza na Testralu-Który-Przeżył i
Maskotek zatopiony w rozmowie ze sklątką tylnowybuchową.

Ale my tu jeszcze wrócimy!


Drodzy Czytelnicy! Jeżeli sądzicie, że resztę swych
niezaplanowanych wakacji Iza spędziła w spokoju i zamyśleniu, to się mylicie.
AŁtorka serwuje nam całą paletę atrakcji, a biedna boChaterka ledwie wyrabia
się na zakrętach. W drugiej części dzieUa dowiecie się, jak precyzyjna potrafi
być medycyna w przypadku choroby popromiennej, o czym marzy gej w ostatniej
chwili swego życia, jak należy traktować świeżo odzyskaną matkę, a także czym
najlepiej zabić stresa, i wcale się nie spodziewacie, że zakupem kraciastej
koszuli.
Występują tu także takie ciekawostki jak miękka koza, bardzo lokalny internet,
bilety na lot dookoła świata, oraz pewne (definitywne?) bardzo ekspresowe
rozstanie. A trólowerów oczywiście ci u nas dostatek!
Inżoj!

Analizują: Dzidka, Mikan
i Kura.


http://www.quku.org/magicznie,342.html

Tydzień później *

Będąc wczoraj na kolacji dowiedziałam się że Victoria wprowadza się do ojca. Ja
natomiast mam zamieszkać z Chrisem, mam zająć pokój Victorii.
Ledwie pełnoletni DJ zajmujący się dochodowym
zajęciem, jakim jest skating, to świetny opiekun dla dorastającej panienki.

Z jej punktu widzenia (przypominam – Chris jest
DUŻO starszy) -owszem!

Wciąż łapię się na tym, że patrzę z punktu
30-paroletniej starej matrony na emeryturze.

Ale Victoria właściwie gdzie się wprowadza…? Toż
ojciec Belci zamieszkał w tym miasteczku odległym o 10 godzin jazdy busem,
pamiętamy?


Chris pomógł mi przewieść wszystkie moje rzeczy. Nawet zrobiłam mały remont w
pokoju, musiałam go przemalować, i przestawiłam niektóre meble. Martwiła mnie
tylko jedna rzecz…Przez cały tydzień nie miałam kontaktu z Justinem. Ja tak
bardzo za nim tęsknie, chciała bym chodź na chwile usłyszeć jego głos.
A co? Abonamentu w sieci komórkowej nie opłaciłaś, czy
karta się skończyła?

Skajpa też tam nie mają? Co to za miejsce, środek
Państwa Środka?

Christopher pocieszał mnie jak może, widać było że się o mnie martwił. Mówił że
Justin nie zasługuje na kogoś takiego jak ja. Jego zdaniem powinnam znaleźć
kogoś kto bardziej się mną zajmie i mnie nie zostawi.
Wiesz, nasi rodzice nie mają ślubu, więc nie ma
powodu, żebyś uważała mnie za swojego starszego brata…

A czy on ją do diaska zostawił??? Karierę chłopak
robi, a ta ma muchy w nosie.

Nagle Chris mnie zawołał… Zeszłam na dół i spytałam o co chodzi:
-Nie chciałem Ci mówić…Ale nie mam zamiaru Ci tego nie pokazywać, to twoje
życie i ty sama zrobisz jak będziesz chciała.
-A o co chodzi ?
-Dostałaś list od Justina.
A ten tylko pisze… *wzdycha*
Jest w takim razie lepszy od tego goryla z dowcipu.

Normalnie aż podskoczyłam z podekscytowania, nie spodziewałam się tego, jestem
wdzięczna że Chris mi o tym powiedział, równie dobrze mógł mi go nigdy nie
pokazać.
No i po kij od mietły było pozbywać się z opka
rodziców, skoro w zamian dostała takiego Krzysia Kontrolera?

Ale jaką łaskę jej zrobił – list adresowany do niej
jej pokazał!
I ciekawe, skąd Justin znał jej
nowy adres?

Treść listu :

Nie wiem jak zabrać się do pisania tego listu.
Znowu z nią zrywa? *z radosną nadzieją*

Jest mi bardzo ciężko bez Ciebie, nie przestaje myśleć o Tobie.
*oklapła* Jednak nieeee.

Wszystko przypomina mi Ciebie. Jestem bardzo zły na siebie
za to że, nie znalazłem dla Ciebie czasu i nie dzwoniłem.
Mi raczej nie uda się w najbliższym czasie przyjechać, więc
mam nadzieje że Tobie udało by się przyjechać do mnie.
Kocham Cię. Justin

Miałam mieszane uczucia co do tego listu… Zaczęłam się poważnie zastanawiać
nad wyjazdem. Co do listu to nie mam nic do tego że Justin się przez tydzień
nie odzywał. Miał na głowie inne ważne sprawy, w końcu stara się zrobić
karierę.
No ba. I to mu nie pozwala nawet przez pięć minut
wieczorem porozmawiać z ukochaną. Co z oczu, to i z serca, najwyraźniej…

List pokazałam Chrisowi, musiałam mu pokazać.
A właściwie dlaczego?!
Jako krystalicznie uczciwa niewinna dziewoja swemu
bratu, opiekunowi, przyjacielowi…

Który tak się nią opiekuje jak bocian żabą.

Oczywiście on nie bierze na poważnie tego wyjazdu. Ja nie mogę tak żyć, po
prostu się tak nie da bez niego. Chciałam uświadomić Christopherowi że, ja
poważnie myślę o wycieczce, w końcu są wakacje, jakieś oszczędności mam, ale
jest problem na 100 procent nie mogła bym pojechać sama, ta opcja odpada.
Postanowiłam że porozmawiam z tatą, wszystko zależy tylko od niego.

(…)

-Tato chciałabym wyjechać sobie z miasta, nie wiem do końca gdzie dokładnie,
ale chciała bym się rozerwać , mam wakacje i chciała bym je mile spędzić.
-Ale chyba nie sama ? Ja się zgadzam ale musisz jechać z kimś jeszcze, samej
Cię nie puszcze.
W te dzikie puszcze.
No, może i w puszcze… W końcu sama boChaterka nie wie,
gdzie dokładnie.

Wiedziałam że to powie, ale byłam zdziwiona że tak bez żadnego zastanowienia
pozwolił mi wyjechać.
Kochający tatuś zrobi wszystko, byle trzymać córcię
jak najdalej od siebie.

[BoCHaterka ustala, że pojedzie pod opieką Krzysia.
Co prawda nadal nie zdradza rodzicom, gdzie ani na jak długo, ale najwyraźniej
nikomu to nie przeszkadza]

Mam nadzieje że Justin nic nie planuje w tym czasie, nie chciała bym aby była
sytuacja w której ja przyjeżdżam a on sobie gdzieś pojechał, załamała bym się…
Czy wy, słoneczka drogie, macie te komórki tylko do
przesyłania sobie słodkich buziaczków w smsach? A uzgodnić plany, datę
przyjazdu i inne szczegóły to już za trudno?

Rano ustalałam szczegóły z Christopherem. Gdy się dowiedział jak to daleko
zrobił się blady na twarzy.
Tyle godzin bez jedzenia, picia i przerwy na
papierosa???

Ale wie że do dal mnie bardzo ważne. Ustaliliśmy że jedziemy następnego dnia,
zostało jeszcze połowę wakacji a my nie wiemy na ile się tam zatrzymamy, ja
chciała bym jak najdłużej. Victoria i tata zawiozą nas jutro na lotnisko. Przez
cały dzień pakowaliśmy się, nie miałam pojęcia czy tam jest zimno czy ciepło,
najchętniej wzięła bym całą szafę.
Daleko, nie całkiem blisko, ale w sumie gdzie, nie
wiadomo. Może tam ciepło, może tam zimno. W każdym razie samolotem doleci.
Bilet kupiła w kierunku bliżej nieokreślonym.

Wsiąść do samolotu byle jakiego, nie dbać o bagaż,
nie dbać o bilet…

Kula ziemska jest w końcu tak mała i tak
ograniczona…

Gdy się pakowałam Chris zapukał do pokoju, wszedł i powiedział:
-Jesteś pewna że tego chcesz ?
-Tak, marze o tym. Chciała bym żebyś i ty miło spędził tam czas.
-Wiesz że ta podróż będzie nas trochę kosztować?! -mówił
-Wiem … – spuściłam wzrok na ziemie.
No przecież ona ma oszczędności, cały rok pilnie
odkładała z kieszonkowego!

Ten spuszczony wzrok raczej sugeruje, że przebimbała
je na zakupach i prosi „brata” o wsparcie.

Chris się uśmiechnął, podeszłam do niego i mocno go przytuliłam. Przez ten
ostatni czas przywiązałam się do niego.
Jak do wiernego pieska.
Albo czerwonej torebusi.
Albo jak do kaloryfera.

[BoCHaterka poznaje w samolocie nowych,
interesujących znajomych]

-Jestem Tyler – powiedział .
-Ja Isabell – powiedziałam podając mu rękę.
Zaczęliśmy rozmawiać o wakacjach, gdzie dokładnie leci i takie tam.
O, w innym kierunku niż nasza Izunia? Dokonają zrzutu
Tylera w połowie drogi?

Tyler miał 18 lat chodź wyglądał młodo, [Kura spada
z krzesła, zanosząc się nieopanowanym kwikiem]
[Tyler
osiągnął wiek starczy]
dała bym mu 16. To dodawało mu uroku. Tyler ma
czarne włosy, grzywkę która bardzo ładnie opadała mu na ciemno niebieskie oczy.
Miał turkusową czapkę z daszkiem, ubrany był na czarno, ale było mu do twarzy.
Ten chłopak miał coś w sobie, Tyler miał dziwny akcent ale nie chciałam go o to
pytać. I co jeszcze Tyler miał, miał, miau? AŁtorka zapoMIAUA o synonimach.Siedzieliśmy dobrych
kilka godzin i rozmawialiśmy ze sobą. Poprosiłam go o jakieś namiary, przez
tyle czasu zdążyłam go bardzo polubić.
Ona jest cholernie szybka w polubianiu, nie
sądzicie? [Chris natomiast bardzo polubił siostrę Tylera, chwilowo bezimienną.]

[Izabelka i Krzysio szczęśliwie dotarli na miejsce,
siedzą teraz w kawiarni i czekają na Justina]

Gdy podjechał czarne ferrari aż mi się gorąco zrobiło, szyby były przyciemniane
więc nie widziałam nikogo.
Po chwili szyba powolutku uchyliła się i wyjrzała
zza niej lufa uzi…

A za nią chytrze zmrużone oczka analizatorek…

Nagle drzwi samochodu się otworzyły, ujrzałam Justina… W tym momencie nie
widziałam świata, liczył się tylko on. Spojrzał mi głęboko w oczy, zmienił się
trochę od ostatniego czasu jak go widziałam.
Nie widzieli się coś około dwóch tygodni.
Justyś urósł jakieś 20 cm, zapuścił brodę i wąsy oraz
przefarbował się na rudo.

I dostał garba. Z przodu.
Poznała go po zapachu.

Wybiegłam z tej kawiarni jak szalona i rzuciłam się na szyje Justinowi.
-Kocham Cię – powiedziałam szeptem obejmując go.
-Brakowało mi Ciebie, tęskniłem…
Ale zadzwonić nie miałem czasu.
Bo tęsknił jak spał.

A teraz, proszę wycieczki, zwiedzamy posiadłość
Justina!

Gdy jechaliśmy wciąż nie spuszczałam wzroku z Justina. Zatrzymaliśmy się przed
wielkim domem. Nie sądziłam że mieszka w takim miejscu.(tak,
już wiemy, że Justin zwykł mieszkać w miejscach nieziemskich…)
Justin
otworzył mi drzwi, Chris wziął z bagażnika nasze torby. Wchodząc do środka
czułam się jak jakaś gwiazda. Dom był wielki, te wnętrza coś mi przypominały,
stary dom Justina. Był zrobiony bardzo stylowo, w oczy rzucały się jasne kolory.
Przed nami były schody które prowadziły do górnych pokoi.
(…)
Weszłam do wielkiego pokoju, przypominało mi apartament. Uwagę zwróciłam na
białe ściany, jedna z nich była jasno szara.
A inna z tych białych jasnopomarańczowa.

Na środku stały dwa kremowe fotele, nieco dalej była skórzana kanapa. Na
stole stała śliczna palma w doniczce. Na ścianie wisiał plazmowy telewizor.
Podeszłam do okna które ciągnęło się przez całą ścianę, było widać wszystko.
Usiedliśmy z Justinem na kanapie, spojrzeliśmy sobie w oczy.
(…)
-Hmm a skąd miałeś pieniądze na to wszystko ?
-Z poznanymi tutaj kolegami daliśmy parę małych koncertów w galeriach.
Łaaaał. Albo w tej Opkolandii cenią grajków na wagę
złota, albo mają taki kryzys w nieruchomościach, że wyprzedają wszystko jak
leci za grosze.

Albo też nasz Justyś ma jakiś lewy dochód, o którym
ani myśli wspominać Izuni.

Niech ona lepiej uważa.

Rano obudziły mnie promienie słońca które muskały mnie po twarzy. Przyjemnie
się leżało dlatego postanowiłam poobijać się trochę.[od
ściany do ściany]

Ciekawe co ona ma tam do roboty takiego, że postanawia
odpocząć?

Leżałam wpatrując się w wielkie okno. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi,
wiedziałam że to Chris, on zawsze puka tak samo. Wszedł i sprawdzał czy śpię.
Justin dał Chrisowi kluczyki od jakiegoś auta. Wiem że on lubi takie rzeczy.
-Nie będziesz zła jak zwiedzę okolicę sam ?
-No Jasne że nie! Jedz! – Krzyknęłam
Smacznego!

Chris podszedł do mnie i wtuliłam się w jego ciało.(jak
małpeczka)
Wiedziałam że Justin był pewien że jak da kluczyki do
samochodu Chrisowi to ten zostawi nas na długi czas.
Kurczę, skąd u Justina taka znajomość charakteru
Chrisa? A jeszcze niedawno po twarzach się tłukli.

Chris nigdy nie miał swojego auta chodź bardzo chciał je mieć. Cieszyłam się że
się tu nie kłócą, to był mój kolejny powód do szczęścia, przykro mi jest gdy
osoby na których mi zależy nie cierpią się. Podeszłam do wielkiego okna i
spojrzałam na Chrisa, on wyglądał na szczęśliwego, więc mi też sprawiało to
radość.
Jak to mało trzeba, by uszczęśliwić faceta…
Prawda stara jak świat :)

Rozpakowałam torbę i wyjęłam wszystkie rzeczy na moje łóżko, chciałam coś
wybrać. Ubrałam jasne rurki (łiiii, rurki, rurki!),
fioletowy t-shirt i szare trampki, uczesałam i spięłam włosy. Byłam gotowa do
wyjścia wzięłam jeszcze telefon i zeszłam na dół. Justin już na mnie czekał.
Nie mogłam się oprzeć, podbiegłam do Justina i mocno go przytuliłam.
Ona bez przerwy tuli się do kogoś, no Teletubiś
normalnie!

Wypytywałam się czy czasem kogoś tu nie poznał, mówił że jego rodzice
przedstawiali mu jakieś słodkie panienki, wiem że ona takich nie lubi.
Ona? Kto, Justynka?
Ledwie się rodzice odnaleźli, a już Justina swatają.

Jeszcze nigdy nie widziałam rodziców Justina, wiem tylko że są młodzi.
Twoja stara jest młoda!

[I choć czytelnik spodziewa się teraz, że Justin
zabierze Belcię na spotkanie z rodzicami - nie. Jadą oboje do lasu, gdzie
romantycznie pluskają się w jeziorku, a Justin śpiewa piosenkę napisaną
specjalnie dla Belli]

***

Rozmawiałam sobie przez telefon z moją przyjaciółką z którą długo nie miałam
kontaktu.
Rozumnie przestała dzwonić, Belcia wiecznie zamyślona
i tak nie odbiera.

Nagle słyszałam że Chris mnie woła ze swojego pokoju. Zignorowałam to, ale on
nie ustawał. Myślałam że się coś stało, wybiegłam jak szalona. Weszłam do
pokoju i spojrzałam na Chrisa. Siedział sobie przed telewizorem.
-Isabell patrz co puszczają w telewizji! – krzyczał
-Po to mnie wołałeś ? myślałam że coś Ci się stało ! Nie interesuje mnie co
puszczają w telewizji.
-Ale to ważne … – mówił
Ja wyszłam trzaskając drzwiami, i tak miałam zepsuty humor od samej nocy…
Boszzz, ona jest gorsza niż księżniczka na ziarnku
grochu!

Ale foszki, trzeba przyznać, ma iście królewskie.

Mój spokój zakłócił Chris wbiegający to mojego pokoju.
-Pamiętasz jeszcze Tylera – Krzyczał jak oszalały
-Jasne ze tak ! – Mówiłam wkurzona
-Tyler miał wypadek! Nie wiem dokładnie co się stało wiem tylko że został
napromieniowany.
Zderzył się z rosyjskim atomowym okrętem podwodnym.
Wylecieliśmy z samochodu [katapultowali się?]
i weszliśmy do szpitala. Zapytałam pielęgniarkę o Tylera. Zdziwiłam się że, bez
problemu pozwolili mi się z nim zobaczyć.
Tyler co prawda wchłonął dużą dawkę szkodliwego
promieniowania, ale siłą woli zneutralizował je i teraz emitował zdrowe jasne
światło, w przybliżeniu jakieś 60 wat.

Pobiegłam jak najszybciej mogłam na oddział. Przywitałam się z siostrą Tylera.
Za chwilę podeszłam do niego i spojrzałam na jego twarz. Wyglądał dobrze a
nawet świetnie.
Tak promiennie wręcz.
Wyglądał wspaniale, w niczym nie przypominał tego
pana ze zdjęcia przy haśle „choroba popromienna„.

Najważniejsze że dobrze się czuje. Wyniki padań będą niedługo.
*rechocze* To jakiś nowy rodzaj testów wysiłkowych,
polegajacych na „padnij, powstań!” pod komendą lekarza? :D

W zależności od tego ile razy padnie, określają
stopień napromieniowania.

Siostra Tylera wyszła z oddziału do Christophera który był na zewnątrz.
Zostałam sam na sam z Tylerem. Nagle usłyszałam specyficzny krok lekarza
idącego w stronę oddziału.
Oddział sprezentował broń.

Wiedziałam to już, tego kroku się nie zapomina.
Tuptał do nich w rytmie salsy.

Lekarz wszedł na oddział. Powiedział (na cały
oddział? to miłe, że dba się o prawa pacjenta):

-Mam wyniki padań. Niech nas Pani zostawi samych – Powiedział Lekarz.
-Nie ona może zostać. – Mówił Tyler
-Dobrze niech zostanie.
Ulżyło mi trochę.
-Niestety nie mam dobrych wiadomości. Z wyników padań wynika że pan umrze.
Wszyscy umrzemy. To i bez padań wiadomo.

Tyler zacisnął rękę na mojej. Nastała długa chwila ciszy. Kompletnie nas
zamurowało. Nie wiedziałam czy mam coś mówić… To był dla mnie wielki szok,
dla Tylera pewnie też.
Oł ryli??

Tyler odchylił głowę do tyłu i zasłonił twarz rękoma. Nagle powiedział:
-Ile mi zostało ?
Próbował być twardy ale widziałam łzy w jego oczach.
-Przewidujemy dla Ciebie około 2 tygodnie.
Kurnać, ten lekarz to jakiś bezduszny sadysta – tak
walić straszną prawdę prosto w oczy, bez uprzedzenia, bez dania choć cienia
nadziei typu „jest ciężko, ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy”…

Brawa dla lekarzy! Ci którzy mówią „od 3 tygodni
do 3 miesięcy” to zwykłe konowały.

A swoją drogą, dwa tygodnie?! Co on, wszedł do
wnętrza bomby atomowej?

Poczułam takie uderzenie… Wybiegłam z płaczem z oddziału. Siostra Tylera
akurat przyszła z Chrisem.
Znaczy lekarz beztrosko wypaplał wszystko obcej
osobie, nieletniej, a nie poczekał na rodzinę. Fajnie w tych Stanach, doprawdy.
Jakich tam Stanach, to jakaś Opkolandia, czy
inne Gdziekolwiekbądź.

Spytali co się ze mną dzieje. Powiedziałam im tylko że przyszly wyniki badań. [o, a teraz dobrze, what's up?] Siostra Tylera
dowiadując się o wynikach również nie wytrzymała, nie mogła się uspokoić.
Zaczęła się obwiniać.
Po co kupowałam ten wzbogacony uran od terrorystów,
no po co!

To był raczej KOBALT :)

Zastanawiało mnie tylko dlaczego tak się stało… Przecież on się dobrze
czuje, nie wiedziałam dokładnie na czym to polega.
Może on też jest ofiarą badań (padań). Wiecie, jak
ta sąsiadka, co „była całkiem zdrowa, a tu poszła na mammografię i jej
raka wykryli”.

Bo jak już umierający, to powinien być jak z krzyża
zdjęty.

Lekarz powiedział:
-Tyler zostanie za parę godzin wypisany. Zostało mu tylko około 2 tygodnie
niech się nacieszy ostatnimi dniami.
Jasne, kurde. „To były cudowne dwa tygodnie.
Tyler śmiał się i dokazywał… Już mieliśmy pójść na karuzelę, kiedy…”
A lekarze, zamiast podjąć choć próbę ratowania,
zgodnie machnęli rękami. Niech idzie w cholerę, niech zdycha, co nas to
obchodzi.
Toć te wszystkie leki i próby ratowania na
darmo by poszły. Dwa tygodnie, to dwa tygodnie i basta!
„Nie pomogą i dochtory, kiedy człowiek
na śmierć chory.”

Gdy on to mówił znów nie wytrzymałam… Zaczęłam płakać. Spojrzałam Tylerowi w
twarz. Nagle on powiedział z uśmiechem:
-Chcę aby te 2 tygodnie były moimi najlepszymi dniami w życiu. Chce je spędzić
w gronie osób na których mi zależy.
Niech zgadnę… do tego grona należy również
poznana dwa dni temu Izabelka?

Wszyscy kochają się w Izuni!
Jedno spojrzenie i padają jak muchy. Badają. Eee…

A Jeśli wy będziecie płakać, to mi będzie bardzo smutno. Od razu poprawił tym
wszystkim nastrój.
Łiiihaaaa! Cieszmy się!
A wiecie co, chodźmy razem do zakładu pogrzebowego,
uchachamy się przy tych trumnach, przy kolorze atłasu pozrywamy boki, a przy
spisywaniu testamentu pokażemy, co to prawdziwa impra!

Co by nam dał płacz? Zamartwiali byśmy się przez 2 tygodnie, a przez ten czas
można naprawdę zaszaleć.
Więc się bawmy póki czas, bo jutro już nie będzie
nas.

Christopher z siostrą Tylera zaczęli już coś
planować. Znów zostałam sam na sam z Tylerem. Nagle zapytałam:
-Jakie jest Twoje marzenie ? Chcielibyśmy je
spełnić.
-Mam takie jedno ale wole zachować to dla
siebie, będziesz mogła je spełnić w ostatni dzień mojego życia.
A skąd on będzie taki pewny, że to właśnie ten
dzień już nadszedł?
Oj no, przecież lekarz powiedział: dwa
tygodnie. Co do minuty!


Zaczęłam się zastanawiać o co mu chodzi, ale i
tak miał mi to powiedzieć więc szybko o tym zapomniałam.
Nosz kurnać, ona mnie rozwala. Tej dziewczyny nie
interesuje NIC.

Wiesz, przegrzałoby się jej to i owo pod deklem,
musiała coś zdeletować.

Belcia to takie połączenie Elżbiety i Agnieszki z
„Wszystko czerwone”. Bezwładna memeja, niczym nie zainteresowana.


-Najbardziej chciałbym spędzić ten czas z Tobą i
Siostrą, wy jako jedyne się dla mnie liczycie.
Jak rozumiem – kolejna opkowa sierotka?
AŁtorka już dawno machnęła ręką na rodziców.
Przeszkadzają tylko i nie wiadomo, co z nimi zrobić.

Przytuliłam się do Tylera, 2 tygodnie to bardzo mało. Po jakimś czasie
dostałam telefon od Justina, chciał wiedzieć gdzie jestem, opowiedziałam mu o
wszystkim. Niestety musiałam dokonać ważnego wyboru… Za 2 tygodnie musiałam
wracać już do domu… Wakacje się już kończyły. A przyjechałam do Justina. Po
słowach Tylera ze się dla niego liczę nie mogłam go zostawić.
Poczucie obowiązku niemalże jak u Świętej Gabryjeli
Borejko.

Ale czego się nie robi dla przygodnych osób poznanych
w samolocie.

Zdecydowałam że cały czas spędzę z Tylerem. W końcu Tyler ma policzone dni. Co
mnie martwiło ale nie zniechęcało.
Grunt to optymizm, alleluja i do przodu! Z
napromieniowanym półtrupkiem pod rękę.

Przeczytałam „półdupkiem” i omdlałam
bezszelestnie.

-To będą najlepsze 2 tygodnie życia – Powiedziałam pewnie.
Ucieszył się. To sprawiło mi radość. Bałam się tylko reakcji Justina,
postanowiłam że powiem mu to od razu. Wyszłam z oddziału i zadzwoniłam do
niego. Justin się do mnie nie odzywa… To trochę egoistyczne z jego strony…
Mam prawo… Ja tez się do niego nie odzywałam, jeśli on byłby w takiej
sytuacji też bym to zrozumiała.

[Justin, po długich przemyśleniach, postanawia
okazać wyrozumiałość i łaskawość]

Wpatrywałam się w niego przez dłuższy czas. Gdy spuściłam wzrok Justin
powiedział:
-Przepraszam Cię !
Spojrzałam na jego smutną twarz, ale przeprosiny mi się należały.
-Nie ma sprawy. – Powiedziałam z lekkim uśmiechem na twarzy.
-Chciałem być tylko z Tobą, ale teraz wiem że ja mam jeszcze całe życie przed
sobą…
Ty nie bądź taki pewny. Skąd wiesz, czy cię jutro
coś nie napromieniuje?

Tyler też tak myślał i jak na tym wyszedł?
W sumie, to każdy ma całe życie przed sobą. Tylko
jeden krótsze, drugi dłuższe, a trzeci, jak ma pecha, to opromienione wręcz :-P


Ale jak wiadomo, nie ma nic za darmo, więc…
Dzidu! Gdzieś położyła różany kwadracik?

Pożyczyła mi na podstawkę do gorącego kubka z kawą.
Cóż, przynajmniej kubek jest tu gorący.

[Justin]Wniósł mnie do swojego pokoju i położył na łóżku, patrząc przy tym mi
głęboko w oczy. Czułam jak dotykał moje ciało, miłe uczucie przeszywało
mnie od góry do dołu. Delikatnie musnął moją szyje. To było cudowne uczucie.
Patrzyłam w jego prześliczne oczy. Po chwili ręką zdjął moją koszulkę [a nogą biustonosz], rzucił ją na ziemie po czym
usiadł na moich nogach. Schylił się ku mojemu ciału, delikatnie pocałował mnie
po ręku, zjeżdżał coraz niżej. [w stronę czubków
palców]
Justin rzucił swoje ciuchy koło łóżka. Objęłam go rękoma, nie
przestając się przy tym całować.[to dobrze, że nawet w
takich momentach boCHaterka nie zapomina o sobie, całuje najpierw jego, później
siebie...]
Teraz czułam jak bardzo go kocham, to co jest między nami
jest magiczne. (,,Czując bliskość ukochanej osoby, wiesz że to ten
najcudowniejszy moment” ) Nie zorientowałam się że już nie mam spodni,
Justin zrobił to tak delikatnie. [to chyba miała
dresy na gumce, czy coś]
Gdy czułam dotyk jego dłoni miałam dreszcze na
całym ciele. Przez dłuższy czas się całowaliśmy, czułam jego przyśpieszony
oddech i zapach jego ciała. Justin położył się obok mnie, ręką dotykałam jego
brzucha, jeździłam nim z góry na duł [kierowca brzucha
proszony jest o zachowanie ostrożności]
. Znowu się nade mną nachylił,
spojrzał głęboko w oczy. Nagle powiedziałam:
-Jeszcze nigdy tego nie robiłam.
-Ja też nie. – Wyraźnie się uśmiechnął.
Teraz byliśmy już całkowicie nadzy. Justin się na mnie położył muskając ustami
moją szyję. Usłyszałam że ktoś kręci się po korytarzu. Justin powiedział że mam
nie zwracać na to uwagi. Zignorowaliśmy to do czasu kiedy matka Justina zaczęła
go wołać, myślałam że oszaleje.
Jak na pierwszy raz, to trzeba przyznać, dosyć
stresujące warunki sobie stworzyli.

-Niech sobie woła, nie zwracaj na nią uwagi, nikt jej tu nie zapraszał.
Bezczelna. Jak śmiała zjawić się w domu swego syna?
A BTW, gdzie oni właściwie są? Poprzednio mamusia Justina objawiła się w tym
miasteczku, w którym absolutnym przypadkiem zginęła mama Izabelki i postanowił
osiedlić się jej ojciec. Teraz jest w tym bliżej nieokreślonym
„gdzieś”, gdzie syn robi karierę i nagrywa płyty. A może to po prostu
Matka Borska i jest wszechobecna?

Matka Borska Bieberowska. To BRZMI!
Ojtam – podpięła się pod jego karierę po prostu, pod
każdy aspekt (łącznie z domem – niejednym i kasą.)

Dodam, że jak na fakt, że Justin świeżo odzyskał
rodziców po wieloletnim sieroctwie, to szalenie czule traktuje mamunię.


Zdziwiło mnie jego zachowanie ale po chwili przestałam zwracać na to
uwagę. Nagle otworzyły się drzwi do pokoju, Justin odskoczył jak
poparzony. Złapał za ciuchy i wstał, to była jego matka. Widząc jej minę
odwróciłam głowę w innym kierunku udając obojętność.
A w głębi duszy myślałam że się spale ze wstydu… Taka wpadka. Zdziwiłam
się gdy zobaczyłam matkę Justina która wyprowadza go nagiego.
Zaraz, ale dokąd go wyprowadza? I po co? Z
klejnotami majtającymi się z lewa na prawo?! Z jego własnego pokoju?
*ma mroczną wizję z tasakiem w roli narzędzia
zbrodni*

Zaczęła się awantura, słysząc jej słowa zrobiło mi się przykro, pękło coś
we mnie i się popłakałam. Szybkim ruchem włożyłam na siebie rzeczy i pobiegłam
do miejsca awantury.[wyznaczonego wcześniej białym
krzyżykiem]

-Co Ty w ogóle z nią robisz ?! Dałeś się jej tak łatwo ? – krzyczała.
A chciałam sprzedać twoją cnotę na e-bayu!

-Ale ja to zacząłem – Tłumaczył się.
Myślałam że ją rozniosę. Gdy mnie zobaczyła dodała:
-Mój syn nie będzie zadawał się z dziwkami. Idź się puszczać gdzie indziej… -
Wrzeszczała szarpiąc mnie za ramię.
To jest ta sama mamunia, która powiła dziecię tak
młodo, że jeszcze teraz wygląda na dziewczynę szesnastolatka? Zapomniał wół,
jak cielęciem buł?

Się biedaczka zestresowała, że babcią z nagła
zostanie. W TAK młodym wieku.

Zaczęłam płakać, Justin się wściekł i kazał jej stąd wyjść.
-To jest moje życie! Wyjdź stąd.
-Nie mam zamiaru! Pozbądź się najpierw tej dziwki.
Justin strzelił jej w twarz z płaskiego. To było dość dziwny widok, ale
należało się jej.
O żesz qhurwa… *Kura gapi się osłupiała, nie
mając siły nawet zebrać szczęki z ziemi…*

Pewnie. O wiele lepszy byłby efekt, gdyby strzelił jej
z łokcia.

Nie mówiąc już o kopie z półobrotu!

-Nie chce Cię znać – Powiedział wskazując jej drzwi wyjściowe.
Won! Nie jesteś już moją matką! Wydziedziczam cię!
Ojcu natomiast nie było dane wypowiedzieć się w tej
scenie, ba, nie było mu dane nawet się pojawić.

Najwyraźniej jego rola ograniczyła się do
dostarczenia materiału genetycznego te szesnaście lat temu.

Przydał się też do napisania listu i wpłacenia kaucji.

Po tej całej akcji poleciałam zapłakana do swojego pokoju. Przeze mnie pokłócił
się z matką. byłam winna. W pokoju położyłam się na łóżku twarzą do poduszki,
chciałam zatrzymać łzy które wciąż się lały.
Gdy ktoś zapukał do drzwi szybko otarłam oczy. Justin pytał czy może wejść,
powiedziałam że tak. Zrobiłam miejsce na łóżku dla Justina, położył się obok
mnie.
-Śmiesznie wyszło… – Mówił ze śmiechem.
Nie no, jak cholera. Istna komedia. Z tego Justina
to urodzony satyryk.
Do teraz właściwie nie podniosłam się z podłogi
ze śmiechu.

Nagle słyszałam już tylko głośny śmiech. Nie mam pojęcia co w tym było
zabawnego ale Justina to wyraźnie śmieszyło.
- Widziałaś, jaką miała minę, jak jej poszła krew z
nosa? Mhahahaha! – zaśmiewał się Justin.

Nie mogliśmy zasnąć już do rana, tyle wrażeń… Nad ranem Justin powiedział:
-Nie martw się, dziś wieczorem to powtórzymy, dopilnuje aby nikt nam nie
przeszkadzał.
Ucieszyłam się trochę.
Tak półgębkiem.
Matka była mniej zadowolona, że znowu oberwie.

Po śniadaniu usiadłam sobie na kanapie z Chrisem. Zgasił mnie pytaniem:
-Wiesz może co to za awantura była wczoraj w nocy? Takie słowa padały ze
szok…
-A była jakaś awantura? Ja nic nie słyszałam. Może Ci się śniło ? -Musiałam coś
wymyślić, Gdyby Chris dowiedział się że to o mnie chodziło zabił by tą wredną
babę.
Kill’er now! Jak śmiała obrazić Mary Sue!
A nie Justina za to, że chciał pozbawić Izunię jej
niewinności?

Tak czy owak – Chrzysio szybko wszedł w rolę
starszego brata.



***
Przyjechali po mnie i Chrisa, Tyler razem z siostrą, dziś mieliśmy jechać na
plażę. Podroż była długa i męcząca ale opłacało się. Plaża była prześliczna,
mieliśmy możliwość wykupienia plaży na 1 dzień, a z tego względu że Tyler jest
Chory została zamknięta za darmo specjalnie dla niego.
Pewnie. Jeszcze by kogo zaraził. Znaczy tego,
napromieniował.

Tyler miał na sobie wielki znak odblaskowy
„uwaga, promieniowanie!”, ale nikomu to nie przeszkadzało.


Dowiedziałam się że dziś wieczorem wyprawiana jest impreza. Ja się umówiłam już
z Justinem wieczorem. To dla mnie trudne… Nie lubię wybierać.
Uch, ta chodząca bierność, to wcielone Yin! Nic nie
wiedzieć, nie podejmować żadnych decyzji, niech unosi mnie fala życia, a ja
tylko będę się przyglądać szeroko otwartymi, zdziwionymi oczętami…

Jezussss. Przecież stoi wyżej, jak wół na polu, że Iza
wybrała Tylera, bo mu zostało dwa tygodnie życia, i Justin ponoć to zrozumiał.
Na cholerę się umawiała zatem?

Impreza się zdążyła już rozkręcić, na wejściu zaczęłam rozmawiać z Tylerem, powiedział
mi że ktoś wystąpi dziś na imprezie, bardzo się uciszyłam.
Przedtem szalałam i wrzeszczałam na cały głos.

Nawet dobrze się bawiłam do puki zobaczyłam Justina stojącego w
drzwiach…
I skończyło się puk puk.

Najwyraźniej był jakiś przygnębiony, miał smutną minę. Podbiegłam do niego bez
dłuższego zastanowienia.
-Co się dzieje?! – Spytałam
-Nie mogę bez Ciebie wytrzymać, musiałem Cię zobaczyć.
Nic nie powiedziałam na jego słowa.
-Ja za Tobą też, bardzo… Niestety tak wyszło… – Mówiąc zrobiło mi się
smutno.
Nagle zobaczyłam Tylera w oddali, zbliżał się w naszym kierunku. Nie chciałam
żeby zobaczył że Justin przyszedł, ale nie zdążyłam już nic wymyślić, miałam
jeszcze małą nadzieje że nie idzie do nas…
Matko ona żyje w ciągłym stresie. Tu jeden chłopak, tu
drugi i nie mogą o sobie się dowiedzieć, a jak się dowiedzą to co to będzie,
bożesztymój, co to będzie.

Bardzo się bałam że popsuje mu humor. Gdy się odwróciłam stał za mną Tyler,
spojrzał mi głęboko w oczy. Pociągnęłam do siebie Justina i przedstawiłam go.
-Tyler to jest Justin, mój chłopak o którym ci mówiłam – Tyler wyjął rękę do
Justina.
Skąd ją wyjął?!
Wolę nie wiedzieć.

Wydawało mi się to bardzo dziwne, nagle poczułam ze jestem na boku a oni sobie
rozmawiają…
No tak, Mary Sue nie jest w stanie znieść, jeśli
choć przez pięć minut znajduje się poza centrum zainteresowania wszystkich
obecnych.

Przecież umierający Tyler miał czerpać radość z samej
tylko obecności Izy, a tu sobie rozmawia z Justinem, jak on śmie?

Najważniejsze że nie zrobiło się przykro Tylerowi.
Izunia zacisnęła zęby. Ok, poświęcę się,
przecierpię, póki on nie umrze, ale ANI MINUTY DŁUŻEJ!!!

[Następnego dnia]
-Słuchajcie Tylera nie było na noc w domu, wiecie co się z nim dzieje ?
-Do nas nie wrócił Justin na noc… – Mówiłam zmartwiona.
-To ten z którym gadał prawie całą noc ?! – Pytała zaskoczona.
-Tak. – Powiedziałam jak by to było oczywiste.
Przemyśleliśmy to i postanowiliśmy ich nie szukać, przecież ich jest dwóch…
Nie powinno im się nic stać. Może się zabawili…
Czyżby aŁtoreczka sugerowała, że Justin kręci teraz
z Tylerem?!
I właśnie. Po co się było martwić na zapas? W
końcu o zabawę chodziło.

***
*Tydzień później:
Obudził mnie telefon, nie mogłam się uspokoić gdy dowiedziałam się że Tyler
jest w szpitalu, niestety ale już zaczął się źle czuć, to nie było dziwne
ponieważ tak to się rozwija i kończy śmiercią. Było mi bardzo przykro z tego
powodu, od razu pojechałam do niego z Chrisem. Bardzo źle wyglądał, lekarze
dawali mu jakieś dwa dni… Okropne uczucie wiedzieć że ktoś na kim ci zależy
umrze. Musiałam być silna w końcu życie toczy się dalej.
Tak, tak, silna bądź. Potem pójdziesz na zakupy, na
lody, zagrasz w butelkę…

Trzeba przyznać, że dobrze jej to wychodzi. Po śmierci
mamy pocieszyła się dość szybko, tu jakaś wycieczka, tu insze atrakcje.

Cały dzień spędziliśmy w szpitalu, następnego dnia było jeszcze gorzej,
przez chwilę musiałam zostać sama z Tylerem. Nagle on powiedział:
-Pamiętasz jak chciałaś spełnić moje marzenie? [zapamiętajmy
słowo kluczowe: marzenie]
i jak powiedziałem że powiem ci kiedy
indziej ?
-Tak.
-Teraz chciałbym abyś je spełniła.
-Co mam zrobić ? – Mówiłam podekscytowana.
-Najpierw to muszę ci coś wyznać, tylko ty się o tym dowiesz i mam nadzieje ze
tego nie zdradzisz i pozostawisz to dla siebie.
-Jasne !
-Jestem gejem…
Wzięłam głęboki oddech… Nie chciałam zadawać żadnych pytań.
A zwłaszcza nie chciałam wiedzieć, co robili, gdy
tak zniknęli z Justinem na całą noc.

-Wiem że to może głupie ale chciałbym zobaczyć jak to jest pocałować
dziewczynę.
Gej, którego życiowym marzeniem jest pocałować
dziewczynę *zakrywa twarz dłońmi i wychodzi*

Ale to nie byle jaka dziewczyna! To Izunia! Ta to
nawet gejowi zawróci w głowie.

Na chwilę mnie zamurowało, nie wiedziałam co mam powiedzieć. To było trochę
dziwne ale jeśli to było jego marzenie…
Zrobiłam to… Schyliłam się nad Tylerem, pocałowałam go delikatnie,
odwzajemnił pocałunek. Spojrzałam mu w oczy i zapytałam:
-I jak ? – Zaśmiałam się
-Dziwnie…
Jakaś taka… za gładka jesteś. Brak mi tego
drapania zarostem.

Później zmieniliśmy już temat, w jago oczach widać było że nie martwi się tym
ze umrze, przez cały czas się uśmiechał.
-Przeżyłem najwspanialsze chwile w moim życiu dzięki wam.
Czyli jakieś trzy tygodnie, podczas których poszli
na plażę i na imprezę. Zaiste ubogie musiało być przedtem życie Tylera…
Pewnie, że ubogie. Nie znał Izabelki, której
blask zajebistości nawet gejów nawraca na drogę heteryzmu.
Aż strach pomyśleć co by było, gdyby naszej
Izuni w samolocie nie poznał.

Przytuliłam mocno Tylera, wiele znaczyły dla mnie te słowa. Gdy wszyscy wrócili
wyszłam aby zadzwonić do Justina. Gdy wybrałam numer usłyszałam z oddziału.
-On umiera!
Stałam chwile bez ruchu… Serce waliło mi jak szalone… Pobiegłam do Tylera.
Wszyscy stali nad nim zapłakani.
-Tyler ! – Krzyczałam ze łzami w oczach…
Tyler! Trzymaj się! Jeśli zobaczysz światełko w
tunelu, nie idź w tamtą stronę!

Chris odciągnął mnie od niego… nie wiedziałam co się dzieje.
-On już nie żyje. – Mówił Chris.
Wyrywałam się jak mogłam ale on mnie trzymał, miałam jeszcze małą nadzieje…
Że co? Że jak się wydrze odpowiednio głośno, to
umarłego obudzi?

Zakryłam twarz rękoma i płakałam, widziałam tylko jak wynosili Tylera, to było
straszne, nie byłam w stanie nic zrobić…

***

-Chce być sama – powiedziałam zachrypniętym głosem.
-Ale Tyler chciał abym ci to dał…
Od razu wstałam i wzięłam zgniecioną kartkę, Chris wyszedł, wzięłam głęboki
oddech i rozwinęłam kartkę, :
Swoją drogą to interesujące, że wszyscy w tym opku
porozumiewają się za pomocą listów na zmiętych kartkach, przekazywanych przez
pośredników.

Taki styl romantyczny.

Kiedy będziesz to czytać mnie już tu nie będzie, musiałem to napisać,
wiedziałem że nie odpuścisz tak po prostu, ale nie martw się, przez ten cały
czas było cudowanie, najlepsze dni. Nie myśl o tym, jeśli mógł bym wiedzieć czy
teraz płaczesz było mi by bardzo przykro. Tylko to chciałem ci przekazać,
kocham Cię! Tyler.
Już wiem, co go napromieniowało. Izabelka! Jednym z
objawów było natychmiastowe zakochanie…

Przez jakiś czas nie wiedziałam jak mam się zachować, trochę dziwne uczucie,
ale napisał ze było mu by przykro gdybym płakała więc przestałam…
Co za posłuszne dziecko!

[Tymczasem okazuje się, że Tyler zostawił im różne
rzeczy w spadku]

…Wzięłam głęboki oddech, z koperty wyjęłam dwa bilety lotnicze, lot był
dookoła świata, niesamowite.
Wow, to się nazwiedzają. A pamiętasz te chmury nad Tybetem?

No wiesz, podobno tankowanie w powietrzu robi wrażenie.
A tak BTW, które linie sprzedają taki
jednorazowy bilet na lot dookoła świata?

A może to były bilety na stację orbitalną?

Skąd on je miał ? – zadawałam sobie ciągle to pytanie, może nie zdążył ich
wykorzystać?
No, raczej zużytych by nie podarował.
I dał im bilety wystawione na swoje nazwisko? A to
mi dobroczyńca!

Justin do tego wyjął jakiś list, chciałam go przeczytać ale się upierał,
wiem tylko że Tyler napisał coś osobistego, coś co Justin mógł zobaczyć. Miałam
mieszane uczucia co to tego.
Zważywszy na jego przedśmiertne wyznanie, wcale się
nie dziwię.

Gdy tak rozmyślałam Chris wszedł do nas do pokoju i powiedział do
Justina:
-Tyler chyba oszalał, zobacz co mi dał -Mówił machając kluczykami.
Pobiegliśmy za Chrisem na dół, weszliśmy do garażu a tam niebieski motocykl…
Otworzyliśmy pudełko, a tam bździągwa…

-Wiedziałeś że Tyler … -Nie zdążyłam dokończyć zdana a on już odpowiedział,
-Wiedziałem
Justin od razu zmienił temat, zrobił się jakiś dziwnie czerwony, ale nie
pytałam o co chodzi.
Hehe.
Mistrzyni strusiej polityki, kurza nać. Nigdy o nic
nie zapyta, nigdy niczego nie wyjaśni.

Za to bardzo wiele się domyśla.

Justin zaproponował abyśmy się odstresowali, i
myśleli przez jakiś czas o tych dobrych sprawach. Przeszliśmy się na miasto,
chodziliśmy po sklepach. Po jakimś czasie znaleźliśmy piękne koszule męskie i
damskie. Kupiliśmy sobie takie same.(męską i damską) Koszule były w kratkę,
miały kolor turkusowo-szary. Zapłaciliśmy za nie i postanowiliśmy wracać do
domu. Na jakiś czas na prawdę zapomniałam o moich problemach i to było
wspaniałe.
Choć zgasłeś młodo, kochałeś szczerze,
Nie licz na wdzięczną pamięć, Tylerze.
Starczą zakupy, nowa koszula,
By pocieszyła się wnet Izula.

[Izabelka z Justinem wybierają się na wycieczkę
rowerami... aż tu WTEM!]

Gdy jechaliśmy tą piękną drogą, zatrzymaliśmy się,Mocno go przytuliłam, z
oddali zauważyliśmy jakichś ludzi, szli w naszym kierunku, nie zwracaliśmy na
nich za bardzo uwagi. Jeden z nich zaczął coś do nas mówić. Wyszłam z objęć
Justina, wydawali mi się jacyś podejrzani, było ich 6, mogli mieć po 26 lat.
Każdy osobnik powyżej dwudziestki automatycznie
jest podejrzany!
No to na rowery i w długą, głupki!
Gdy człowiek przekroczy 25, dostaje jakichś
znaków szczególnych? Pieprzyków? Różowych brwi? Trzeciej nogi?
Zmarszczek. Potwornych, głębokich
zmarszczek.

Nagle jeden z nich popchnął Justina. Chciałam się wycofać, ale Justin
rzucił się na nich, on był tylko jeden na ich sześciu.
Trzeba było mu pomóc, a nie stać i biadolić.

Zaczęłam płakać, nie wiedziałam czego od nas chcieli. Nagle jeden z nich
powiedział:
-Dawajcie lepiej kasę. – Krzyczał jeden z nich wyciągając nuż z kieszeni.
A nuż posłuchają!
Aż się zdziwiłam. Myślałam, że chcieli się z Izą
umówić.

Jak to, nie chcieli? Z IZĄ NIE CHCIELI?!

[Bandziory kroją ich z kasy i komórek, i
uciekają.]

Gdy się uspokoiłam i tak byłam roztrzęsiona. Cały
czas o tym myślałam. Nigdy nie myślałam że takie coś mi się przydarzy.
Justinowi na szczęście też nic się nie stało, oni mogli nam coś zrobić, mieli
nóż…
To interesujące, jak jej się włącza tryb
błędów ortograficznych w momencie, gdy wzrasta tempo akcji w opku – a gdy się
uspokaja, wszystko wraca do normy.


Belcia i Justin wracają do domu, postanawiając nic
nikomu nie mówić, a następnego dnia wybierają się na plażę.
Dodajmy, że Iza oczywiście wzięła kąpiel, oraz,
że raz dwa o całym wydarzeniu zapomniała, bo czym tu się w sumie przejmować.
Fakt. Zdecydowanie bardziej przejmowała się,
że Krzysio się dowie i będzie zły.

Nagle poczułam że ktoś stoi nade mną, czułam na sobie czyjś cień.
Owinął się wokół niej na kształt i podobieństwo
ciężkiego kożucha.

-Hej mógłbym się przysiąść ? -Spytał tajemniczy chłopak
-Jasne, siadaj.
Usiadł koło mnie i patrzył w stronę wody. Z twarzy był podobny do Tylera, miał
dłuższe czarne włosy i zielone oczy, myślę że w innym świetle były by zielone.(a tak normalnie to zielone?) Tyler miał twarz
cudzoziemca trochę
ZONK!
Tyler miał twarz cudzoziemca. To znaczy jaką?
Zważywszy, że akcja opka toczy się najprawdopodobniej w Ameryce, tym
gigantycznym, wielonarodowościowym tyglu?
Miał szpiczaste uszy. I kły.
I był zielony.
Hulk?

, ten miał zwykłą ale bardzo ładną twarz.
-Jestem Steven – Powiedział podając mi rękę.
-Isabell – mówiłam wyciągając rękę w jego stronie.
Steven miał 18 lat, siedzieliśmy sobie do puki Justin nie spojrzał w naszym
kierunku.
Wtedy natychmiast poderwali się, stając na
baczność.

Spojrzenie Justina wprowadziło ich w niezły popłoch.
Bo on przedtem mieszkał w lochach na Krzywym Kole.

-Co to za jeden ? Dziwnie się patrzy w naszym kierunku -Spytał Steven
-To Justin mój chłopak.
W tym momencie Justin szedł w naszym kierunku. Steven powiedział szybko nazwę
jednej z kawiarni i godzinę, powiedział że zaprasza mnie na kolację, gdy Justin
stał już koło mnie Stevena już nie było.
A to się uwinął, skubany!

-Kto to był -Pytał zdenerwowany Justin
-Steven dosiadł się na chwilę.
Nie bij! Justin, proszę, nie bij!

Zebraliśmy się i ruszyliśmy do domu, cały czas myślałam o spotkaniu z Stevenem,
miało być dzisiaj ale nie jestem pewna co do tego.
A może jutro, a może za tydzień?
Idzie z miłością jej życia przy boku, ale wciąż myśli
o nowym?

 


Postanowiłam jednak że pójdę na spotkanie, weszłam do Justina do pokoju,
przebudził się ale był zaspany, nagle spytałam:
-Słuchaj chciała bym się spotkać ze Stevenem dzisiaj, jeśli nie chcesz to nie
pójdę.
-Idź, zamknij tylko drzwi na klucz – Mówił jakby nie świadomy
Oczy miał szkliste, mówił jak w transie. To
nawiedził go duch Baby Wangi. Gdyby Izie nie spieszyło się tak bardzo na randkę
ze Stevenem, dowiedziałaby się, kiedy nastąpi koniec świata! A tak -
przepadło…

[W kawiarni ze Stevenem]
Dziwnie się trochę czułam w jego obecności, nagle on powiedział:
-Myślałem że już nie przyjdziesz.
-Nie spóźniłam się przecież – Mówiłam z uśmiechem.
-Ale myślałem że nie weźmiesz sobie na poważnie zaproszenia na plaży.
Cóż. BoCHaterce w ogóle nie przychodzi do
głowy taka myśl rewolucyjna, że mogłaby się NIE zgodzić na spotkanie z byle
plażowym podrywaczem.

Nie no, jak to nie zgodzić się. Steven pięknie Izę
prosi, strasznie żal Stevena… Izie…

A Tyler już pod kurhankiem.
Otóż to.

-Czemu tak szybko się zmyłeś? – Spytałam
-Nie chciałem konfliktu z Twoim chłopakiem.
Już pewnie słyszał, że Justin najpierw bije, później
mówi.

A jeszcze później śpiewa i to jest najgorsze.
Swoją drogą, najkomiczniejsze jest to, że taki
dzieciak jest bohaterem tak szaloonej historii miłosnej :D


Rozmawialiśmy ze Stevenem z pół godziny, wymieniliśmy się numerami telefony,
całkiem miły z niego gość. Nagle on powiedział:
-Czy to czasem nie Twój chłopak tam stoi ?
-Gdzie ?
-No patrz za oknem!
No i szlag trafił misterny plan Stevena. Zatarg
będzie.

Normalnie mnie zamurowało, Justin stał i gapił się na nas zza szyby kawiarni, zrobiło
mi się głupio, widziałam że był wkurzony ale nie wiem z jakiego powodu pozwolił
mi tu przyjść…
Ja też nie wiem, z jakiego powodu pozwolił jej tam
przyjść. Zdaje się, że Isa żadnego powodu nie podawała.

Powiedziała „chciałabym” i to wystarczy :)

Nie mogłam udawać że go nie widzę, przeprosiłam Stevena i wzięłam swoje rzeczy.
Fajnie musiał wyglądać taki wpieniony Justin
wgapiający się przez szybę z żądzą mordu w oczach.

Ruszyłam w stronę Justina, od razu gdy wyszłam zaczął robić mi awanturę.
-Myślisz że możesz za moimi plecami spotykać się z jakimiś chłopakami?
-Ale to nie tak, Ty o tym wiedziałeś… A tak poza tym to było spotkanie
przyjacielskie.
-Weź już nie kręć!
-Justin kocham tylko Ciebie! Przecież wiesz o tym.
-Dobrze, ale nie przypominam sobie żebyś mi mówiła coś o tym spotkaniu…
To skąd wiedział, gdzie ich szukać?
Pamiętasz, jak podarował jej bransoletkę?
Tam musiał być zamontowany GPS!

Ot, chitreńki!

-Przysięgam mówiłam, leżałeś wtedy w łóżku i kazałeś mi zamknąć drzwi na klucz.

-Nic sobie takiego nie przypominał ale Ci wierze! -Mówiąc to pocałował mnie.
Justin wziął mnie pod rękę i zaczęliśmy iść. Spojrzałam jeszcze przez szybę na
Stevena, nie był zachwycony całą tą sytuacją.
Dla odmiany mamy tutaj syndrom Róży Pyziak -
bezwolnego cielęcia idącego za tym, kto ją sobie w danym momencie weźmie.

Justin zaproponował abyśmy się przeszli, na powietrzu było przyjemnie. Szliśmy
cały czas przed siebie.
A czasami też za siebie. I co kilometr mały skok w
bok.

[No i tak szli, szli, aż się zgubili] [pewnie się zamyślili]
Każdy chciał iść w inną stronę, ale zdecydowaliśmy się iść w moją. Szliśmy
chyba z dwie godziny, byłam bardzo zmęczona, a nadal nie wiedzieliśmy gdzie
jesteśmy, powiedziałam Justinowi że chce odpocząć. Usiedliśmy na ziemi i
podparłam się ręką o Justina.
-Może przeczekamy tak do czasu aż zrobi się jasno ? – Zaproponowałam
-I tak nie ma chyba innego wyjścia, więc się zgadzam.
Nagle Justin wstał, a ja wpadłam w panikę, podskoczyłam jak poparzona… Coś
miałam pod ręką, myślałam że oparłam się o Justina… To było miękkie i ciepłe.
Justin stwierdził że to była koza…
I w tym momencie zeszłam na zawał ze śmiechu!
W sumie, Justin, koza, co za różnica.
A koza tak sobie czekała, aż ją Izabelka
wymaca. Już pomijając, że kozy nie są miękkie!

[Izabelka i Justin spędzają noc w jakimś pustym
domu, rano próbują złapać stopa, lecz nie udaje im się to, póki - WTEM! - nie
pojawia się Krzysio Ex Machina.]
[prowadzony
bór-wie-jakim-radarem, ale zabiera wycieczkowiczów do domu]

Gdy wstałam od razu poszłam do Chrisa, weszłam do pokoju i zobaczyłam go
leżącego na łóżku zapłakanego…
Chłopaki wciąż płaczą, nananana…

Nie miałam pojęcia co mu się stało, nigdy nie widziałam go w takim stanie. Coś
mi mówiło że Chris chciałby zastać teraz sam więc po ciuchu wycofałam się z
pokoju.
Tup tup, od skraju nogawki aż do paska, bo ten
ciuch to oczywiście rurki były.

Niestety za dwa dni muszę wracać do domu… To tak mało czasu… Ta myśl mnie
dołowała, wrócić do domu a co dopiero iść do szkoły, wytrzymać tyle czasu bez
Justina. Wyjadę a nawet nie wiem kiedy go zobaczę… Justin ma dobrze…
zostaje w tak wspaniałym miejscu, szkołę ma już z głowy
(to ile on ma lat?
Szesnaście, ale rzucił
szkołę dla kariery.)
i zaczyna swoją karierę, to marzenie milionów osób,
w tym też moje… Zawsze uważałam że zazdrość nie istnieje…
Teraz miałam się przekonać, jak błędne było to
mniemanie.

***
Siedząc w kuchni przyszedł Chris [TOPÓR! GDZIE
JEST MÓJ TOPÓR!!!]
, wyjął piwo z lodówki i usiadł na przeciwko mnie.
Nie naciskałam żeby powiedział mi co się stało… Mówił że powie jak będzie
gotowy i wszystko się wyjaśni. Nie zawracałam mu tym głowy i zmieniłam temat,
Jasne. Po co gadać o tobie, skoro możemy o mnie?

[Iza z Chrisem wybierają się na koncert Justina]
Razem z Chrisem poszliśmy na nasze specjalne miejsca. Justina nigdzie nie
widziałam… Gdy zostało 5 minut do koncertu to już był niezły tłum, większość
dziewczyn. Scena nie była aż taka duża. Gdy nagle światło zgasło poczułam
adrenalinę, dziewczyny zaczęły piszczeć, zachowywały się jak jakieś
nienormalne.
Ja zaś stałam spokojnie i godnie, i z wyższością
przyglądałam się szalejącemu tłumowi.

Jako typowej nastolatce, zupełnie niezrozumiały
wydawał jej się ten cały szał na punkcie gwiazdora.


Gdy widziałam ten dziki tłum rzucający się na scenę, myślałam co za idiotki z
nich.
Kretynki! Startują do mojej własności!
A koncert powinien odbywać się w zupełnej ciszy i
spokoju.

[Po koncercie]
Wyszliśmy i aż szczęka mi opadła, Justin miał racje wszyscy czekali przed
wyjściem… Ledwo co przecisnęliśmy się przez ten tłum, Chris wsiadł do auta,
ja powiedziałam że pójdę jeszcze na chwile do Justina i przekaże mu że my
jedziemy do domu. Po raz drugi musiałam się przeciskać przez tłum fanek,
wszystkie tak głośno gadały… Te które stały najbliżej, było widać że takie
lalki mówiły między sobą:
-Ciacho z niego, będę tu na niego czekać, chciała bym żeby został moim
chłopakiem…
Jak to usłyszałam to myślałam że pęknę ze złości. Nagle jej odpowiedziałam:
-Ale on ma dziewczynę… – Zmierzyłam ją
Wzrost: 165 cm, obwód w biuście: 85, obwód w pasie:
60…

„Obwód głowy jak u rezusa, więc i pojemność
mózgu nie może być większa”

„Tani tusz do rzęs, cienie jej obłażą, podkład
się zrolował, nie będzie problemu – prychnęła w duchu Iza.”

-Jasne, ciekawe skąd wiesz.
-Właśnie stoi przed Tobą!
Na kolana, nędzna śmiertelniczko!
A może pozwolę ci ucałować me stopy!

Dziewczynę kompletnie zamurowało, słyszałam jak mnie wyzywała, ale to
już zignorowałam, przed wyjściem robiło się coraz mniej ludzi. Została może
jakaś grupka 10 osobowa. Nagle poczułam uderzenie z tyłu głowy. To były te
dziewczyny co stały przed wejściem. Było ich cztery, złapały mnie i zaczęły
okładać, groziły mi, nagle podbiegł Chris.
-Zostawcie ją! -Krzyknął
-A bo co mi zrobisz – Krzyczała jedna z nich.
Chris na to nic nie powiedział, nie ma zamiaru bić dziewczyn, wyrwał mnie od
tych dziewczyn, ruszyliśmy w stronę samochodu, nagle usłyszałam:
-Dziwka ! – do tego jakieś głupie śmiechy
Nie wytrzymałam podeszłam i strzeliłam jej z pięści w twarz, i pobiegłam do
samochodu,
I nikt nie reaguje, bo przecież takie strzelanie z
pięści całkiem naturalne jest.

Po koncercie, wśród fanek? Normalka, mieszczuchu!
Ochrona tylko obstawia zakłady, kto kogo bardziej sponiewiera.


Justin zadzwonił do nas że już wychodzi. Wyszedł tylnym wyjściem i wsiadł do
nas do samochodu. Gdy wróciliśmy do domu opowiedziałam o wszystkim Justinowi,
wkurzył się na mnie… Mówił że źle zrobiłam.
-Wiesz co ty zrobiłaś – Krzyczał
Zniszczyłaś mój wizerunek! Obraziłaś moje fanki!
Wytwórnia nie podpisze ze mną kontraktu, a menedżer mnie zabije!

[Tymczasem Chris zdradza powód swego przygnębienia.
Mówiąc krótko: Cathy, siostra Tylera, jest z nim w ciąży.]

[Iza i Justin na spacerze]
Będąc w parku usiedliśmy na pierwszej wolnej ławce, lekką ją wytarłam i
usiedliśmy. Justin przewiesił przeze mnie rękę. Położyłam głowę na jego
ramieniu. Siedziałam i wpatrywałam się w bawiące dzieci, myślałam cały czas o
Chrisie. [Aaaaa! Myślozdrada!] Gdy
wpadłam w jakiś trans (mówiłam, że jogini),
zamyśliłam się, jakieś dwie dziewczyny podeszły do nas i spytały Justina o
autograf, widziałam że krzywo się na mnie patrzą.
-Podpisał byś nam nasze koszulki? – Mówiła jedna z nich wyciągając z torby
koszulki.
Dziewczyny patrzyły na mnie tak jakby chciały mnie zabić, dziwne uczucie.
Przyzwyczajaj się, dziewczyno celebryty…

-Nie! – Powiedział Justin
Co mnie bardzo zdziwiło, lubił swoich fanów, nie miał ich jeszcze tak dużo, ale
wiem że dawał już autografy. Dziewczyny zrobiły miny jakby miały się rozpłakać.

-Dlaczego?
-Jestem z dziewczyną, nie mam czasu! (ta kaligrafia
zajęłaby mu parę godzin)
– Mówiąc to namiętnie mnie pocałował
Dziewczyny odeszły, miny im zbledły.
Usta zbladły i zatarł się ich kontur, oczy też były
ledwie widoczne.

Zdziwiły mnie jego słowa i to co zrobił, myślałam ze chce się ukrywać.
Najwidoczniej nie ma zamiaru tego robić.
Nie ma zamiaru tego robić, bo już żeś wszystko
wypaplała, boChaterko.

[A ponieważ serwisy plotkarskie nie śpią...]

Serce mocniej mi zabiło. Na stronie internetowej pisało że Justin ma
dziewczynę, chodziło o mnie, ale kolejna część mną wstrząsnęła. Jacyś ludzie
wypowiadali się na mój temat, w ogóle mnie nie znając, padło wiele obraźliwych
słów, to nie było miłe.
-Jak oni mogą ? -Spytałam ze łzami w oczach…
-Niestety tak już jest, oni tacy są każdego krytykują żeby go zniszczyć,
myślisz że o mnie nie pisali? Powinniśmy się cieszyć że to rozpowszechni się na
małą skalę.
Bo to taki lokalny internet, o zasięgu jednej
wioski.

Intranet!
Mnie to ciekawi od strony technicznej – Justin
pozakładał jakieś blokady, czy co?

Dla Ciebie będzie dobrze ponieważ wracasz do domu a to bardzo daleko. Tam
nic o tym nie będą wiedzieć.
Już wiem, Belcia mieszka w Chinach, tam nawet Gugla
cenzurują.

Chwilę później wyszłam do swojego pokoju, i położyłam się spać, leżąc znów
patrzyłam się bez celu w sufit. To była ostatnia noc tutaj… Zdążyłam
przywiązać się do tego miejsca, spotkało mnie tu wiele miłych chwil, mam
nadzieje że wrócę tu jak najszybciej.
Jak się tak spojrzy wstecz – to była to choroba i
ekspresowa śmierć napromieniowanego Tylera, kłótnia z matką Justina, napad
podczas rowerowej wycieczki oraz kilkunastogodzinne poszukiwanie drogi do domu.
Jak ona to milo wspomina, to nic dziwnego, że po śmierci matki otrząsnęła się
jak kaczka z wody :D

I bójka z fankami Justina na koncercie, i
obsmarowanie jej na portalu…

[w samolocie]
Wzięłam łyk herbaty i przypomniało mi się że Justin dał mi prezent, wyjęłam go
z torebki i przez chwilę wpatrywałam się w niego. Po chwili namysłu odwiązałam
kokardę i otworzyłam go, gdy go zobaczyłam buzia otworzyłam mi się z
wrażenia…

Wyjęłam jego zawartość. Był to śliczny srebrny pierścionek z fioletowym
brylantem.
Czy widuje się fioletowe brylanty?
Nie, nie ma fioletowych brylantów :) A swoją drogą
jaka ohiiiizda, srebro łączyć z brylantami?!
Może to było białe złoto? *ma nadzieję w
oczach*

Nie noszę biżuterii ale pierścionek był na prawdę delikatny. Gdy go
włożyłam zauważyłam wygrawerowany napis. ,,Dla najcudowniejszej dziewczyny.
Justin”
Albo to był pierścień, taki od kajdanów, albo
boCHaterka ma cholernie dobry wzrok – taki długi tekst na pierścionku musiał
być wygrawerowany mikroliterkami.

No, na pewno jest duży. Założę się, że ma w sobie
mikronadajnik. W końcu Justin musi kontrolować Belcię 24/7.

Od razu pokazałam go Chrisowi. Zdziwił się że Justin kupił mi coś takiego, ale
mi bardzo prezent się podobał. Wypiłam moją herbatę i rozsiadłam się wygodnie.
Zamknęłam oczy i starałam sobie przypomnieć wszystkie najwspanialsze chwile
spędzone z nim. Jednym okiem spojrzałam na Chrisa on również miał zamknięte
oczy.
I też przypominał sobie wszystkie najwspanialsze
chwile z Justinem.

Przerażało mnie tylko to że wracam do normalnego życia, które nie było takie
kolorowe.
Szkoła. Koleżanki. Nauczyciele. Zakupy. ZGROZA.
Jaka tam zgroza. Tylko proza.
Lepiej jeździć po pijaku, leżeć w śpiączce, patrzeć na
śmierć kolegi i lać po twarzy matkę Justina.

-Jak było – Spytał tata
-Czułam się jak we śnie, było wspaniale, spełniło się moje marzenie.
-Cieszę się! -Mówił tata przytulając mnie do siebie.
Nagle mama Chrisa spytała:
-A Tobie jak się podobała podróż?
-Bardzo, poznałem miłych ludzi i miło spędziłem tam czas, mam nadzieje że
jeszcze kiedyś tam pojadę.
Niektóre z tych miłych osób poznałem lepiej, czas
spędziłem jeszcze milej, no i teraz jedna z tych osób jest w ciąży.

A druga nie żyje.

Dwa Miesiące później.
Cały czas szkoła… Powoli zaczynam wątpić w to co robię… Codziennie gdy
wracam do domu chce mi się płakać, jest mi tak ciężko. Z Justinem rozmawiam raz
na 3 dni. On ma dużo pracy. Martwi mnie to kiedy się spotkamy, kiedy? Tego nikt
nie wie. Bardzo źle się z tym czuje. Moja miłość nie gaśnie, ale każdego dnia
zmienia się coś w moim życiu. Teraz muszę podejmować ważne decyzje w moim
życiu.(Jakie, na bora, jakie? W co się ubrać rano?
Przepraszam, CO UBRAĆ rano!
No!)

[Z tęsknoty za Justinem Belcia dostaje depresji,
nie je, nie chodzi do szkoły. Tato z Chrisem szukają rozwiązania]

-Tak jak mówiliśmy, mamy dla Ciebie wiadomość…
-Jaką ?
-Pamiętasz te bilety które dostaliście z Justinem od Tylera ?
-Tak, a co to za różnica…
-No duża różnica… Lecicie na tą wycieczkę za 5 dni.

Humor poprawił mi się natychmiastowo, coś jakbym narodziła się na nowo. Taka
podróż odmieni moje życie, jeszcze tym bardziej że z nim.
Uhm, żeby ci się nie odmieniło tak, jak Cathy ;)

Szkoła mnie nie obchodzi, fakt mam słabe oceny, ale
tym się nie martwię.
Pewnie, po co. Przecież cię nie wywalą, prawda?

Ustaliłam z Justinem że spotkamy się na lotnisku. Niestety na miejscowe
lotnisko odpadało. Za mało wytworne dla lokalnego
celebryty i Mary Sue?
Nie mają dość wielkiego
samolotu na jej aureolę.
Musiałam
dojechać 100kilometrów, ale tata nie kazał mi się o nic martwić, kazał mi
cieszyć się życiem.
Taka 100-kilometrowa podróż to musi być dopiero
masakra, wyprawa pewnie na trzy dni.

***
W dzień wyjazdu byłam bardzo podekscytowana. Uśmiech miałam na twarzy od samego
rana. Na samą myśl miałam motylki w brzuchu. Nie miałam dużego bagażu. Chris
również chciał odwieźć mnie na lotnisko. Wsiedliśmy wszyscy do samochodu. Cała
jazda mi się dłużyła… 100 kilometrów to sporo. Gdy w końcu dojechaliśmy od
razu musiałam pożegnać się z chłopakami, podziękowałam im jeszcze raz i poszłam
na lotnisko. Oni nie mogli ze mną tam być, musieli jak najszybciej wracać.
A co, zostawili garnek na gazie?

Weszłam na lotnisko które było ogromne, dużo większe niż to u nas.
Rozejrzałam się dookoła. Justina nigdzie nie było widać. Nagle zadzwonił
telefon, był od Justina.
-Gdzie jesteś ? Ja już czekam na lotnisku.
-Ja jestem w domu…
Serce mi podskoczyło… Miałam już łzy w oczach gdy poczułam znajomy zapach.
Byłam w objęciach Justina…
Najbliżej stojący pasażerowie zatykali sobie nosy i
usta.

Justin woniał jak świeżo przekrojona cebula.

Nie mogliśmy przestać patrzeć sobie w oczy. To było takie wspaniałe czując
swoją obecność [TU JUŻ NAWET I TOPÓR NIE POMOŻE].
Nie mogliśmy się powstrzymać, cały czas się całowaliśmy, nie patrząc na to że
tyle ludzi dookoła.[ani na wielkie napisy: lot dookoła
świata: last call!]
Po jakimś czasie musieliśmy przestać, trzeba było
iść do odprawy. Szliśmy trzymając się za ręce, nie zwracałam uwagi na nic…
Dosłownie… Justin doprowadza mnie do takiego stanu w którym tylko on się
liczy, nie da się opisać tej więzi.
Nie żeby przedtem jakoś specjalnie zwracała uwagę
na to, co dzieje się wokół niej…

Będąc w samolocie byłam wtulona w jego ciało.
Będąc młodą lekarką, przyszedł raz do mnię
pacjent…

Czułam że jestem całkiem inną osobą, przy nim zapominam o moich problemach.
Jest jak lekarstwo…
Jesteś lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły
rok…

Wstałam i usiadłam Justinowi z przodu na kolana.
To mnie intryguje. Znów podkreśla, że „z
przodu”. Jak się siada na kolana z tyłu?!

Może jej chodzi o to, że można siąść twarzą do siebie,
albo tyłem – czyli pokazać mu plecy?

Chyba że tak. Albo Justin ma stawy ruchome we
wszystkich kierunkach.

Przytuliłam i tak siedzieliśmy przez jakiś czas. Nagle Justin powiedział:
-Widzę że nosisz pierścionek ode mnie.
-Zawsze! -Odpowiedziałam patrząc mu głęboko w oczy.
Położyłam głowę na jego ramieniu i zamknęłam oczy, czułam zapach jego ciała… Wokół nas było dziwnie pusto. Minęło
kilkanaście minut a ja zasnęłam w jego ramionach. Lot trwał dobrych parę godzin
ale przespałam cały. Wydawało mi się że to wszystko sen…
-Obudź się – Mówił Justin całując mnie w policzek
-Co jest? – Spytałam zaspanym głosem
-Lądujemy…
A mnie tak cholernie zdrętwiało ramię!

Zdziwiłam się że przespałam cały ten czas. Nawet nie czułam wstrząsów. Minęło
parę minut i wylądowaliśmy. Wysiedliśmy z samolotu i od razu poszliśmy w stronę
wyjścia. Czułam inne powietrze… Całkiem inaczej się czułam. No ja się proszę was nie dziwię – nareszcie powietrze, a
nie cebula!
Gdy wyszliśmy spytałam:
-Dokąd idziemy ?
-Mamy zarezerwowany pokój w hotelu, jest nie daleko lotniska. -Mówiąc złapał
mnie za rękę.
To było duże miasto, było dosłownie wszystko. Nie zdążyłam niczego obejrzeć
*pada w nieprawdopodobnym paroksyzmie śmiechu*

ponieważ hotel był kilka metrów od lotniska,
Obito go pluszem, żeby lądujące samoloty nie
traciły świateł pozycyjnych przy szorowaniu skrzydłami o ściany.
Ach, ten romantyczny nastrój przy odgłosach
startu i lądowania!
I zapach spalin o poranku.

[Justin i Belcia wyruszają na wycieczkę
krajoznawczą]

Ogólnie było już ciemno, ale miasto było prześliczne.
Te budynki, które ledwo było widać, ludzie w półmroku,
fontanny w ocienionych mrokiem parkach.

Złapałam Justina za rękę i ruszyliśmy w nieznane. Przez kilka godzin
chodziliśmy i zapoznawaliśmy się z całą tą okolicą. Po pewnym czasie mieliśmy
już dość, byliśmy zmęczeni, więc usiedliśmy na pierwszej lepszej ławce.
Położyłam głowę na ramieniu Justina.
-Kocham Cię – Powtarzał Justin.
Cały czas jeździłam palcami po jego włosach, były niesamowicie gładkie.
Widać używał Pantene ProV!
Albo brylantyny?
Stawiam na jedwab w płynie.

W końcu musieliśmy wracać do hotelu, wstaliśmy i ruszyliśmy w jego
stronę, był tak wielki że było go widać z bardzo daleka, więc zgubić się nie
da.
A gdyby jednak, kierujcie się na lądujące samoloty.

Po drodze weszliśmy do knajpy i kupiliśmy sobie po coli. Zapłaciliśmy i
wyszliśmy, idąc podbiegła do nas grupka dziewczyn… Dlaczego akurat w takiej
chwili… To były jego fanki.
-Proszę daj nam autograf! – Krzyczały
-Przepraszam was ale teraz spędzam czas ze swoją dziewczyną.
Przedarliśmy się przez tą bandę dziewczyn, szli za nami kilka metrów, Justin
zaczął je ignorować i same się rozeszły.
Ee, mało wytrwałe, jak na fanki.
Jaki idol, takie fanki!

-Nie przejmuj się tym…
-Nie przejmuje ale zaczyna mnie to irytować, jeśli to będzie się nasilać nie
będziesz miał życia prywatnego.
-Wiem…
-Nie przeszkadza mi to że robisz karierę, ale kocham Cie i chce spędzać z Tobą
czas, tylko z Tobą. [A także chcę, żebyś ty spędzał
czas TYLKO ze mną.]

Po tych słowach Justin dał mi buziaka, złapał mnie rękoma i podniósł do góry.
Na rękach zaniósł mnie do hotelu. Nic dziwnego, ma już
chłopak wprawę
.Odebraliśmy nasz klucz i poszliśmy do apartamentu. Mieliśmy
mały problem z otworzeniem drzwi ale po kilku chwilach się udało. Gdy
otworzyliśmy drzwi bardzo się zdziwiłam, to nie był codzienny widok….

Justin dziwnie na to zareagował. Zmarszczył czoło i otworzył usta. I wyglądał jak stary pawian. To nie był nasz
apartament… Zastaliśmy tam nagą parę… Przeprosiliśmy i wyszliśmy, od razu
zaczęłam się śmiać. Złapałam się za głowę, po prostu nie mogłam się opanować…
Ich miny były bezcenne.
Twoja też by była, dzieciaku, gdybyś znalazła się
na ich miejscu.

Z Justinem włączyliśmy sobie film na wielkim telewizorze. Położył rękę na moim
brzuchu [film czy telewizor?] i jeździł
po nim w górę i w dół. W połowie filmu dostałem telefon, to znowu był Steven…

-Nie odbieraj… -Mówił Justin.
-Ale muszę.
Gdy to powiedziałam Justin wyrwał mi telefon z ręki i odebrał,
Kurde, coraz bardziej mi szkoda tego dziecka, jest
normalnie ubezwłasnowolniona przez swoich, pożal się Boru, samozwańczych
opiekunów.

Nic się nie odzywał chciał sprawdzić co Steven powie. Wkurzyło mnie to…
Nagle Justin słuchając Stevena spojrzał na mnie z przymrużonymi oczami. Wstał z
łóżka i wyszedł z apartamentu do tego trzaskając drzwiami…
Ech ci ludzie, to brudne świnie, co napletli o
mojej dziewczynie,
Jakieś bzdury o jej nałogach, no po prostu litość i trwoga!

Nie miałam pojęcia o co chodzi… Wyszłam za Justinem i złapałam go za ramię.
-Co się dzieje ? – Mówiłam bojąc się że Steven nagadał czegoś Justinowi.
-Zabije go normalnie! – Mówił wkurzony
-Ale co się stało, chodzi o mnie ?
-W pewnym sensie, on wiedział że ja odebrałem
[Wyczuł to szóstym zmysłem?!]
i specjalnie to powiedział. -Mówił z taką
nienawiścią w oczach.
-Ale co ?
-Nie ważne skasuj jego numer…
-Justin ważne !
-Ale to była informacja dla mnie, proszę nie mówmy już o tym.
Ależ intryga, mujeju! Dzwonić do dziewczyny mając
nadzieję, że odbierze jej chłopak?

A jak! W żadnym serialu jeszcze tego nie widziałam!

Posłuchałam go i skasowałam numer do Stevena.
Obmyśliwszy ten przebiegły plan Justin był pewien, że
Steven już nigdy, przenigdy! nie zadzwoni do Belli.

Jeśli Justin tak mówi to tak robię, wiem że on zrobił by to samo.
Grzeczna Belcia, posłuszna Belcia, masz tu psie
ciasteczko.

Nie uważacie, że ona IDEALNIE nadaje się na ofiarę
przemocy w rodzinie? To wieczne poczucie winy, to posłuszeństwo, totalna wręcz
inercja w kontaktach z ludźmi, brak zainteresowań, otępiałość…


[WTEM! Ni z tego ni z owego, tuż po
romantycznej kolacji, Justin przekazuje Belci tragiczną wieść, że mogą nie
zobaczyć się nawet pół roku. On musi pracować i robić karierę, a podróże są
kosztowne. Po obowiązkowej dawce histerii i płaczu,
gdy najpierw go przekonuje, że wytrzymała dwa miesiące
rozłąki, to i dwa następne wytrzyma, ale pół roku to już dla niej jest koniec
świata i pragnie umrzeć,
Belcia godzi się z
losem „bo i tak nie ma innego wyjścia”]

Podczas gdy my jedliśmy przyszedł pokojowy i kazał
się wstawić przy recepcji za 10 minut.
To jakaś nowa oferta hotelowa – wypij z
recepcjonistą? W sumie fajnie, ale Iza jest nieletnia!

Fajna ta recepcja! Każdy hotel powinien taką mieć!

Podeszłam do recepcjonistki.
-Twój ojciec zostawił dla Ciebie wiadomość. -mówiąc to podała mi kartkę.
Otworzyłam ją i po przeczytaniu kawałka kartka spadła mi na ziemię…

Coś się wydarzyło… Ojciec pisał mi abym jak najszybciej wracała do domu, że
to ważne. Ta wiadomość była dla mnie najgorsza. Chciałam spędzić ten czas z
Justinem a tu muszę wracać… Najgorsze było to że nie wiedziałam jak Justin
zareaguje.
Może strzelić focha, albo co gorsza z liścia.
Albo z nią zerwać.
Pal licho domowe katastrofy, ale co na to Justin,
co Justin?!

Łzy napływały mi do oczu, jakoś udało mi się powstrzymać od płaczu.
Pobiegłam do góry, weszłam do apartamentu i spojrzałam na Justina siedzącego na
krześle. Spojrzał na mnie kontem oka i zapytał:
-Coś się stało ?
-Tak!
Justin wstał i podszedł do mnie.
-Muszę wracać dzisiaj do domu… Coś się wydarzyło.
-Dzisiaj?! Dlaczego?
-Nie mam pojęcia, ale na prawdę muszę.
Bo oczywiście tatuś nie napisał CO właściwie się
stało, a w hotelu telefonów nie mają…
Komórki też potraciły magicznie swój zasięg.
Uwaga Uwaga! Isabella Iksińska, przebywająca na
wycieczce wraz ze swoim chłopakiem właściwie nie wiadomo gdzie, jest proszona o
pilny powrót do domu w ważnej sprawie rodzinnej.


Było mi przykro i bardzo mnie to bolało że muszę wracać. Ale przeczuwam że
stało się coś złego inaczej tata nie chciałby abym wracała, sam mi załatwił
wyjazd. Do końca dnia siedziałam wtulona w Justina, zawsze chciała bym aby był
przy mnie. Byłam już spakowana, czas leciał tak szybko. Znieśliśmy moje torby
na dół i zadzwoniliśmy po taksówkę. Czekaliśmy 5 minut i już jechaliśmy, Justin
upierał się przy tym że chce mnie odwieźć na lotnisko.
Z tego hotelu, który stoi „kilka metrów od
lotniska”?

[Po powrocie]

Na lotnisku czekała na mnie już cała ekipa. Gdy jechaliśmy samochodem nie
chciałam ich wypytywać co się stało. [standard...]
W domu zaniosłam moje rzeczy do pokoju. Zeszłam na dół i podeszłam do taty.
-Powiesz mi co się stało ?
-Dzisiaj się prześpij widzę że jesteś zmęczona, jutro porozmawiamy.
Tja. Superważna sprawa, która wymaga
natychmiastowego przyjazdu, której nie można omówić przez telefon – i nagle
okazuje się, że można ją spokojnie odłożyć do jutra, tja.

Iza musi zresetować mózg, inaczej nie da rady.

-Tato wyjaśnisz mi to wszystko ?
-Tak, ale nie będziesz z tego zadowolona, nie wiem jak to się stało ale… Nie
mam pojęcia jak mogło do tego dojść…
-Mów !
-Wyrzucili Cię ze szkoły…
Nosz biurwa żeż mać, i po to ściągali ją z
wymarzonego wyjazdu, w dodatku nie zdradzając o co chodzi? Zrobiłoby taką
wielką różnicę, jakby wróciła te – policzmy – trzy dni później?

Wzięłam od niego list i otworzyłam go. Faktycznie… Zostałam skreślona z listy
w tej szkole. Czułam się fatalnie z tą myślą.
A jeszcze nie tak dawno nienawidziła szkoły i nie
przejmowała się, że ma słabe stopnie.

Teraz musiałam pomyśleć co zrobić ze szkołą… W
szkole w której byłam był dość wysoki poziom i wydaje mi się że powrót do tej
samej źle się by skończył.
Skreślili ją, ale może wrócić???
No i właściwie za co ją wywalili? Szkoła
jest tak rygorystyczna, że nie daje szansy uczniom, którym chwilowo gorzej
idzie? Może to taka metoda na wysokie miejsca w rankingu – wywalać wszystkich
słabszych, niech zostaną same orły?


[Belcia plotkuje z Emily]
-Ostatnio zaczęłam interesować się Justinem… Oczywiście nie w tym sensie
jakim myślisz. Ale jego życie jest dość ciekawe. Słuchaj nie obrażaj się za to
ale muszę zadać ci to pytanie.
-No okej pytaj…
-Czy Ty i Justin… No czy wy jesteście jeszcze razem ?
-Ty jeszcze pytasz… Pewnie że jesteśmy. -Skąd ten pomysł.
-Po prostu nie byłam pewna, zobaczyłam coś co wydawało mi się być dziwne…
-Ale gdzie ? – Pytałam zaciekawiona
-W telewizji… Nie chciałam Ci tego mówić, dlatego też zwątpiłam czy jesteście
nadal razem.

Emily wstała i podeszła do swojego komputera, powiedziała że nagrała ten filmik
i chce mi go pokazać, tylko nie była pewna czy ja jestem na to gotowa. (…)
Weszła jakaś dziewczyna z mikrofonem, zaczął śpiewać z nią jakiś kawałek który
słyszałam pierwszy raz… Na końcu podeszli do siebie. Ta dziewczyna złapała go
za głowę i przyciągnęła do siebie… Filmik trwał jeszcze 3 minuty ale Emily go
wyłączyła powiedziała żebym dalej nie oglądała…
Bo co, bara-bara na scenie było, czy co?

Musiałam to obejrzeć, popchnęłam ją i włączyłam go do końca… Myślałam że mi
serce pęknie, on mnie oszukał…
Ale COOOO tam BYYYYŁOOOO?

Pocałowali się…
Aaaaaa! *Kura zasłania oczy i trwa w zgrozie*
Mnie z tej zgrozy nawet sił na okrzyk zabrakło.

Ustaliłam że po powrocie do domu zadzwonię do niego. Gdy się uspokoiłam
wróciłam do domu, od razu złapałam za telefon. Zobaczyłam że Justin chciał się
ze mną szybciej kontaktować. Wybrałam do niego numer i zadzwoniłam.
-Cześć.
-No cześć, słuchaj musimy sobie coś wyjaśnić, nie wiem co mam o tym wszystkim
myśleć?
-Wyjaśnię Tobie wszystko jutro. Musimy pogadać, więc Jutro w południe bądź w
domu, wpadnę do Ciebie.
Teleportuje się?! Toż do cholery jasnej, cały czas
było podkreślane, jak daleko są od siebie, ile czasu zajmuje podróż, a jaka
jest kosztowna i w ogóle!

Ciiiii, nie denerwuj się *głaszcze uspokajająco
Kurzy dziobek*

Okazuje się, że dla chcącego nic trudnego.

-Dobrze to do jutra. Cześć
Dlaczego nie powiedział mi szybciej że przyjeżdza, czyli wychodzi na to że chce
mi wszystko wyjaśnić. Ciesze się z tego. Nie spodziewałam się jednego… Tego
że tak szybko się zobaczymy.
Nie wiem, czy zdążę się psychicznie przygotować.

Do końca dnia byłam już zamyślona. [hihihihi]
Zadzwoniłam do Emily i wszystko jej wyjaśniłam. Wieczorem ja zChrisem
zostaliśmy zaproszeni do Cathy. Gdy oni sobie rozmawiali jej rodzice
zaproponowali mi odświerzająco-relaksującą kąpiel ze
świerzbem
.
Czyżby chcieli jej dać do zrozumienia, że pachnie
inaczej?

Zgodziłam się i zostałam zaprowadzona do pomieszczenia w którym była wielka
okrągła wanna, ściany miały jasny kolor co dawało wspaniały efekt.
*kwiczy zatykając sobie ryjek raciczkami* To
pomieszczenie nazywa się łazienka!
Hmmm… Jeszcze nigdy, zapraszając gości na
kolację, nie proponowałam im kąpieli. Mam chyba jakieś braki w obyciu…

Jak przyjadę, będziesz miała okazję się
zrehabilitować!

Siedziałam tam chyba z dobre pół godziny, taka kąpiel była mi bardzo potrzebna,
odstresowała mnie. Z Chrisem wróciliśmy dopiero przed północą do domu. Zjedliśmy
u Cathy kolacje razem z jej rodzicami, było na prawdę miło.
Miło, przyjemnie i radośnie, nikt ani słowem nie
wspomniał o tragicznie zmarłym bracie Cathy, po co psuć nastrój?

Właśnie – a gdzie byli rodzice Tylera, gdy ten wił się
w mękach choroby popromiennej?

OdświeRZali się w łazience.

-Justin co się dzieje ? -Mówiąc to spojrzałam mu w oczy
-Przyszłem wyjaśnić coś tylko…
-Na to właśnie czekam…
-To jest koniec. -Powiedział z nienawiścią w oczach.
-Czego ?
-Nas! To nie ma sensu… Chcę zapomnieć. Przepraszam.
W sumie, ma chłopak tę odrobinę klasy, załatwił to
osobiście, nie przez smsa, czy przez komunikator…

Ale jednak z nienawiścią w oczach.

-Przykro mi, na pewno znajdziesz kogoś lepszego niż ja, Ty na mnie nie
zasługujesz… Jesteś za mało kól, trędi i dżezi.
Nie będę wchodził Ci już więcej w drogę.
Justin wyjął notesik i odhaczył trzy Standardowe
Odzywki.
- Cholera, zapomniałem o „Zostańmy przyjaciółmi!” – mruknął.

A gdzie moje ulubione „nie chodzi o ciebie,
chodzi o mnie”?

-Dlaczego Ty to robisz… Chcę z Tobą być !
Justin się obrócił i wyszedł na zewnątrz, wybiegłam za nim ale było już za
późno, wsiadł do taksówki i odjechał, nawet się nie spojrzał. Spadłam na
ziemie, miałam twarz zalaną łzami… Poraz kolejny zostałam zraniona przez
kogoś na kim bardzo mi zależy…
Chciałam zauważyć, że to wciąż jest jedna i ta sama
osoba. Który raz on z nią zrywa, piąty, szósty?

Pierwszy skuteczny.

***

-Isabell co się stało?
-Nie jestem juz z Justinem..
-Cooo ? Jak to ? Dlaczego -[Chris] Zadawał pełno pytań.
-Stwierdził że nie jest dla mnie wystarczającą dobry…
Nie, nie. Stwierdził, że to ty nie zasługujesz na
niego.

On ukradł, jemu ukradli…

Opowiedziałam o całej sytuacji Emily, bardzo mnie pocieszała ale to i tak nic
nie dało, czułam się potwornie. Przecież od dał mi do zrozumienia że nigdy się
już więcej nie spotkamy, byłam bardzo zainteresowana dlaczego tak zrobił?!
Łał! Pierwszy raz w tym opku Izabelka jest
czymś zainteresowana! szok!

Zainteresowała się, bo za bora nie pojmuje, jak ktoś W
OGÓLE może z NIĄ zerwać.

Może miał już kogoś dłużej ? Ale bym się domyśliła. Postanowiłam zadzwonić do
Justina i spytać go o to. Gdy zadzwoniłam okazało się że nie ma takiego
numeru…
Hehe, Justin jest przezorny, wie jaki jest mechanizm
działań u Izy.

… Gdy zadzwoniłam okazało się że nie ma takiego numeru…
… którego Justin by nie wykręcił.


Rzuciłam telefonem o ściene… Zasisnęłam pięści i starałam się aby ta złość
nie wyszła na zewnątrz. Gdyby teraz ktoś był tu obok mnie mogło by się to źle
skończyć. Ta złość mnie dobijała. Jak on śmiał mnie
rzucić, żaden mnie jeszcze nie rzucił!
Miałam ochotę wszystko rozwalić w
promieniu kilometra. Teraz nie mam rzadnego kontaktu z Justinem to jest
koniec…
Ojtam, ojtam, założę się, że nowy trólawer już
czeka za rogiem.

***
Następnego dnia oglądając telewizję znów widziałam Justina, bardzo mnie to
denerwowało, kocham go, chciałam o nim jak najszybciej zapomnieć ale
przypominało mi go dosłownie wszystko i to na każdym kroku.
Wyłączenie TV i radia nic nie dało, bo wyglądał
nawet z lodówki.

Podnosi klapę, a tu Justinek wdzięcznie w kłębuszek
zwinięty.

Widziałam też że Justin z tą dziewczyną są razem ta wiadomość była dla mnie
szokująca, zerwaliśmy a on już kogoś ma… To nie jest sprawiedliwe, przez niego
cierpię… Jak widziałam jak ją całuję… [znaczy
co, sama ma ochotę na pannę Justina?]
Tak jakby nigdy mnie nie znał i
nic do mnie nie czuł… Nie mam pojęcia jak on tak możę… Wszystko co mówił
było jednym wielkim kłamstwem, powinnam go za to nie nawidzić a jednak…
Justin zachowywał się jakby nie miał rzadnych uczuć…
Może po prostu znudziło mu się dźwiganie, noszenie, tulenie, pocieszanie i
milczenie?

Chris był wkurzony na to wszystko ale ja mu nie chciałam dokładać kolejnych
zmartwień więc nie mówiłam mu o wszystkim, ale sam się domyślił że Justina ma
dziewczyne [czy Justina to dziewczyna?
nanananana...]
, Chris najchętniej pojechał by do niego i połamał go.
Ale na całe szczęście to było taaaak straaaaasznie
daleeeeeko i nie miał na bilety.

[Izabelka dla odstresowania idzie na imprezę, gdzie
poznaje niezwykle opiekuńczego Josha, który odprowadza ją do domu, a potem
jeszcze wraca i odnosi zgubioną torebkę. W dodatku doskonale rozumie jej
problemy, ponieważ sam został dopiero co rzucony przez dziewczynę. No po prostu
komunia dusz.]

Wyszłam z Joshem na dwór i podziękowałam za mile spędzony czas. Bardzo miło mi
się z nim rozmawiało, świetny chłopak i do tego wie co ja czuje.
Kurczę, to jakoś taśmowo idzie. Wcześniej taki był Dylan, Justin, Chris, Tyler,
Steven…
A biedna Emi znów w odstawkę.
Bo Emi robi czasami za brzydsze tło, żeby
wszechzajebistość Mary Sue odznaczała się tym mocniej.

Gdy zawiał wiatr jego włosy ładnie rozwiewało na wszystkie strony do tego ten
niewinny uśmiech…
Też mu rozwiewało.

-Jesteś na prawdę w porządku, nie wiem jak ona mogła Ci to zrobić…
-Tak samo myślę o Tobie. Niestety tak jest, wiem że już zawsze będziemy ich
kochać…
-Dokładnie…
Idźcie więc do klasztoru, by tam do końca życia
opłakiwać utraconą miłość. Innego wyjścia nie ma.

Pragnę o nim zapomnieć za wszelką cenę, lecz kochać
będę go zawsze.

[Lecz mimo wszystko Izabelka decyduje się walczyć z
Przeznaczeniem! Trzymamy kciuki!]

Zauważyłam że na ręku ma zawiązany łańcuszek z Literką S. Spytałam go co to,
odpowiedział że razem ze swoją byłą dziewczyną wymienili się. Podeszłam do
Josha złapałam go za rękę i odpięłam łańcuszek.
-Jeśli się tego nie pozbędziesz trudniej Ci będzie zapomnieć.
Zdejmując łańcuszek zdjęłam mój pierścionek który dostałam od Justina. On
właśnie miał mi go przypominać, a ja chciałam o nim zapomnieć. Zaproponowałam
Joshowi abyśmy poszli do pobliskiego strumyka i pozbyli się tych rzeczy.
Hm. Ciekawe, czy to jest to samo Magiczne Miejsce z Wodospadem, gdzie
przychodziła wraz z Justinem?

Stwierdził że to dobry pomysł i ruszyliśmy drogą w jego stronę. Gdy
byliśmy na miejscu dałam pierścionek i łańcuszek Joshowi on spojrzał na nie
zacisnął w pięści, zamachnął się i wyrzucił najdalej jak się dało.
Idźcie precz, zgińcie, zdradziecki Justinie i
Dziewczyno na S!

Uśmiechnęłam się od razu,
No, pozbyła się Dziewczyny na S, można zacząć go
okręcać wokół palca.

wróciliśmy pod dom i tam się z nim pożegnałam dostałam od niego numer
telefonu, powiedział że mogę dzwonić zawsze.
W momencie krytycznym i tak napisze do niej list…

Pod koniec gdy już się obrócił ja złapałam go za ramię, tak jakbym to nie
ja kierowała moim ciałem… Mamusiu, to ty? Chyba
dlatego że chciałam coś sobie udowodnić, że ja też mogę. [nie kierować swoim ciałem?] Podeszłam do
niego najbliżej jak się dało… Spojrzałam w jego ciemno niebieskie oczy,
spojrzałam na usta i lekko zbliżyłam swoje, delikatnie go pocałowałam…
I kolejny zalotnik załapał się do wyścigu.

A gdy już skończone boje,
wodzi Iza dziecię swoje,
na kurhanek w polu świeży,
gdzie tatusiów szwadron leży!

Z tajemniczego Gdziekolwiekbądź
pozdrawiają: promienna Kura, Dzidka idąca impulsową, pełna zgrozy Mikan
oraz Maskotek otoczony wianuszkiem wielbicielek.


Szanowni Czytelnicy! Powitajmy kolejną uroczą parę, o
jakże wdzięcznych i wiele mówiących imionach: Justin i (Iza)Bella. Choć nigdzie
nie jest powiedziane to wprost, okoliczności wskazują na to, że Justin jest
Bieberem, a Bella nie jest TĄ Bellą. Sens i logikę należy, tradycyjnie,
porzucić już u bram, w zamian Szanowni Czytający otrzymają: dużo spacerów, dużo
westchnień, dużo patrzenia w oczy i dużo milczenia, a także podejrzanie wiele
kąpieli – jak nie w basenie, to w wannie, jak nie w wannie, to we łzach
boCHaterki. BoChaterowie nasi uwielbiają siadywać sobie na kolanach od przodu
(także nago) i analizować swe oczy i trzustki od rańca do wieczora i od
wieczora do rańca. Co pięć minut na przemian schodzą się i rozchodzą,
wyjeżdżają i wracają, jeden trólof goni drugiego (także dosłownie), a
wszystkiemu towarzyszy niezwykle efektowny środek transportu – BUS z napędem
warp. Cieszcie się, cieszcie! Analiza w mieście!

Analizują: Dzidka, Mikan i Kura.



http://www.quku.org/magicznie,342.html

Nareszcie pierwszy dzień wakacji. Nie wiem, czemu ale nie cieszyłam się tak
bardzo jak inni chodź długo na to czekałam. Nie miałam żadnych planów na
wakacje. Usiadłam na łóżku w swoim pokoju poczułam, że muszę odpocząć…
Tak się zmęczyłam tym, że usiadłam, że musiałam się
położyć.

Żadnych planów na wakacje, matko, jakie to jest
męczące…

Nagle zadzwonił mój telefon
-Halo
- o Hej – wykrzyknęła Emi
- dzwoniłam do ciebie już dobre 10 razy – powiedziała jakby obrażona
- Po prostu się zamyśliłam – powiedziałam cichutko
A jak się zamyślam, to tak mocno, że możesz
strzelać z armaty, a ja nic nie słyszę, nic!

Bo to jest dwusuw. Myśli-albo-słucha.

- Może wyjdziemy gdzieś dzisiaj? Nie można przepuścić
takiej okazji, w końcu to pierwszy dzień wakacji
- dobrze – zgodziłam się nie chętnie,
- Ok to wpadnę po Ciebie o 19-stej. Cześć
- cześć

Szczerze mówiąc to nie miałam ochoty nigdzie wychodzić,.
Zbliżała się 19.
Jak ten czas szybko leci! Ledwie wstała, już
jest 19.00! No, chyba że wstała o 18.00.

Coraz bardziej nie miałam ochoty nigdzie iść.
Lecz postanowiłam poświęcić się, licząc, że Bór mi
to w trólawerach wynagrodzi.

Przygotowałam się, Było ciepło, więc ubrałam krótkie szorty i luźny fioletowy
t-shirt.
Ubrała się też niechętnie.
Nie „się”, nie „się”, tylko
ubrała szorty i t-shirt. Zapewne w sukienki. Z przykrością zalecam Ci
korepetycje z aŁtogramatyki.
*kaja się i posypuje głowę popiołem*


***

Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi.
Łojzicku!
Nie, raczej „dryyyyń!”

W drzwiach stanęła Emi, wzięłam jeszcze tylko torbę i ruszyłam za nią.
Za torbą?

Zapytałam – to gdzie się wybieramy
- zabieram cię do bardzo fajnego klubu.
Na samą myśl robiło mi się nie dobrze.
A komu dobrze.

Resztę drogi przeszłyśmy w milczeniu.
Entuzjazm aż z nich kipi.
Biedne, jak się męczą. Żal mi ich! Po co w ogóle te
wakacje…


Tak się zamyśliłam, że nie zauważyłam jak weszłyśmy do lokalu.
Jak ona się tak zamyśla, to nie dziwię się, że bez
przerwy same niespodzianki przeżywa – nagle, wtem!

Cud istny, że nie wleciała do tego lokalu łbem
naprzód, potykając się o próg.

Rozejrzałam się, nie było źle, pomyślałam ze w koncu trzeba się rozluźnić i
poszaleć.
Dokoła tłum falował a ja, szukałam właściwie, gdzie tu
jest szalet…

Szukałyśmy wolnego miejsca, niestety nie było, wszystkie stoliki były już
zajęte. Stałyśmy jeszcze chwile i ruszyłyśmy w stronę wyjścia.
No proszzzz. I całe poświęcenie bohaterki na nic.
Co za pech! Mdłości minęły i nawet zdążyła się już
rozluźnić.

Nagle podbiegł do nas jakiś chłopak.
- widziałem was jak wchodziłyście, widzę, że nie macie miejsca, ale możecie
przysiąść się do nas.
-to miło z Twojej strony dzięki – odpowiedziała z uśmiechem Emily.
- Fuck! A już myślałam, że się wykręcimy! – zaklęła
w duchu Isabel.

- a tak w ogóle to ja jestem Justin – wyciągnął rękę w naszą stronę
- miło poznać jestem Emily.
- a ja jestem Isabell – powiedziałam dziwnym głosem.
Ten zachrypły sznapsbaryton trochę mi w życiu siary
robi.

- A to mój chłopak, Kazio.

Zaprowadził nas do stolika.
Usiedliśmy koło siebie z Emi
Justin usiadł na przeciwko nas.
Bieberek, nie Bieberek? Jak myślicie?
Już straciłam nadzieję, że natknę się kiedyś na
Timberlake’a…

Timberlake jest chyba za stary dla aŁtoreczek.
A Ramsztajn nie był!
Ty naprawdę chcesz, żeby Ci zrobiły z Timberlake’a
takiego kretyna, jak z biednych Tilla i Richarda? Niech już lepiej masakrują
Bieberka…

*”Sorry Winnetou” – ucałowawszy zdjęcie
Timberlake’a odstawia je z powrotem na ołtarzyk z kwiatuszków*

Nagle [WTEM!] Emily zapytała:

- sam przyszedłeś? – Powiedziała głośno
- nie, jestem z Moim Kumplem Dylanem
Ciekawe, jak wymawiał te wielkie litery? Pewnie
jakoś tak: Mmmmmmmoim! Kkkkumplem! Dddddylanem!
ALBO JAK KOSIARZ.

, to jest jego klub i bywam tu dość często.
Znaczy, koledzy Dylan i Justin już swoje latka
mają? I podrywają takie smarkule?

Ależ skąd. Oni tam są jako wolontariusze, sprzątają,
zmywają i pilnują, żeby młodzież starsza się nie schlała.


Zaczęliśmy sobie rozmawiać, nawet nie zauważyłyśmy jak szybko czas
zleciał i musiałyśmy już zmykać.
Tak, w tym opku czas zapiernicza przed siebie jak
Struś Pędziwiatr, tak szybko, że opisy nie nadążają i odpadają po drodze,
ciężko dysząc.

Co? Jak? Ojejku, to już? Przepraszam, zamyśliłam się.

Emily powiedziała:
Musimy już iść, bardzo miło było Cię poznać
- was też dziewczyny, mam nadzieje, że jeszcze się spotkamy.
- a Ty, co ile będziesz jeszcze siedział? -Odparłam
Jeśli będę sprytny i nie dam się od razu złapać, to
myślę, że tak co cztery lata najwyżej.

- ja zostanę do końca i pomogę ogarnąć knajpę Dylanowi. Jesteśmy sąsiadami i
zawsze wracamy razem.
Żeby sobie któraś z was przypadkiem nie pomyślała, że
ją odprowadzę!

[BoCHaterka i Justin umawiają się na spacer, potem
na drugi,
podczas których patrzą sobie głęboko
w oczy, nic nie mówią, wzdychają i czas im upływa jak szybka ryba
, a następnie Justin zaprasza ją do swego domu, bo chce
jej powiedzieć coś ważnego]

Z niecierpliwością czekałam na spotkanie. Nie mogłam usiedzieć w jednym
miejscu, słońce zaczęło zachodzić.
Hm, spotykają się tak o zmierzchu… może to jednak
TA Bella, a Justin jest Edłordem w przebraniu?

Usłyszałam dzwonek do drzwi. Tak szybko leciałam, że się o mało, co nie
zabiłam. Stanęłam koło drzwi, szybkim ruchem przeczesałam włosy palcami,
otworzyłam. To był Justin, przytulił mnie lekko i powiedział:
-Gotowa?
- jasne. Hmm a gdzie idziemy?
- to tajemnica – powiedział cicho
-mam sporo czasu, bo rodzice wyjechali na 3 dni.
- to świetnie, bo spacer zaplanowałem na 2,5 dnia -
odparł Justin.

Minęliśmy las… Moim oczom ukazał się wielki dom z basenem. śliczny ogród. To
było cudowne miejsce. Nie miałam pojęcia, że takie miejsce istnieje.
Nigdy nie widziała domu z basenem i ogrodem?

-Tutaj mieszkam – odparł
Stałam jak wryta i nic nie mogłam z siebie wydusić. Nie wierzyłam własnym
oczom.
-Niesamowite – powiedziałam zdziwiona
-mieszkam sam. Dom dostałem w spadku.
Po dziadku? Bo przecież rodzice…

-a Twoi rodzice?
- nie chce o tym mówić, przynajmniej jak na razie. To dość długa historia.
Zawiera się w niej łom, wanna z kwasem, piec
centralnego ogrzewania i świeża betonowa wylewka w piwnicy.

Jak się okaże później, historia była krótka, opkowa i da
się ją streścić w dwóch zdaniach.

***

Justin wziął mnie za rękę i bez słowa zaprowadził do swojego domu. Gdy
przekroczyliśmy drzwi byłam pod wrażeniem. Jasność biła od wnętrza domu.
Podłoga jakby szklana. Meble jak nie z tego świata. To było nieziemskie.
Justin mieszka w UFO!
I bardzo lubi meble na wysoki połysk. Froterkę i
polerkę też.

-Chciałem pokazać ci coś…
Nie odezwałam się słowem jeszcze nie byłam w stanie. Pociągnął mnie za sobą.
Zeszliśmy po jakiś schodach na dół. Otworzył drzwi. Moim oczom ukazał się
sprzęt muzyczny. To była jakaś piwnica bez okien, trochę w strasznym stylu.
Piwnica… *ogania się batem od licznych a
perwersyjnych skojarzeń*

Łiiii, to była TA piwnica, nie?
Piwnica nie była skąpana w poświacie i jasności?
Dziwne.


Powiedziałam:
-łaaał
-to właśnie chciałem ci powiedzieć [łaaaał?],
kocham muzykę, kocham śpiewać i grać.
Nie wiedziałam, co mam powiedzieć.
Łiiii?
Łaaał?
Łejery?

Puścił mnie i podszedł do sprzętu włączył jakiś podkład i zaczął śpiewać.
Patrzył mi prosto w oczy. Momentami czułam jak po policzku płyną mi łzy.
A momentami rżałam jak dziki osioł. A nie zaraz… to byłam ja, nie boChaterka.

***
[W rhomantycznej scenerii ("basen, dużo różnych kwiatów,
drzew...") oboje okupują hamak i zasypiają na nim. Budzą się rano, wcale
nie zmarznięci ani nie połamani.]

[Za to wzajemne rozplątywanie się trwało dobre 45
minut.]

Rozmawialiśmy jakieś 10 minut. Justin zaproponował basen.
Siostro, basen!
Ja bym zaproponowała pizzę, no ale gusta są różne.

- Gdybym tylko wiedziała wzięłabym struj – odparłam zasmucona
- struj Ci jest niepotrzebny.
Nie truj, strusiu.
Popływasz nago, w czym problem?
Bez struju, za to w dobrym nastruju.

Tak samo jak nad morzem wziął mnie na ręce…(bo
biedaczynka omdlewała na samą myśl o kąpieli w basenie z trólowem i nie dała
rady chodzić)
Przyznam kąpać się chciałam, ale bez stroju nie za bardzo.
Zdjął mi trampki,
Jak on to zrobił, trzymając ją na rękach?
Ma bardzo chwytne palce u nóg.
Aha.

[boCHaterowie jeszcze czas jakiś pluskają się
(prawdopodobnie w ubraniach), przytulają i patrzą sobie słodko w oczy.
Niestety, Isabel musi wracać]

Poprosiłam Justina o to, aby odprowadził mnie do
domu. Fakt rodziców nie było, ale domem trzeba było się zająć.
Narąbać drzewa i przynieść wody ze studni.
Krowę wydoić, i chłop od rana nieruchany…

Idąc Justin spojrzał mi głęboko w oczy i złapał delikatnie za rękę.
Masz oczy jak szyby naftowe. – Takie
głębokie? – Nie, takie zaropiałe. ;)

Oboje byliśmy zadowoleni ze spędzonego dnia razem. W głębi serca czuje, że go
kocham, że to ten jedyny. Nie wiedziałam jednak, jakie uczucia i jakie plany ma
wobec mnie Justin. Z jednej strony widzę to [ale
CO?]
w jego oczach, ale z drugiej czasami ma
taki wyraz twarzy jakby to było z przymusu.
Zmusiła go do tego swoją namolnością?!
Bo to taki Ashley Wilkes AD 2010 – za duży tchórz z
niego, żeby jej powiedzieć „a weź ty się ode mnie odstosunkuj,
Scarlett!”

Nie chciałam się pytać, możliwe, że po prostu ma zły dzień.
A jeszcze nie wie, że „te dni właśnie stały
się lepsze!”

Otwierając drzwi od domu doznałam szoku. Dom wyglądał jakby przeszło przez
niego tornado. Rzeczy były porozrzucane po całym domu. Śmieci walały się po
pokojach, jakieś papiery. W kuchni czekała na mnie sterta naczyń do umycia.
Przez dwa dni byłam taka zamyślona, że nie zwracałam uwagi na to, co się dzieje
wokół mnie.
Jak myślicie – sama ten burdel zrobiła, czy też w
zamyśleniu nie zauważyła wcale, jak przez chałupę przetoczyło jej się stado
gości jedząc, pijąc i śmiecąc?

Zaczynam podejrzewać, że boCHaterkę łączy wiele z
niejakim Jekyllem i Hyde’em.

To ich córka.

Rodzice wracali już jutro, miałam kupę roboty. Ogarniając ten nieład
znalazłam mój telefon, jakoś specjalnie go nie potrzebowałam.
Po co, skoro trólawer zamiast dzwonić, przychodzi
pod okienko?

I tak najczęściej go nie słyszy, bo się zamyśla po
głębokość śledziony.

Patrząc na ilość połączeń zamurowało mnie. Emily dzwoniła około
sześćdziesiąt razy, rodzice podobnie. Pierwsze, co zadzwoniłam do Emi, musiałam
jej to wszystko wyjaśnić i opowiedzieć. Następnie zadzwoniłam do mamy.
To takie opkowe. Rodzice zawsze na ostatnim
miejscu. W sumie co się dziwić, w pewnym wieku tak się ma.

Ciężkie jest życie dzisiejszej młodzieży. Rodzice
Justina wyparowali, rodzice Izuni zostawiają jej całą chatę na głowie, a tu
jeszcze wstać trzeba i wykonać poranne czynności. I jeszcze ci proponują basen.

Zamiast pizzy.

Była zdenerwowana, myślała, że coś mi się stało. Razem z tatą martwili
się o mnie.
Dziewucha nie odbiera przez jakieś 2 dni, a oni ciągle
w podróży? Nie, no, luzik!

Rodzice chcieli mi tylko przekazać, że zostaną jeszcze kilka dni i że pieniądze
są w ich pokoju w dolnej szufladzie szafki nocnej.
Martwimy się o ciebie… ale nie na tyle, by
skracać własne wakacje!

- Hej, stara, młodą odbębniłem, dawaj tego drina!
- Szykuj dildo!

***

Wstając rano czułam się świetnie. Cieszyłam się z nowego dnia. Nawet fakt, że
na zewnątrz było szaro i mocno padał deszcz. Na śniadanie jadłam właśnie płatki
jak dostałam smsa od Justina.
Płatki na śniadanie – są. Właśnie, czy w Kanonie
jest punkt o płatkach? Jeśli nie, trzeba koniecznie dopisać.

Hej musimy się spotkać!
Zaproponowałam, aby wpadł do mnie, w końcu trzeba było wykorzystać fakt, że
rodzice wyjechali.
Gdyby nie to, że boCHaterka jest tak rozkosznie
niewinna, miałabym całkiem konkretne skojarzenia!

Minęło jakieś 20minut. Justin stanął w drzwiach był cały mokry.(…)
Usiedliśmy na kanapie. Justin złapał mnie za rękę patrząc mi przy tym głęboko w
oczy.
Zaczyna mnie to tak samo irytować jak przewalanie
oczami w jednym-z-wiadomych-opek.

-Muszę Ci powiedzieć o czymś ważnym – wydusił z siebie
Widziałam, że łzy cisną mu się do oczu. Zaczęłam mieć dziwne przeczucia. To
było takie nieprzyjemne…
-Nie zobaczymy się już więcej – powiedział z wielkim trudem. Widziałam, że coś
w nim pękło.
Podstawa czaszki! – mruknęła Kura, przerzucając łom
do drugiej ręki.

-Wylatuje stąd, do miasteczka położonego kilka tysięcy kilometrów stąd .
Zapamiętajmy, ok? Kilka tysięcy.
W tym małym miasteczku jest lotnisko.

- jak to ? powiedziałam z płaczem .
- muszę stąd wyjechać, nie chciałem ci robić żadnych nadziei, jeśli myślałaś że
coś z tego będzie to przykro mi.
- to wszystko co razem przeżyliśmy przez ten czas nic dla Ciebie nie znaczyło ?
Te wszystkie kąpiele w basenie, te spacery…
Te trzy dni znajomości…

-nie… – z trudem połknął ślinę.
Odwrócił się i wyszedł .
Przez chwilę to do mnie nie docierało, świat mi się zawalił, jedyna osoba którą
kochałam złamała mi serce. Pytałam się Boga dlaczego mnie to spotkało ? Odszedł
tak bez słowa wyjaśnienia.
Ja tam wyjaśnienie widziałam, i to dosyć precyzyjne.

Czułam się wykorzystana, nie mogłam bez niego żyć. Płakałam do wieczora, nie
wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Przestał mnie interesować świat w okół mnie.
Cierpiałam bardzo , to był straszny ból którego nie da się opisać.
Jerzu Krystku, czy jej umarł ukochany narzeczony na
dzień przed ślubem, czy poznany trzy dni wcześniej malolat wyprowadził się do
innego miasta?
Ojtam, ojtam. Ja sobie w wieku mniej więcej
dwunastu lat bardzo skutecznie wmówiłam, że kocham chłopaka zobaczonego raz w
życiu na dworcu kolejowym – i oczywiście miałam doskonały pretekst do
rhomantycznego cierpienia i pisania smutnych wierszy przez całe wakacje.

Po kilku godzinach pozbierałam się trochę. Oczy miałam opuchnięte i czerwone .
Chciałam to wszystko wyjaśnić. Cały czas miałam jakąś małą nadzieje. Wzięłam
telefon i wybrałam numer do Justina. Niestety telefon był wyłączony, lub poza
zasięgiem. Postanowiłam że się do niego przejdę, Do domu chyba mnie wpuści.
Musi mnie wysłuchać. Nie zwracałam już nawet uwagi jak byłam ubrana.
O kurde. To faktycznie musiał być ciężki szok. W
przeciętnym opku nawet śmierć rodziców nie wywołuje aż takiej traumy, żeby
boCHAterka zapomniała o stroju.

Idąc cały czas ocierałam łzy. Zapukałam do drzwi. Otworzyła jakaś pani,
to było dziwne bo Justin mówił że mieszka sam.
Pani wyglądała dość dziwnie – miała siwe, splątane
włosy, haczykowaty nos i miotłę w ręku. Nie wiem czemu zdawało mi się, że
gdzieś za nią buzuje rozpalony piec…

Zapytałam:
- czy zastałam Justina ?
- dziecko ten chłopak już tutaj nie mieszka, nie poinformował Cię ?
-jak to nie mieszka ? gdzie on teraz jest ? – wybuchłam płaczem
- niestety ale nie jest mi wiadomo. do widzenia .
Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka,
nanananana…

Miałam ochotę umrzeć. Nie wiedziałam gdzie on jest, nie miałam żadnych
namiarów, nie mogłam się z nim skontaktować. Pełno myśli przechodziło mi w tym
momencie przez głowę. Nie dotarłam do domu, zatrzymałam się w na plaży, w
miejscu gdzie spotkałam się z Justinem. Osunęłam się powoli na zimny piasek.
W zwolnionym tempie, klatka po klatce.

Nie mogłam powstrzymać łez. Skuliłam się i cierpiałam. Padał deszcz, Byłam cala
mokra. Nie chciałam nikogo widzieć ani z nikim rozmawiać.
Taaaa, na jej telefon i dom szarżował dziki tłum
znajomych.

No, taka Emi dzwoniła sześćdziesiąt razy.

Powoli zapadał zmrok i robiło się coraz zimniej. Przypomniał mi się moment w
którym ja z Justinem oglądaliśmy gwiazdy na niebie. Nie mogłam o nim od tak
zapomnieć. [raczej - jak on mógł o mnie tak
zapomnieć?]
Skuliłam się jeszcze bardziej, byłam wykończona . To był
najgorszy dzień w moim życiu. Nie miałam zamiaru wracać do domu,chciałam tak tu
leżeć… chciałam umrzeć…
Pomóc?

…Minęło sporo czasu, byłam zapłakana a co najgorsze sama.
Kobito, zdecyduj się! Albo nie chcesz z nikim
rozmawiać, albo nie chcesz być sama.

Nie było mi łatwo pogodzić się z myślą że go już nie ma. To było takie trudne
dla mnie i niezrozumiałe. Po dobrych kilku godzinach podniosłam się, byłam
zmarznięta. Nie mogłam sobie wyobrazić co będzie dalej…
Jeżu borski, a co ma być? Aż do przedwczoraj żyłaś
bez niego i jakoś sobie dawałaś radę.

No ledwo. Codziennie wstawała nieludzko zmęczona.

Przypomniało mi się że Justin ma najlepszego kumpla który jest właścicielem
knajpki. Postanowiłam się tam wybrać… nie miałam nic do stracenia, a mogłam
wszystko wyjaśnić. Przecież ktoś musiał wiedzieć gdzie on się znajduje. Postanowiłam
się wybrać do kumpla Justina dziś wieczorem. Jakoś lepiej się poczułam wiedząc
że sprawa może się wyjaśnić.
Jaka ona jest namolna!
No i skończyło się umieranie.

[Isabell leci do knajpki, dowiedzieć się czegoś od
Dylana.]

-Jestem Bella, i przyszłam tu w sprawie Twojego kumpla Justina – powiedziałam
- ja jestem Dylan .
widziałam że był w szoku.
Bella! TA Bella! Cholera, zaraz mi tu wpadnie stado
sparklących wampiraków!

Był w szoku, że to on jest Dylan?


-Chodzi o to że Justin wyjechał i nie zostawił żadnej wiadomości- powiedziałam
ze łzami w oczach
-muszę Cię zmartwić bo od jakiegoś czasu ja też go szukam.
Od jakiego czasu? Wyjechał poprzedniego dnia!

-a nie zostawił namiarów ? – wybuchłam płaczem
- nie, zostawił tylko kartkę że nie mam się martwić, jest mu naprawdę przykro
ale coś ważnego wydarzyło się w jego życiu i musiał wyjechać . Napisał też że
jak złapie wolną chwile to do mnie zadzwoni.
A teraz siądźcie i popocieszajcie się nawzajem,
biedni, porzuceni przez zdradzieckiego Justina!

Kumpel jakiś niegramotny. Justyś zostawił kartkę, żeby
się nie martwić, że WYJEŻDŻA, a ten go szuka.

[Następnie boCHaterka leci zwierzyć się swej
przyjaciółce Emily]

Zasiedziałam się trochę, jeszcze jakiś długi czas rozmawiałyśmy. Wychodząc było
już ciemno [GRRRRRRRRR!!!] Emi odprowadziła mnie kawałek ale dalej szłam już
sama. Rozmyślając nagle usłyszałam jakieś wołanie z oddali:

-ej mała chodź do nas
O, mamy próbę gwałtu. Trulower przyleci?
Dzidu, Ty to od razu o pożyciu intymnym…

Byli chyba pijani. Starałam się nie zwracać na nich szczególnej uwagi. Kiedy
dwóch z nich zaczęło do mnie podchodzić przyśpieszyłam krok. Czułam że idą za
mną, jeszcze bardziej przyśpieszyłam… ich kroki również stawały się szysze.
SZYSZA w kroku – i wszystko jasne.

Serce podeszło mi do gardła, rozejrzałam się czy w okół są jacyś ludzie…
niestety było pusto. Zacisnęłam pięści i zaczęłam uciekać. Do domu miałam
jeszcze spory kawał… bałam się. Zaczęli mnie gonić. Nie miałam już sił
biec… dopadli mnie. złapali mnie i trzymali. Rozejrzałam się… to było stare
osiedle bardziej niebezpieczne, żadnych ludzi nie było. Zaczęłam krzyczeć…
bardzo się bałam, czułam od nich alkohol. Szarpanie i krzyk nic nie dał. Czułam
że jeden z nich zdjął jednym ruchem moje spodnie…
Zdolniacha. Jednym ruchem ściągnąć ciasne rurki?
Ekhem. To jest możliwe *spuszcza wstydliwie oczy*
*frenetyczne oklaski dla pana M*

- puśćcie mnie! – krzyczałam
Nie słuchali mnie. Bałam się ich. Nagle zauważyłam jakiś cień osoby. Napastnicy
widząc go uciekli.
To był cień Batmana, prawda? Bo czego innego
mogłoby się przestraszyć stado pijanych napastników?

Ewentualnie Edzio – ale musiałby na nich nawarczeć.

Zastanawiałam się kto mnie uratował. Cień zaczął iść w moją stronę. Nagle
powiedział :
- A teraz będziesz moja! Mwahahahaha!

-Nic ci nie jest ?
ocierając łzy spojrzałam na niego. Znałam go …
-Dylan ?
- tak -spojrzał mi na twarz
-Bella ? nie wiedziałem że to ty – powiedział z niedowierzaniem .
Podeszłam do niego i go przytuliłam. Podziękowałam mu jeszcze. Powiedział że
teraz nie mogę być sama. Zaprowadził mnie do swojego domu…
Bo, kurde, odprowadzić gówniarę do JEJ domu to zbyt
skomplikowane?

Ona swój dom już zna, natomiast jego domu jeszcze nie
widziała :)

-Dziękuje Ci za pomoc to dla mnie wiele znaczy. Ale dlaczego to robisz ?
-Nie mógł bym pozwolić aby coś ci się stało, jesteś znajomą mojego kumpla i
musiałam ci pomóc.
Trólawerki naszych kumpli są naszymi trólawerkami!
Szczegół, że ratując ją, nie wiedział jeszcze z kim ma do czynienia.

Tak tylko gada… Przecież nie powie jej, że miał
nadzieję uratować ekstra laskę.


[BoCHaterka odkrywa, że Dylan też jest przystojny,
że z nim również dobrze się rozmawia, a nawet, że w jego towarzystwie czuje się
równie bezpiecznie, co przy Justinie. Niestety, gdy chce przypieczętować te
odkrycia pocałunkiem, Dylan odtrąca ją, pod pretekstem, że "nie może tego
robić kumplowi"]

Kolejny dzień a ja znów byłam tak zmęczona.
Matko, to jakieś chorobliwe, idź dziewczyno do
dochtora!

A PROPOS: Ostatnio dostaję bardzo dużo próśb o zarejestrowanie się jako
dawca szpiku
.


Otworzyłam okno i się położyłam. Nad ranem ktoś zapukał do moich drzwi. Szybko
wstałam i pobiegłam otworzyć. Byłam roztrzęsiona, to był zakład pogrzebowy …
Cały. Najpierw szła delegacja grabarzy w
uniformach, za nimi sunęło pięć karawanów, a na końcu pełzł powoli skromny,
biały budyneczek z przyległą chłodnią.

Osłupiałam. Przez myśl przeszły mi najgorsze scenariusze. Panowie z zakładu
pogrzebowego podali mi list. Zamknęłam drzwi i poszłam do pokoju. Usiadłam na
łóżku i patrzyłam się w sufit. Bałam się otworzyć ten list. Musiałam się
przełamać. Wzięłam głęboki oddech i rozdarłam list. Wyjęłam jego zawartość. To
był list od taty. Na kartce pisało:
Twoja mama zginęła w wypadku samochodowym. Zginęła na miejscu. Nie przyjadę do
domu, musisz przyjechać do mnie. Postanowiliśmy z rodziną że pochowamy ją tutaj
na miejscu. Taniej będzie. Zbierz się i
przyjeżdżaj do nas mimo wszystko, jak najszybciej się da.
Czasy ciężkie, konkurencja nie śpi, więc zakład
pogrzebowy wystąpił z taką innowacją jak informowanie bliskich o śmierci
delikwenta. Przy czym, co się zaraz okaże, musieli z tym listem bardzo daleko
jechać…

No fax, no telephone, no fuckin’ internet!

Nie da się opisać tego co czułam. Czemu tracę osoby na których mi zależy i
których kocham ?
Czy ja dobrze rozumiem, że dla niej ucieczka
Justina i śmierć mamuni to to samo?
Powiedziałabym, że ucieczka Justina jest o
wiele gorsza.

Dowiaduje się o śmierci matki i myśli – najpierw
Justin odszedł, teraz to…


Musiałam jak najszybciej jechać do rodziny. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy
sprawdziłam rozpis busów. To było bardzo daleko musiałam przygotować się na 10
godzin jazdy. Ale nie myślałam o tym, musiałam jak najszybciej dostać się do
taty. Bus miałam dopiero za 4 godziny. Przygotowałam się wzięłam od razu rzeczy
na pogrzeb.
Busem. W dziesięciogodzinną podróż. Żeby to chociaż
Greyhound był, to nie – to jest bus.
Nie byle jaki bus, co się za chwilę okaże!

***
[Opis pogrzebu. Tu zaliczmy boCHaterce na plus, że
faktycznie cierpi po śmierci matki, zamiast pocieszyć się z miejsca pójściem na
lody, grą w butelkę, czy zakupami]

***
Gdy wszyscy zaczęli się rozchodzić ja z tatą zostaliśmy. Uklęknęłam przed
nagrobkiem mojej mamy.
Nie żebym była specjalistką od pogrzebów, ale
nagrobek to się dopiero po jakimś czasie kładzie/stawia.
No to już wiemy czemu pochowali ją tam, a nie
gdzie indziej. Mamunia pewnie była zapobiegliwa i postawiła sobie pomniczek za
życia.
A jak wygodnie zmarła, akurat tam, gdzie ma
nagrobek!


Schyliłam głowę i odmówiłam modlitwę za moją mamę którą wymyśliłam jak
byłam jeszcze mała.
Wymyślona mama lepsza niż żadna.

Tata chwycił mnie za ramię. Położyłam białą róże na nagrobku i wstałam.
Przytuliłam mocno tatę. Łzy spływały mi po twarzy. Wyszliśmy z cmentarza i
wsiedliśmy do auta. Siedzieliśmy w milczeniu, tato musiał wszystko przemyśleć,
ja tak samo. Powiedział mi że on już nie wróci do domu. Chce znaleźć tu prace i
zamieszkać. Po prostu chce być jak najbliżej mamy.
Jak się domyślam, boCHaterka pewnie do domu wróci i
zamieszka sama… I w ten sposób ałtorka wykorzystała w jednym opku obie
klasyczne metody pozbywania się rodziców!

Kurczę, ale tata szanowny też się uwinął z decyzjami
ekspresem! *pada plackiem osłabiona do granic*

[Wtem... cóż za przypadek! W tejże
miejscowości znajduje się też Justin, który w dodatku obściskuje się z jakąś
dziewczyną!]

Złapałam doła… myślałam że coś się stało że wyjechał a on ma kogoś!
Chrzanić pogrzeb mamusi, Justin ma kogoś!
BTW, pamiętamy, że Justin miał się udać do
miasteczka położonego „kilka tysięcy kilometrów stąd”? A Isabel
pokonała te kilka tysięcy w 10 godzin. Busem.
Eeee to ściema była! Chciał ją zniechęcić, żeby
go nie szukała. A migdalił się z inną pod jej płotem niemalże. Ot szuja!

No, nie tak pod płotem, to było jednak dziesięć
godzin jazdy busem dalej :)

Gdy wróciłam z tatą do ciotki powiedziałam mu ze ja wracam do domu. Zgodził
się, złapałam jeszcze autobus który miał być za 20 minut. Nie chciałam robić
tego tacie ale nie chciałam spotkać więcej tego drania.
A nie mówiłam?
(i tak, nie zjadłszy, nie wysikawszy się nawet,
wskakuje do autobusu i rusza w dziesięciogodzinną podróż powrotną)

***
[Isabell wraca do domu i siedząc na kanapie ryczy
na okrągło, tylko nie wiadomo, czy z powodu zdrady Justina, czy śmierci mamy.
Zjawia się Dylan i cierpi, że Justin wybrał jakąś laskę zamiast niego:

- Bawi się z
laską a kumple go nie obchodzą, nie zadzwonił nawet.

Justin jednak zaczyna wydzwaniać do Isabelli, a ta
nie chce z nim rozmawiać. Dzidkę zaczyna
boleć głowa.
Tymczasem bohaterka próbuje się pocieszyć…]

***
Zadzwoniłam po Dylana, nie chciałam być teraz sama, on jedyny mnie rozumie i
wie co teraz czuję. (…)
A co z przyjaciółką od serca?
Nie jest wystarczająco tró.

Dylan zaczął całować mnie po szyi, zdjęłam jego koszulę. Objęłam jego ciało
rękoma.
Dylan wsunął rękę pod mój t-shirt, szybkim ruchem zdjął go ze mnie. Zdjęłam mu
spodnie, wyskoczyłam z bielizny.
Ależ jej się spieszy!
Hihi… turnus mija, a ja niczyja, nie?
No masz. A z Justysiem to się bez stroju kąpać nie
chciała.

Czułam jego bliskość, cały czas się całowaliśmy, gdy Dylan się rozebrał i
położył się na mnie głośno krzyknęłam. W mojej wyobraźni pojawiła się mama.
Zrozumiałam że nie mogę tego zrobić.
Ha! Nie ma to jak interwencja z zaświatów we
właściwym momencie!

Z narracji mi wyszło, że krzyknęła, bo Dylan ją
przydusił.


[Dylan wygłasza boCHaterce kazanie]

Justin Cię nie zdradził. Gdybyś go tylko wysłuchała… Zraniłaś go wiesz ?
-jaa ? – krzyknęłam mocno wkurzona ?
-nie przerywaj !
Mówił Ci coś kiedykolwiek o swoich rodzinach ?
Znaczy, Justin jak marynarz, w każdym porcie ma
żonę?

On jest mistrzem w damskim sporcie, dlatego ma
rodzinę w każdym porcie!


-nie.
Właśnie w tym tkwi problem.
Justin został zabrany swoim rodzicom, nie wiadomo z jakich przyczyn, wiem tylko
że gdy on się urodził byli jeszcze młodzi. Niedawno dostał list w którym
napisali jego rodzice. Justin myślał że oni nie żyją. Wziął pierwszy lepszy
samolot [pod pachę] i poleciał do nich. [Dziw, że nie wylądował np. na Alasce!] Dlatego
się z nami nie pożegnał. A gdybyś odbierała telefony od niego to nie doszło by
do tego.
Bo wyjaśnić dziewczynie i kumplowi, że wyjeżdża się
w ważnej sprawie rodzinnej, to byłoby zbyt skomplikowane.

Odnalazłem rodziców. W związku z tym zrywam wszelkie
znajomości i palę za sobą mosty.

- może i to prawda a jak wytłumaczysz to że się z kimś obściskiwał ? -
krzyczałam
To była jego mama. Ona jest bardzo młoda.
Aaaaaaaaa!!! *Kura spadła pod stół, a jej MUSK
odmówił dalszej współpracy*

*Musku Kury pokaż rogi, dam ci sera na pierogi!!*
Któryś raz z rzędu czytam „Tusku, Ktury!”

[BoCHaterka usiłuje przeprosić
Justina, ale on ją odtrąca - mimo że ją kocha, nie jest w stanie jej wybaczyć.]

Musiałam zrobić coś dla siebie wiec zadzwoniłam po Emily i pojechałyśmy razem
na zakupy.
No i mamy klasyczny opkowy lek na całe zło -
zakupy!

No nie mów, że tego nie rozumiesz, nowe buty na
chandrę jak znalazł.

Chciałam zapomnieć chodź na chwilę o moich problemach. Emily mnie bardzo
wspierała. To dodało mi otuchy. Emi jest moją bratnią duszą nie wiem co bym bez
niej zrobiła.
Taaa, teraz to Emi… A wcześniej do Dylana leciała!
Justin spieprzył, Dylan spieprzył, pozostała tylko
Emi. Taki lajf.

Objechałyśmy chyba wszystkie galerie. Wyszalałyśmy się trochę. Wychodząc z
jednego sklepu spotkałam Justina. Chyba mnie nie widział.
Zamknął oczy?

Nie wiedziałam czy mam do niego podejść. W końcu po krótkim namyśle podeszłam
do niego.
Uwielbiam, gdy tak opisuje swój proces decyzyjny.
Tak stoi i wykonuje krótkie wahnięcia: do przodu,
do tyłu. Do przodu, do tyłu.

-Cześć co słychać ? – zapytałam
-W porządku. A co u Ciebie ?
-Może być
-No to dobrze ! – uśmiechnął się do mnie.
Jakiś czas ze sobą rozmawialiśmy. Poczułam że nasza znajomość się odnawia.
Przypominam, że parę godzin wcześniej traktował ją
jak powietrze i nie odbierał jej telefonów.
Ich jest dwóch. Dobry Bliźniak i Zły
Bliźniak.
*Ma niecne skojarzenia z M jak Miłość*
Nie wiem, mam mroczki przed oczami.

Nagle jakaś dziewczyna podeszła do Justina.
-Kochanie możemy już iść. -powiedziała nieznajoma do Justina
(…)
Miałam już łzy w oczach. Myślałam że już będzie dobrze. Nie miałam ochoty już
nigdzie iść. Pociągnęłam Emi za rękę i wyszłyśmy chwile za nimi. Szłyśmy i tak
w tym samym kierunku. Nagle Justin z tą dziewczyną zatrzymali się. Nagle Emi
mnie pociągnęła w drugą stronę. Nie wiedziałam o co jej chodzi. Szybkim ruchem
odwróciłam się z powrotem… Oni się całowali…
Ale jak wiedziała, gdzie spojrzeć, chitra jucha,
chitra!

Nie mogłam nic na to poradzić, w końcu jest w tym moja wina. Miałam zepsuty
humor już do końca dnia.

[Jak wiadomo, na zepsuty humor nie ma nic lepszego
niż imprezka. Oczywiście w knajpce Dylana]

Emi przyszła do mnie godzinę przed imprezą. Wybrałyśmy ciuchy dla
siebie. Emily założyła imitujące jeansy,
Imitujące co? Nagą skórę?
Dżinsy imitujące dżinsy.
Ale tak się chwalić chińskimi podróbkami?
To były takie dekatyzy. Rocznik 1987. (BTW,
dekatyzy ponoć wracają.)


t-shirt i parę dodatków. Ja założyłam krótkie szorty a do tego bluzkę bez
ramion.
Szorty natomiast były bez nóg.
A boCHaterka bez mózgu.

Weszłyśmy do knajpki Dylana, nie pomyślałam że Justin tu będzie.
Któż by się go spodziewał w knajpce najlepszego
przyjaciela?

Bawił się ze swoją panienką. Jak ją widziałam robiło mi się nie dobrze.
Usiadłam z Emi przy stole, poszłam zamówić coś do picia.
*Ma wizję Belli siedzącej na krześle, posuwającej się
powoli acz niezmordowanie do baru, wraz z całym majdanem pozostałych krzeseł,
stolika i Emi*

Gdy Justin nie patrzył zerknęłam na niego… Co ja sobie myślałam? Że jak mnie
zobaczy to wskoczy mi w ramiona ? To było nie do pomyślenia. Każda chwila
przypomina mi ten czas w którym byłam z Justinem. Życie jest bezcennym darem
który powinniśmy docenić. Ja po prostu straciłam swoją szansę.
Doceńmy te przemyślenia boCHaterki zza grobu…
Znaczy, zza grobu umarłej miłości.

Ale ale! Cóż się nagle okazuje?
Odwróciłam się i zobaczyłam Justina. Przywitał się z nami i usiadł do nas.
Wydawało mi się to dziwne, przecież przyszedł z dziewczyną.
Dziewczyna jest tak zaborcza, że nie pozwala mu się
oddalić na pół metra.

No aŁtoreczka tak sobie właśnie związek wyobraża,
niestety.

-Czy to Twoja nowa dziewczyna ? – zapytała Emi
-Nie…
Aaaa, tak tylko się z nią całuję…

Zgasił tym Emily. Mnie też to zdziwiło. Chwilkę z nami posiedział i poszedł do
tej dziewczyny. Ja nie wiem kto to był i wolałam się nie dowiedzieć.
Jasne. Zdecydowanie lepiej cierpieć i gubić się w
domysłach.


[O świcie następnego dnia Justin waleniem w drzwi zrywa z łóżka Bellę (oraz
pół dzielnicy)]

Spojrzał mi w oczy niepewnym wzrokiem. Nie
odzywałam się. Nagle powiedział:
-Wiesz że ja Cię kocham ? nie potrafię bez Ciebie żyć.
Łzy spływały mi po policzkach.
(…)
-Kim jest ta dziewczyna z którą byłeś ?
-Ja z nią nie byłem. To ona była ze mną!
-Kocham tylko Ciebie!
„Jeśli cię złapią za rękę – mów, że to nie
twoja ręka!”

Lekko się uśmiechnęłam i przytuliłam go. Objął mnie rękoma.
Dziwny jakiś. Rękoma?

Nie obchodziła mnie tamta dziewczyna, obchodziło mnie jedynie to co jest teraz,
BTW, sprawa dziewczyny pozostaje niewyjaśniona, a
szkoda. Liczyłam na jakieś tłumaczenie typu „To moja babcia. Ona jest
bardzo młoda”.

Albo chociaż – kuzynka do mnie przyleciała i
wszędzie za mną łazi.

Czytam: „kuzynka mnie przeleciała”.

i chciałam żeby tak zostało, żeby ta chwila trwała wiecznie. Justin
powiedział mi że sprowadził się do swojego starego domu.
A facetkę, która zdążyła tam zamieszkać, wykopał na
zbity ryj.
Albo wrzucił do pieca.

Cały dzień przesiedziałam z Justinem. Opowiedziałam mu o swoich problemach, On
również się wyżalił. W końcu jego problemy to tak jak moje.
Całkowita zbieżność. Ona straciła matkę, on ją
odzyskał.

*węszy spisek*

Justin jest częścią mnie. Bez niego nie istnieje. Zbliżał się wieczór a ja
bardzo nie chciałam się z nim rozstawać. Zaproponowałam mu aby został na noc.
Zgodził się, dałam mu tylko jakieś rzeczy taty.
Na myśl o bieliźnie taty świerzbią mnie zęby.
Oj tam, oj tam. Na pewno ją prał. Czasami.

Poszłam z Justinem do łazienki, odkręciłam kurek i nalewałam wody do
wanny. Staliśmy tak i patrzyliśmy się na siebie. Wystarczyła mi tylko jego obecność.
Przy nim czuje się jak gwiazda która świeci najjaśniej. Wiem że przy nim jestem
bezpieczna. Z Justinem czas tak szybko leciał że nie zauważyliśmy że wanna jest
już całkiem pełna.
No, bo napełnienie wanny to tyle trwa, że huhu!
Kurczę, chłop odszedł bez pożegnania, zrobił ją
w trąbę, nakłamał, nakręcił, babę se znalazł, a ona przy nim czuje się
bezpieczna i jak gwiazda?
Podejrzewam zanik pamięci krótkotrwałej.

Zakręciłam kran, wyszłam z łazienki. Minęło jakieś 10 minut a Justin
mnie wołał. Stanęłam pod drzwiami do łazienki i spytałam o co chodzi. Nagle
Justin otworzył drzwi. Łazienka była taka nastrojowa. W łazience panował
półmrok, świece były dosłownie wszędzie.
O, rzeczywiście rozgościł się jak u siebie w domu.
Wiedział, gdzie są świece, zapałki…

Świece wyjął ze schowka przy liczniku?
Hmm… A gdy licznik jest w piwnicy?
…Piwnica??? *budzi się i rozgląda z
zaciekawieniem*

Rozejrzałam się jeszcze i zapytałam Justina co to ma znaczyć. Odpowiedział że
przyszykował nam kąpiel. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Wziął mnie za
rękę i wprowadził do środka. Zamknął za nami drzwi i przekręcił klucz…
*przekopuje szuflady w poszukiwaniu wiadomego
kwadracika*

Ale zważywszy mdłość kwadracikowej sceny, nie musi
być czerwony. Najwyżej barwy różanej zupy :)

W jednej chwili zrobiło mi się gorąco. Justin usiadł na wannie i złapał mnie za
dłonie. Delikatnym ruchem przyciągnął mnie do siebie. W tym momencie nasze
twarze zbliżyły się. Pocałowaliśmy się, Justin objął mnie rękoma. Usiadłam mu
od przodu na kolana.
Od tyłu trochę trudno by było…

Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Objął mnie rękoma, czułam że złapał za
stanik, delikatnie go odpiął. [Przez bluzeczkę?
Taki wprawny?]
Wzięłam głęboki oddech. Spojrzałam na Justina, miał
zamknięte oczy. Jednym ruchem zdjęłam z niego koszulkę. Otworzył oczy i znów
patrzyliśmy w głąb siebie.
Mijam płuca… żołądek… O, powiększona śledziona!
Jedźmy dalej… ciasno… kręto… O, światło! Widzę światełko w tunelu!

Plusk!
I przyszłość stanęła im otworem.

Justin zdjął resztę rzeczy. Całując się nagle ktoś złapał za klamkę od
drzwi do łazienki.
Czy złapałam ja, czy Justin, tego nie wiem – tak
stopiliśmy się w jedno…

Myślałam że padnę na zawał. Nie przypominam sobie żebym zostawiała
otwarte drzwi. Po prostu nas zamurowało. Nagle ktoś powiedział:
-Isabell jesteś tam ?
-taak jestem! -głos aż mi drżał.
-Wszystko w porządku?
-Na pewno!
To był mój tata, powiedziałam cicho Justinowi.
Tatuś ex machina. Teleportował się prosto z
miasteczka odległego o 10 godzin drogi, by ocalić cnotę swej córki.

Niebagatelna w tym rola busa, ofkors!
Warp 3, jak nic!

[BoCHaterka każe Justinowi siedzieć cicho i
kryć się za drzwiami, a sama rusza odważnie w paszczę lwa]

Wyszłam z łazienki i poszłam do taty do pokoju, byłam wściekła… zepsuł taką
wspaniałą chwilę.
No właśnie, mógł poczekać. Długo by to pewnie nie
potrwało.

Przywitałam się z tatą, wypytywał co u mnie słychać i czy niczego mi nie
brakuje. Tata opowiadał o swojej nowej pracy, powiedział też że przyjechał
tylko po swoje pozostałe rzeczy. Zostawił mi pieniądze. Cały czas tata
wypytywał mnie o rożne rzeczy. Minęło jakieś 40 minut a Justin siedział w
łazience. Nagle tata wstał i pożegnał się ze mną, musiał jechać. Poszedł tylko
do swojego pokoju, spakował swoje wszystkie rzeczy, przytuliłam go i pojechał.
Skurczyflak! Dziesięć godzin w tę, dziesięć wewtę i
wszystko po to, by spędzić w domu niecałą godzinę!

I znów… córka odbębniona, można jechać robić
karierę.
Tak swoją drogą – to bardzo elastyczne
godziny odjazdów ma ten bus.

Po zamknięciu drzwi od razu pobiegłam do Justina. Siedział jakiś
przybity…
Fakt, te gwoździe mocno trzymały go na sedesie. Ale
musiałam mieć pewność, że nie wyjdzie przywitać się z tatą.

Usiadłam koło niego, dał mi całusa w policzek. Przytulił mnie do siebie.
Siedzieliśmy na ziemi wtuleni w siebie. Powoli łazienka nabierała swoich
naturalnych kolorów. świece zaczęły powoli gasnąć. Zanikał ten romantyczny
nastrój. Siedzieliśmy tak już do rana. Bez słowa…
Muszą to być jacyś jogini – nic tylko siedzą i milczą
godzinami.

Zaś aŁtorka w niewinności swojej nawet nie
podejrzewa, że dwoje nagich nastolatków w łazience raczej nie poprzestanie na
przytulaniu i pocałunkach w policzek.

Mniemam, że na widok erekcji Justina doznałaby
szoku nerwowego.


Musiałam przysnąć, znalazłam się w łóżku w swoim pokoju, byłam nakryta kocem.
Wstałam ale Justina już nie było. Na poduszce leżała kartka na której [dytko] pisało:

Musiałem już iść, nie chciałem Cię budzić.
Mam coś do załatwienia.
Kocham Cię !
Justin

[Justin wraca, z twarzą obitą na kwaśne jabłko.
Pobił się z Dylanem o naszą Dziewoję, gdyż Dylan odważył się wyznać
przyjacielowi, jak to Belcia pocieszała się po jego wyjeździe. Justin nie
uwierzył i postanowił skuć przyjacielowi facjatę, ale wyszło cokolwiek na odwrót.
Za chwilę do Belci melduje się policja i aresztuje Justina. Dlaczego Dylana
zostawia w spokoju? Tak, my też się zastanawiamy.]

Miałam wyrzuty sumienia, to było takie jakby poczucie winy. Nie chciałam
stracić Justina, On wie że ja go bardzo kocham i na nim mi tylko zależy. To
jest jedyna osoba która mnie wypełnia.
Khem.
Od dołu… aż do… góry.

2dni później…

Dostałam wiadomość od Justina. Napisał że wyszedł za kaucją. (…) Ustałam koło
drzwi, wzięłam głęboki oddech i zapukałam. Justin wpuścił mnie do środka.
Usiedliśmy w salonie, kontem oka zauważyłam że nie jesteśmy sami.
Oka to mogłaś spojrzeć raczej kANtem.

Dylan kręcił się po jego domu.
Sprzątał, czy szukał ukrytych skarbów? A może
podsłuchów?

Są nierozłączni, jak Bolek i Lolek, jak Jaś i Małgosia,
jak Bill i Tom, jak Wojewódzki i Figurski!

Udawałam że go nie widzę. Spodziewałam się tego że Justin mi Wygarnie i tak
było.
Niezłe to musiało być wygarnięcie, skoro aż się
wielkiej litery doczekało!

Starałam się mu wszystko wyjaśnić. Nagle Justin powiedział:
-Trudno, stało się… i nic tego nie zmieni. Nie obwiniam o to nikogo, mogłaś
mieć mi za złe. Z Dylanem się pogodziłem, za dobrze go znam… Ale wiem że
kumpel nigdy mnie nie okłamie. Rodzice wpłacili za mnie kaucje i teraz muszę do
nich jechać.[i to odpracować] Nie będzie mnie
przez około 2 tygodnie. Mam nadzieje że w tym czasie wszystko przemyślisz.
Jeśli do tego czasu nie będziesz gotowa i znów odwalisz taki numer to niestety
ale nie będziemy mogli być razem.
Ale łaskawca, a niech cię licho!
Ludzki pan. Ludzki pan! A mógł zabić!
Tak, a ja wrócę i powiem, że ta jedna, z którą się
obściskiwałem to matka, druga to ciotka, a z trzecią wcale się nie całowałem,
to ona całowała mnie!

Spojrzałam na niego i przytaknęłam. Miał racje musiałam sobie wszystko
poukładać, ale co do Dylana to miałam wątpliwości. Justin podszedł to mnie i
mnie pocałował. Powiedział że mnie bardzo kocha, ale że nie będzie z kimś kto
nie jest wierny.
[Po czym literalnie linijkę niżej całują się i wyznają sobie miłość, i umawiają
się na następne spotkanie. Dzidka zaczyna bawić się
toporem z na wpół obecnym uśmiechem i dziwnym wyrazem oczu.
Justin
wyjeżdża BUSEM na dwa tygodnie.]

Wzięłam sobie poranny prysznic.
Bo był taki ładny, srebrny. Pasował na zawieszkę do
łańcuszka.

W tym czasie Justin do mnie zadzwonił.
-Cześć Justin.
-Mam dla Ciebie dobrą wiadomość.
-Jaką? -czułam że specjalnie trzema mnie w niepewności.
A nawet czterema.

-Dzisiaj wracam ! Do zobaczenia wieczorem !
I tak z dwóch tygodni zrobiło się półtorej doby.
Oj Justin, Justin, nie wiesz, jak to się robi?
Mówisz „wyjeżdżam na dwa tygodnie” i i wracasz po półtorej doby – BEZ
zapowiedzi.

[Bella przypomina sobie, że dzisiaj są urodziny
Justina, zabiera się więc do wykonania Oryginalnego Prezentu. OP przewija się
jeszcze przez parę akapitów jako coś super wykoszonego i niezwykłego,
wykonanego rączkami Belli i zaskakująco finezyjnego - tyle tylko, że do końca
nie dowiadujemy się, co to mianowicie jest.]

(…) Puszczali super kawałki. Zobaczyłam jak Justin wypił dwa piwa i jakieś
wino.
Na raz?
Wstrząśnięte, niezmieszane.

Nie chciałam mu nic zabraniać, ale bałam się trochę o niego. Kiedy
puścili mój ulubiony kawałek myślałam że się popłacze, chciałam zatańczyć z
Justinem, niestety nie było go w pobliżu i był do tego wstawiony. W oddali
zauważyłam że muzykę puszcza DJ. Podeszłam do niego i spytałam co słychać.
Muzykę mejbi?

(DJ imieniem Chris i Bella świetnie się bawią. Nie
jest to na rękę Justinowi, który wyciąga boChaterkę z knajpy, zaciąga do
samochodu i każe pić kolejne toasty za swoje urodziny.
BTW, dowiadujemy się, że Christopher ma 19
lat i jest od naszej Izabelki DUŻO starszy. Ale jej to nie przeszkadza.)

Gdy wino się skończyło zaproponowałam Justinowi aby przejechać się
do sklepu po następne. Justin ruszył, poczułam adrenalinę. Chciałam zrobić coś
szalonego, kazałam mu się rozpędzić. Nabraliśmy super szybkiej prędkości,
Super szybka prędkość i już wiemy, jak to jest
speedować na maxa.

WARP!

cały czas się śmialiśmy do czasu gdy nie zauważyliśmy że zapaliło się czerwone
światło i jakieś dziecko przechodziło przez pasy. Justin skręcił, nie zdążył by
wyhamować. Nagle poczułam silny ból. Rozbiliśmy się. Czułam smród dochodzący
chyba z silnika.
Być może jednak to dla Justina stres okazał się
zbyt duży.

Chciałam spojrzeć co z Justinem ale byłam przygnieciona, każdy ruch powodował
silniejszy ból, nie mogłam się obrócić. Myślałam że umrę tak mnie bolało,
minęło 2 minuty i straciłam przytomność.
Ten atomowy zegarek w głowie aŁtoreczek – ma jakąś
specjalną nazwę?

…Widziałam ciemność. Nasuwający mi się komentarz
jest jednak ZBYT banalny ;)
To było jak straszny sen z którego nie da
się wybudzić. Nie wiedziałam gdzie jestem, słyszałam swoje myśli, to było takie
dziwne. Co się ze mną działo? Nie mogłam się poruszyć, czułam się jakbym nie
miała ciała, tylko ciemność i moja dusza. Tam gdzie byłam nie dało się określić
czasu, nie było tego poczucia upływu. Zastanawiałam się czy tak już będzie
zawsze, nie wiedziałam co to za stan. Nie mam kompletnie pojęcia ile minęło
czasu, czy to była godzina czy może cały tydzień [a
gdzie zegarek?!]
[rozregulował się].
Usłyszałam głosy, to byli moi najbliżsi. Słyszałam mojego tatę, Emily, Justina,
i trzy inne głosy które słyszałam chyba po raz pierwszy. Później dopiero
wiedziałam że jednym z nich był lekarz. [A dwa
pozostałe? Czcigodni Przodkowie z zaświatów?]
[Przypadkowi
statyści, ale równie zatroskani]
Czułam obecność moich najbliższych.
Próbowałam mówić ale to było na nic. Wiem że byłam w szpitalu i z tego co
usłyszałam leżąc tu, to jestem już od 2 dni. [Krótko,
jak na opkowe standardy - powinna przeleżeć co najmniej miesiąc!]

Wszyscy się o mnie martwili. Mój tata się na mnie zawiódł, zaufał mi, myślał że
jestem na tyle dorosła że sama sobie poradzę i nie wpadnę na jakiś dziecinny
pomysł. Po prostu myślał że dorosłam i jestem dość poważna. Wiem że źle
zrobiłam.

***

[BoChaterka szczęśliwie wybudza się ze śpiączki.
Czuwa nad nią, nagle zatroskany, tatuś oraz Justin. Co prawda lekarze pozwalają
na odwiedziny jedynie osobom z rodziny, ale tłum, który przewija się w
szpitalnej salce, przypomina ten z dworca centralnego. Justin wychodzi, wchodzi
Emily, Emily wychodzi, wchodzi Christopher. Wychodzi Christopher, wraca Justin
(jak w sztuce teatralnej, mówią po parę zdań i znikają za kulisami). Uff.
Dowiadujemy się jedynie, że Chris i Justyś nie za bardzo za sobą przepadają.]


-Justin ja nie mam Ci za złe za ten wypadek, to jest moja wina.
-To jest chyba nasza wina- uśmiechnął się.
To co prawda ja w ciebie wlałem to wińsko i ja
prowadziłem po pijaku… Ale, no dobrze, niech będzie po równo.

Powiedziałam Justinowi że chciała bym pobyć sama i żeby przekazał innym że to
już koniec odwiedzin, chciałam po prostu odpocząć. Poskutkowało wszyscy
opuścili szpital. Było nudno…
No i masz, tej to nigdy nie dogodzi.
I chciałaby i boi się…

Po kilku godzinach nudy dostałam wiadomość. Po przeczytaniu mnie zamurowało…
…To była wiadomość od Christophera,

Nienawidzę tego szczyla Justina !
I On raczej też za mną nie przepada.
[Ale na wszelki wypadek napiszę "On"
wielką literą, niech wie szczyl, że kulturny jezdem]

Dlatego pytam się Ciebie czy on już sobie poszedł ?!
chciałbym się spotkać.
A nie chce na niego wpaść.

Na początku pomyślałam co za głupek z niego. Niech się ode mnie odczepi. No ale
z drugiej strony nie chce się tu nudzić.
To wszystko z nudów, Wysoki Sądzie, to wszystko
z nudów…

Czekałam około 10 minut i Christopher już był.

-A tak w ogóle czym się zajmujesz, uczysz się jeszcze ? -zapytałam
- nie, nie uczę się – śmiał się jakby to było oczywiste.
-Uprawiam Skating .[w ogródku za oknem]
I można z tego wyżyć?

Nagle wszedł Justin,
Następny namolny. Dyć Belcia dała do zrozumienia, że
chce odpocząć.

spojrzał krzywo na Christophera.
-Wypad z stąd ! – Justin zaczął krzyczeć. - a później
z stamtąd! – wrzeszczał.

-A jak nie to co mi zrobisz ?! – odpyskował mu Christopher
-Sam Cię stąd wywalę deblu !
- Żebym ja ciebie nie wywalił, mikście!

-Uważaj sobie młody, jestem starszy od Ciebie i silniejszy, chyba że chcesz się
przekonać! – Krzyczał Christopher.

Mówiłam że mają się uspokoić, że ja ich wywalę, ale mnie ignorowali, jak by
mnie tu nie było. Nagle Justin rzucił się na Christophera, spoglądałam na nich,
nie mogłam nic zrobić. Christopher obezwładnił Justina:
-I co będziesz tak skakał do starszych?!
Po tych słowach puścił Justina, a ten jak jakiś robot znów rzucił się na
Christophera. Nie mogłam na to patrzeć. W pewnym momencie Christopherowi
puściły nerwy, strzelił Justinowi w twarz. Popłakałam się… W tym momencie
przestali się bić.
Wielka mi bijatyka! Jeden drugiemu przyłożył z
liścia, a tamten nawet nie zdążył oddać…
Ale trzeba przyznać, że bitny ten Justin. Już
na drugiego chłopa się rzuca.

Czarno to widzę, jak on taki agresywny.

Justin miał rozciętą skórę na twarzy.
A co, Krzysio go zahaczył sygnetem rodowym?
Raczej nieobciętym paznokciem.

[Belcia godzi amantów, Krzysio się zmywa.
BoChaterka każe się wziąć na ręce i nieść na dół "bo chce wyjść na chwilę
z tego łóżka"]

Było już późno więc nie musiałam się obawiać że ktoś przyjdzie a
mnie nie będzie.
Racja. W szpitalu po godzinie 22.00 pacjent zostawiony
jest sam sobie i nie ma przebacz.

Justin objął mnie rękoma i podniósł z łóżka. Zgasiliśmy światło i zeszliśmy na
dół. Otworzył drzwi i wyszliśmy na powietrze. Jak mi tego brakowało -
pomyślałam.
-Zabiorę Cię w pewne miejsce – powiedział tajemniczo Justin
[BTW aŁtorka zupełnie nie wspomina o jakiejkolwiek
odpowiedzialności Justina za wypadek. Najwidoczniej obicie twarzy jest
poważniejszym przestępstwem, niż jakaś tam jazda po pijaku.]

.Justin kazał zamknąć mi oczy. Było trochę chłodno więc wtuliłam się w Justina.
W jego ramionach czułam się bezpieczna. Szliśmy około 20 minut.
Kto szedł, ten szedł.

Letnie noce są najkrótsze, powoli zaczęło jaśnieć.
Matko borsko, o której oni ją odwiedzali w tym
szpitalu?!

Pewnie o 23.06. Uwielbiam te opkowe wiry czasowe.

Minęło 40 minut, spytałam:
-Daleko jeszcze ?! – spytałam zniecierpliwiona – wiesz,
jak mi, cholera, niewygodnie w tych twoich ramionach? Tak w ogóle, to zimno mi
i zgłodniałam.
I siku mi się chce.
-Już prawie jesteśmy – powiedział poddenerwowany.
Bo czuł, że od jakichś 39 minut coś wyraźnie mu ciąży.

Przez cały ten czas miałam zamknięte oczy. Odruchowo je otworzyłam gdy
usłyszałam szum wody. Justin spojrzał na mnie i się uśmiechnął :
-no to jesteśmy – powiedział stawiając mnie na ziemi. Rozejrzałam się dookoła i
zaniemówiłam z wrażenia. To było coś cudownego. To był widok którego na pewno
nigdy nie zapomnę. To miejsce było magiczne. Kolory były takie żywe. Na
przeciwko nas były dwa wodospady, woda była nieziemska… Różowa i fioletowa. Wokół nas drzewa i skały.
Usiadłam na jednej z nich, podkuliłam nogi i obserwowałam wodospad. Chciałam tu
zostać…
Akcja opka toczy się w rodzinnym mieście
boCHaterki. I ona nie znała tak magicznego, cudownego miejsca z dwoma
wodospadami, do którego można dość w przeciągu pół godziny? (Justin szedł ze
słodkim ciężarem 40 minut, myślę, że bez ciężaru poszłoby mu szybciej.)

W tej samej chwili Justin wyciągnął coś z kieszeni. To był malutki prezencik.
Otworzyłam go, ujrzałam dwie bransoletki z napisem: Na zawsze w moim sercu.
Kocham Cię!
Rzuciłam się mu na szyje.
Na wiele szyj.

-To na dowód naszej miłości, mam nadzieje że będziesz ją mieć zawsze przy
sobie, że będzie Ci zawsze o mnie przypominać. Na wzajem wsunęliśmy sobie
bransoletki. Oglądałam ją jeszcze przez chwile, była śliczna. Siedzieliśmy
wtuleni w siebie przez dłuższy czas.
Mrucząc ommmmmmm, ommmmmmmm.

-Justin czy będziemy tu jeszcze przychodzić ? – spytałam cicho
-Jasne! To nasze wspólne miejsce, o którym wiemy tylko my. – pocałował mnie w
czoło.
*kwiczy, turlając się po biurku*
*wpatruje się otępiała w tekst i zastanawia
się, czy czyta to, co naprawdę czyta*

[BoCHaterka wraca do szpitala, gdzie odwiedza ją
ojciec]

-Wczoraj widziałem że znasz się już z Christopherem.
-Tak, poznaliśmy się na urodzinach Justina.
Już Tobie o tym wspominałem, ale możesz nie pamiętać, poznałem świetną kobietę,
nazywa się Victoria, musisz ją koniecznie poznać. Cieszyłam się że znalazł
sobie kogoś, tata już dużo przeszedł przykrości w życiu, a teraz widać że jest
szczęśliwy.
*zbiera opadniętą szczękę* Ja przepraszam, ja
rozumiem, że to realizm opkowy, ale właśnie sobie policzyłam na palcach, że od
pogrzebu matki minęły DWA TYGODNIE!!!
No co się będzie chłop rozdrabniał. A ktoś prać
i gotować musi.

Uśmiechnęłam się do niego, podszedł do łóżka i mnie przytulił. Cieszyłam się z
jego szczęścia.
No to już teraz wiemy, czemu mama przypominała się z
zaświatów. Wiedziała, co się święci!

Chyba coś jej się pokiełbasiło w zaświatach, skoro
interweniowała w sprawie mizianek córki z Dylanem, a nie męża z Victorią.

Ach, bo wiesz, te duchy są takie nie z tego
świata…

-Christopher jest synem Victorii.
Spojrzałam na ojca z otwartą buzią… Justin wyleciał z oddziału jak piorun. [a właściwie niby czemu?
Odruch taki. Na dźwięk tego imienia dostaje szwunga i leci, póki nie padnie z
wyczerpania.]
Nie wiedziałam kompletnie
co ja mam powiedzieć. Zrobiłam się blada na twarzy…
-coo ? – wykrzyknęłam
-czyli że Christopher będzie moim bratem ?!
Jak stwierdziła Sine w analizie nr 115: „Brat,
nie brat – sprzęt ma.”

Ta myśl do mnie nie dochodziła.
Kręciła się tak w pobliżu i czekała na dogodny moment.

Może dlatego że nie chciałam wiedzieć co będzie dalej, czemu akurat on?!
-Czy Christopher już o tym wie ? – spytałam spokojnym głosem
-Jeszcze nie.
-Coo?! Jeszcze mu nie mówiliście ?! – starałam się zachować spokój.
-Zamierzamy mu powiedzieć na dzisiejszej kolacji. Jesteśmy zaproszeni do nich
do domu. Rozmawiałem już z lekarzem i zgodził się abyś wyszła na czas kolacji
ze szpitala. Poza tym i tak jutro Cię wypiszą.

Ja to jakoś przeżyje, nie wiem jak Christopher, to może być dla niego szok,
bardzo boje się jego reakcji.
BoCHaterka już się przyzwyczaiła, że w tym opku
wszyscy mają do niej pretensje i wszystko jest jej winą…

Nie rozumiem wprawdzie, dlaczego Christopher miałby
doznać szoku na tę wieść – nawet jeśli oszalał na punkcie Belli po dwóch dniach
znajomości, to jest w końcu dorosłym chłopakiem, i chyba wie, że w takiej
sytuacji związek ich rodziców nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia?
Wiesz, w telenowelach zwykle ma…
W telenowelach to jej ukochany okazuje się jej
bratem, ale potem się okazuje, że jednak nie jest bratem, bo ona została
adoptowana… ufff.

Po prostu założyła odgórnie, że Krzysio jest w niej na
zabój zakochany i to, że stali się rodziną, przyczyni się do pewnych
drastycznych gestów z jego strony.


[Isabell idzie na wspomnianą kolację, cały czas przeżywając katusze
przerażenia, co to będzie, jak Krzysio się dowie. Wreszcie nadchodzi chwila
konfrontacji]

Christopher przywitał się ze swoją mamą i z moim ojcem. On chyba się nie
domyślił…
No nie. Jemu głos z zaświatów nie podpowiada.

Bałam się wyjść z łazienki. Niestety co miałam innego zrobić, przecież nie
mogłam tak siedzieć.
Oj, posiedź jeszcze trochę, może coś z siebie
wyciśniesz.

No właśnie, na pytanie „co miałam innego
zrobić w łazience” odpowiedź nasuwa się od razu…


Wyszłam i ruszyłam w kierunku salonu. Stanęłam jeszcze na chwilkę przed
salonem, usłyszałam jak Victoria powiedziała że chce coś ogłosić. Kontem oka
zobaczyłam że tata wstał, Victoria go przytuliła i powiedziała:
-Jesteśmy ze sobą.
Christopher się uśmiechnął, przytulił Victorię.
-Ciesze się że kogoś znalazłaś – mówił Christopher.
Nogi zrobiły mi się jak z waty… Weszłam do salonu, Christopher spojrzał na
mnie i powiedział
-Isabell co ty tutaj robisz. Szukałem Cię. – powiedział bardzo zdziwiony.
-Mamo dlaczego nie mówiłaś że mam gościa – dodał
Zamurowało mnie, nie wiedziałam co mam powiedzieć, nic nie mogłam z siebie
wydusić. Tak jakby odebrało mi mowę. Nastała głucha cisza.
Grrrrrrrhobowa!
Milczała jak grób rodzinny, sześciomiejscowy, z
dostawką dla pudelka.

-Isabell była zaproszona na kolacje razem z ojcem. – powiedziała Victoria .
Christopher dopiero wtedy zrozumiał o co chodzi. Było widać że cierpi.
Biedactwo. Ojczym jakiś taki lewy, a siostra to już w
ogóle…

Spojrzał mi głęboko w oczy, momentalnie spuścił wzrok na ziemię i wybiegł
z domu… Było słychać tylko trzask drzwi. Wybiegłam za nim.
-Christopher czekaj – krzyczałam
-Zostaw mnie !
Tak szybko biegł, że nawet ja bym nie zdążyła go dogonić… Usiadłam na
schodach i nie wiedziałam co zrobię…

[Ostatecznie Krzysio, po seansie fochów i trzaskania
drzwiami, godzi się z nieuniknionym. BoCHaterka wraca na noc do szpitala, a
tam... Straszliwa Intryga!]

Przez cały czas rozmyślałam co będzie dalej. Moje myśli zakłócił Dylan
wchodzący na oddział…
-Cześć jak się czujesz -spytał
-Może być – odpowiedziałam z lekką niechęcią.
-Mam ci przekazać jakąś wiadomość od Justina.
(…)
Przypomniało mi się o wiadomości którą przyniósł mi Dylan. Nie wiem czego on w
ogóle chciał. Wyjęłam pomięty papier i rozwinęłam go, wiadomość była napisana
na komputerze… Justin nigdy nie pisał mi takich wiadomości, jak coś trzeba
było wyjaśnić to mówił to prosto w oczy [gdzie,
kiedy, w którym opku?!]
. Czytając pierwsze słowa wybuchłam płaczem …

Nie miałem odwagi powiedzieć ci tego w twarz…
To koniec… Koniec z nami, koniec z tym co było.
Uważam Ciebie za zamknięty rozdział w moim życiu.
Moje uczucia wobec Ciebie się zmieniły, myślałem że to miłość…
Zrywa wierszem, ładnie!

Zacząłem myśleć poważnie o moim życiu, bez względu na to co się stanie
muszę dążyć do celu. Dostałem życiową propozycje,
mogę nagrać swoją własną płytę, nie odrzucę tego.
Przepraszam jeśli myślałaś że coś z tego będzie.
Zapomnij o mnie. Justin
… a czytając zakończenie wiłam się w histerii,
rycząc wniebogłosy jak zraniony słoń.

Łzy same mi wypływały z oczu. Potraktował mnie jak jakiegoś śmiecia.
Absolutna logika postępowania. Wcześniej przekonuje,
że Justin nie pisze do niej listów i wyjaśnia w oczy, po czym wierzy w ten list
bez żadnych zastrzeżeń *tłucze łbem w biurko, bo na facepalm już za późno*

Zgniotłam list… Wstałam i wyrzuciłam go przez okno, miałam ochotę się zabić,
wzięłam wazon z kwiatami od Justina i rzuciłam prosto w ścianę, było słychać
wielki huk.
Taaa…na złość babci jeszcze odgryź sobie uszy.
Skoro miała ochotę się zabić, trzeba było walnąć
się tym wazonem i wyskoczyć przez okno za listem.

Szybko ktoś przyleciał na mój oddział. Wbiegłam do windy płacząc. Zjechałam na
dół i wybiegłam ze szpitala.
I tak się ganialiśmy po piętrach, oddziałach,
windach, schodach i podwórkach szpitala.

Osunęłam się na kolana, zakryłam twarz rękoma. Czemu on mi to zrobił… to była
najważniejsza osoba w moim życiu… zwykła świnia z niego! Złamał mi serce,
przysięgał że będę na zawsze w jego sercu a on w moim. Justin złamał
obietnice… Jak on mógł. Byłam teraz taka rozdrażniona, miałam ochotę się na
kogoś rzucić. Do głowy napływały mi różne myśli… Nie potrafię… nie mogę…
nigdy o nim nie zapomnę. I nie oddam bransoletki!

[Dalszą część intrygi streścimy, bo naprawdę, może się od niej zakręcić w
głowie. A zatem: Chris zabiera Bellę do siebie, aby trochę ochłonęła. Nie
pozwala jej skontaktować się z Justinem, ta jednak odbiera smsa, w którym
Justin prosi o spotkanie w parku. Udaje jej się zmylić czujność Chrisa i zwiać.
W parku oboje zarzucają sobie nawzajem zdradę i złamanie serca, jednak zanim
zdążą cokolwiek wyjaśnić, pojawia się Chris i zabiera Belcię do domu. Dopiero
następnego dnia boCHaterka doznaje olśnienia, że to wszystko to jakaś
podejrzana sprawa i domyśla się intrygi Dylana. Tymczasem Justin wylatuje
gdzieś na drugi koniec świata... Okazje się, że on też dostał podobną wiadomość
o zerwaniu. Na szczęście, dzięki błogosławionemu wynalazkowi komórki,
wyjaśniają sobie wszystko w smsach i mimo rozłąki miłość nadal kwitnie]

Tutaj nieodzowny wydaje mi się pewien motyw serialowy:
KLIK

[Pojawia się Ta Zła. Co prawda nie wiadomo, jaki to
ma związek z akcją opka, ale któż by się tym przejmował!]

Przez okno zauważyłam że jakaś dziewczyna zbliża się do drzwi, Minęła krótka
chwila i zapukała. Otworzyłam jej…
-Jest Christopher ?
-Jest, ale śpi, przekazać mu coś ?
Dziewczyna na mnie spojrzała i weszła sobie jak do obory.
BoChaterka kojarzy się z krową, klaczą czy maciorką?
Ale jak od razu wiemy, że to jest ta zUa!
Tak – jak zawsze musi to być niewychowany i opryskliwy
babsztyl.

Bo przecież Iiiizaaaabeeeelka jest kwiatem pełnym
słodyczy.


Weszła do góry jakby była w swoim domu. Powiedziałam jej że Chris śpi a ona
jeszcze hałas robi… Wredna baba, gdzie ona się wychowała?!-Myślałam
Jaki hałas, czyżby tupała, wrzeszczała i śpiewała
na cały głos? A może Izabelka wychowana jest w kulcie Popołudniowej Drzemki
Pana Domu, kiedy cała rodzina chodzi na paluszkach i ledwie śmie oddychać?

Nagle z góry zszedł Christopher razem z tą dziewczyną.
-Poznaj Jasminn, moją dziewczynę.
-Spojrzałam na nią i wyciągnęłam do niej rękę, chwilę się wahała.
-Jestem Isabell.
Widziałam jak mnie mierzyła, głupia…
Suwmiarką, czy centymetrem krawieckim?

Christopher poszedł na chwile do góry a Jasminn naskoczyła na mnie:
-Wiem że Chris Ci się podoba ale on jest mój, spadaj stąd młoda.
O, dobra jest! W dwie sekundy to oceniła.
Nie no, to instynkt. Każda baba w promieniu
kilometra = zagrożenie.

-Taa, sama stąd spadaj jak ci się coś nie podoba, ja mam chłopaka dla Twojej
wiadomości. Wracaj do obory czy skąd tam przyszłaś.
Ta głupia świnia się na mnie rzuciła.
[Pyskówkę i wyrywanie włosów z głowy
przeciwniczki przerywa pojawienie się Chrisa, który w trybie natychmiastowym
wyrzuca swoją dziewczynę za drzwi.]

Christopher podał mi rękę i pomógł wstać. Byłam trochę obolała ale to i
tak parę małych siniaków. Usiedliśmy na kanapie, rozmawialiśmy szczerze o
Jasminn. On nie wiedział że ona taka jest.
-Nie zamierzam się już z nią spotykać – odparł.
Już wiemy po co Zua się pojawiła. Dzięki niej Isabelka
mogła pokazać Chrisowi, jak fatalny błąd popełnił wiążąc się z kimś takim.
Czyli +50 do wszechzajebistości Mary Sue..

Z magicznego miejsca z wodospadami o nieziemskich kolorach pozdrawiają
pogrążone w głębokim zamyśleniu Kura, Dzidka i Mikan

oraz Maskotek zaglądający w głąb swojej okrężnicy.


 


  • RSS